Stara Górska Biblioteka

Takie, siakie i owakie - wszystkie kochamy!

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

Stara Górska Biblioteka

Postprzez Zygmunt Skibicki » So, 6 kwi 2013, 10:39

Był tu kiedyś wątek o takiej nazwie (książki, których nie chroni już prawo autorskie, a więc wydane minimum 70 lat temu), ale przy okazji przebudowy forum na nową wersję szlag trafił cały wątek. Informatykowi się "kiksło", a ja tego nie zauważyłem w porę... Trochę szkoda, ale da się to powoli odbudować, bo na szczęście źródło nie wyschło. Zaczynam od tego, od czego sam zacząłem zapoznawanie się z literaturą tatrzańską na poważnie:

ZASADY TATERNICTWA
NAPISAŁ
ZYGMUNT KLEMENSIEWICZ
Z RYSUNKAMI J. R.
WYDAWNICTW SEKCYI TURYSTYCZNEJ T. T. TOM II.

TREŚĆ.
I. Pojęcie taternictwa, rozwój i treść .... 1
Taternictwo gałęzią alpinizmu 1. Taternictwo a sport. Konieczność historycznego traktowania zagaanie-nia 2. Człowiek a góry w dawnych wiekach 2—3. Naj¬dawniejsza turystyka górska na Spiżu 3. Uczeni w Ta¬trach 4. Początki taternictwa polskiego: Janota, Chałubiński; Towarzystwo Tatrzańskie 4—5. Po¬czątki taternictwa na Spiżu 6. Pawlikowski 6. Upa¬dek taternictwa. Alpiniści w Tatrach. Element współzawodnictwa 7. Chmielowski. Taternictwo u-miejętnością. Sekcya Turystyczna 8. Zasada samo¬dzielności. Rozkwit taternictwa 9. Znaczenie wyrazu „taternik" 10. Motywy taternictwa 11—12.
II. Przyrodzone warunki i rozwój taternika . . 13
Kwalifikacye fizyczne 13—14. Moralne 15. Gimna¬styka. Szkółki wspinania 16. Wyrobienie górskie. Znajomość Tatr i literatury 17. Warunki samodzie¬lnego chodzenia. Nauka orjentacyi 18—19. Wycieczki poza sezonem. Dalszy rozwój 19—20.
III. Ubranie, uzbrojenie, żywność 21
Kurtka. Kamizelka 21—22. Spodnie 23. Czapka. Bielizna. Nagolennice 24. Obuwie 24 - 26. Płaszcz. Peleryna 27—28. Kominiarka. Rękawice 29. Strój pań 29. Ogólne uwagi 30. Worek 31—32. Ciupaga. Cze¬kan 33—34. Lina 34—35. Pętla. Hak 36. Trzewiczki 36-37. Raki 37—38. Karpie. Narty 39. Latarka, kompas, aneroid, lorneta 39—40. Drobiazgi 41. Apteczka. Okulary 42. Namiot. Worek do spania 42. Siekiera. Łopata 43. Ogólne uwagi o pożywieniu 43—44. Jadłospis wycieczkowy 44—45. Napoje 46. Maszynka, flaszka, drobiazgi aluminiowe 46—47. Ciężar wor¬ka 47—48.
IV. Zasady życia wycieczkowego 49
Hygiena serca i płuc. Zachowanie się w pocho¬dzie 49—51. Sucha odzież 51. Odżywianie się 51—52. Porządek życia 53. Noclegi w schroniskach niezagospodarowanych i kolebach 53—54. Choroba górska 55. Udar z gorąca 55. Porażenie serca 56. Złamania, zwichnięcia, naciągnięcia ścięgna, stłu¬czenia 56—57. Skaleczenia, otarcia 58-59. Pomoc w wypadkach, sygnał ratunkowy 59—60. Ratowni¬ctwo 61—62.
V. Trudności terenu i ich pokonywanie ... 64
Charakter turni tatrzańskich 64. Składniki układu pionowego, rzeźby i ich terminologia 65—67. Chwyty, stopnie, uwarstwienie 67—68. Trudności. Ekspo-zycya 68. Pojęcie drogi 68—69. Skale trudności 69—71. Pochód maliniakami i piargami 71— 73. Na śniegu, bicie stopni 73—75. Zabezpieczanie 75—76. Zjazd po śniegu. Zatrzymywanie się przy upadku 76—78. Trawki. Skałki 79. Zasady wspinania się 79—81. Na ścianie 81—83. Płyty. Grań 83. Kominy i rysy 84—85. Trzewiczki a buty. Obciążenie 85—86.
VI. O używaniu liny 87
Użyteczność liny 87. Węzły 88. Zabezpieczanie na śniegu i trawie 90. Lina na skałach. Punkt zacze¬pienia 90—92. Zabezpieczanie wspinającego się 92—93. Zabezpieczanie z góry. Trawersy 94. Wycią¬ganie obciążenia 95. Schodzenie po linie 96. Wol¬ny zjazd 97—98. Ściąganie liny 98. Granice uży¬cia liny. 99—100. Uwagi końcowe 100.
VII. Niebezpieczeństwa Tatr 101
Podział 101—102. Spadanie kamieni. Przyczyny i środki ostrożności 102—104. Kruszenie się i wyłamywanie punktów oparcia 105—106. Inne przy-czyny upadku 106—107. Ratunek 108. Niebezpie¬czeństwo przy upadku 109. Konieczność ciągłej u-wagi 110. Niepogoda i jej skutki 110—113. Mgła. Zbłądzenie 113. Noc. Biwak przymusowy 114—115. Niebezpieczeństwa wewnętrzne 115. Stopień nie-bezpieczeństwa wycieczki 116. Wpływ towarzystwa. Chodzenie bez przewodnika i samotne 117—118.
VIII. Plan wycieczki i jego przeprowadzenie. . 119
Dobór towarzyszy 119—120. Skład zespołu 120—121.
Układanie planu 121—122. Wskazówki meteorolo¬
giczne 123—124. Prowadzenie wycieczki 125. Orjen-
tacya w dolinie 126. Wypatrywanie drogi 127. Uży¬
wanie aneroidu i kompasa 128. Historya proble¬
mu 129—131. Ocena wartości problemów 131—132.
Wskazówki o wyszukiwaniu przejść.
IX. Wycieczki zimowe 135
Cechy wycieczek zimowych 135—136. Stosunki kli¬matyczne w Tatrach. Jesień. Zima. Wiosna 136—137. Ubranie i uzbrojenie zimowe 137—138. Narty a kar¬pie 138—139. Lawiny. Podział i warunki powsta¬wania 139—141. Główne typy lawin 141—143. Środki ostrożności 143—145. Ratunek 145—146. Zawisy 146. Wicher. Odmrożenie. Zmarznięcie 147—148. Bi¬wak 148. Przymioty zimowego taternika. Plan wy-cieczki zimowej 149—150. Droga w dolinie 150—151. Trudności terenu zimowego 151—152.
X. Organizacya i literatura taternictwa ... 153
Cele towarzystw turystycznych 153. Towarzystwo Tatrzańskie 154. Sekcya Turystyczna T. T. 154—155. Pozostałe Sekcye 155—156. Inne polskie towarzy¬stwa 156—157. Towarzystwa węgierskie 157—158. Literatura naukowa 159. Przewodniki polskie 159—160. Przewodniki obce 160—161. Mapy 161—162. Historya taternictwa 163. Podręczniki techniki, nar¬ciarstwa 163—165. Opisy taternickie 165—166. Li¬teratura alpinistyczna 166—167. Bibliografia tatrzań¬ska 167.
XI. Kultura i etyka taternictwa 168
Potrzeba ustanowienia norm 168—169. Poszano-wanie krajobrazu 169—170. Ochrona urządzeń. Używanie schronisk 170—172. Własność prywatna w górach 172—173. Ratownictwo 173. Skromność w wystąpieniach na zewnątrz 174—175. Obowiązki względem taterników obcych i towarzyszy 175—177. Taternik a społeczeństwo 178. Zasadniczy postu¬lat 179—180.
XII. Fotografia na usługach taternictwa ... 181
Dwie kategorye fotografujących w górach 181. Po¬trzebne przygotowanie 182—183. Wybór aparatu 183. Format 9X12 184. Formaty mniejsze 184—185. Stereoskopia 185. Własności aparatu, objektywu i zatrzasku 185—187. Kasety 187. Błony zwijane, płaskie, klisze 187—188. Wyświetlanie 188—189. Wywoływanie 190. Kopiowanie 191. Zdjęcia bar-wne 191. Strona artystyczna 191—192.

PRZEDMOWA.
Celem niniejszej książki jest nietyle nauczenie początkującego jak się powinno chodzić po górach, gdyż tego pod¬ręcznik sam — choćby najlepszy — sprawić nie może, ile raczej przekonanie czytelnika o konieczności umiejętnego uprawiania taternictwa i podanie mu wskazówek, na jakiej dro¬dze może sam sprawność taternicką rozwijać i doskonalić. Książka ta nie ma więc zastąpić taternikowi pracy samo¬dzielnej, bo ta się wogóle niczem zastąpić nie da; celem jej jest tylko zapewnić tej pracy lepsze wyniki i ostrzedz po¬czątkującego o niebezpieczeństwach, z których sobie często sprawy nie zdaje. Uświadomienie takie potrzebne jest taternikowi szczególnie w tym okresie, kiedy to w miejsce ostro¬żności i poszanowania dla górskich wypraw występuje u niego lekkomyślna pewność siebie, nie usprawiedliwiona na razie odpowiedniemi kwalifikacyami. W tym niebezpiecznym stadyum rozwoju ulega taternik najłatwiej nieszczęśliwym wypadkom, od których wiedza taternicka ustrzedz by go mogła.
Podręcznik niniejszy jest w literaturze polskiej pierwszem opracowaniem całokształtu zasad chodzenia po górach wysokich. Musiałem się więc oprzeć głównie na doświadczeniu własnem, tudzież mych przyjaciół i towarzyszy, a także na pod¬ręcznikach alpinizmu, w jakie zwłaszcza niemiecka literatura obfituje. Przy wyborze materyału starałem się, nawet w szczegółach, nie pominąć niczego ważniejszego z przedmiotów opra¬cowywanych zwykle w tego rodzaju wydawnictwach — z wyjątkiem techniki lodowców, która w Tatrach niema zastosowania. Z drugiej strony uwzględniłem także niektóre zaga¬dnienia, dotychczas w podręcznikach nieporuszane a zdaniem mojem ważne. Gdzie ramy podręcznika nie pozwoliły mi na wyczerpujące przedstawienie przedmiotu, starałem się podać literaturę jego, zwłaszcza polską.

Panu Józefowi Rosenbuschowi, który w trudnej pracy ilustratorskiej umiał szczęśliwie połączyć smak artystyczny z wymaganiami rzeczowemi dziękuję na tem miejscu serdecznie.
Pragnę również złożyć gorące podziękowanie przyjaciołom moim: Drowi Romanowi Kordysowi i Inż. Jerzemu Maślance, z którymi razem na wspólnych wyprawach zdobywałem wiedzę i umiejętność taternicką, a którzy i podczas pracy nad niniejszą książką wielu spostrzeżeń, rad i wskazówek mi udzielili. Miło mi jest także podziękować Prof. Drowi K. Pankowi za uprzejme przeglądnięcie części manuskryptu, odnoszących się do hygieny taternictwa, zaś Drowi Stefanowi Komornickiemu za przyjacielską pomoc w pracy korektorskiej i liczne wskazówki.
Autor Lwów, w czerwcu 1913.

I. POJĘCIE TATERNICTWA, ROZWÓJ I TREŚĆ.
Taternictwo jest odłamem alpinizmu w tem znaczeniu jak literatura jakiegoś narodu jest odłamem literatury powszechnej. Nie twierdzimy więc, żeby taternictwo, szczególnie zaś taternictwo polskie, nie miało swych cech indywidualnych, bo i alpinizm szwajcarski różny jest n. p. od austryackiego. Trzeba tylko wyraźnie zaznaczyć, że w istocie swej taternictwo jest tymsamym objawem co alpinizm. Kwestya czem jest taternictwo mieści się zatem w takierr.że pytaniu co do istoty alpinizmu. Jest rzeczą osobliwą, że większość ludzi, którzy nad tem zagadnieniem w ostatnich czasach się zastanawiali, sprowadzała je do pytań : Czy alpinizm (taternictwo) jest sportem, a jeśli tak, to czem jest sport wogóle? Po wielu próbach rozstrzygnięcia zagadnienia na tej drodze, które dafy wyniki bardzo roz¬bieżne jakkolwiek przyczyniły się do jego pogłębienia, ma dziś wielu zwolenników pogląd, że na pytanie to wogóle nie można dać ogólnie prawdziwej odpo¬wiedzi, gdyż jest postawione opacznie. Alpinizm nie jest dziełem jednego czy kilku osobników, ale tworem wie-

— 2 —
kowej ewolucyi, tworem żywym, wciąż się jeszcze przemieniającym. Należy on do tej samej kategoryi objawów życiowych co n. p. sztuka, których istotę każdy odmiennie określa, odpowiednio do wyobrażeń epoki i osobistych zapatrywań. Chcąc więc poznać czem jest alpinizm (taternictwo), trzeba rzucić okiem wstecz i zbadać jak ten objaw powstał, jakie koleje przechodził i jakie dziś przyjął formy. Zakres niniejszej książki każe nam się ograniczyć wyłącznie niemal do taternictwa i to przeważnie do taternictwa polskiego*). Jednakże da nam to pogląd i na zagadnienie ogólne, gdyż alpinizm ogólnoeuropejski kroczył po tych samych drogach rozwoju z małą tylko różnicą czasu.
Góry odwiedzano od czasów niepamiętnych. Ludność okoliczna wypasała w nich swe trzody, lub chroniła się w głębokie zakątki przed najazdem wroga. Niższe przełęcze stanowiły połączenia komunikacyjne, często ważne bardzo jak w Alpach, gdzie niektóre z nich już za rzymskich czasów miały gościńce. Głębiej jeszcze docierali strzelcy polujący na kozice i świstaki, złoczyńcy zbiegli przed prawem, lub poszukiwacze tajemnych skarbów i ziół, gdzieniegdzie górnicy (w Tatrach w kilku miejscach). Od tych miejscowych czy napływowych mieszkańców gór pochodzi stare imiennictwo, będące nieraz jedynym pomnikiem zmiennych ich dziejów. W Azyi, u Indów, Chińczyków i Japończyków, pielgrzymki w góry stanowiły i do dziś dnia stanowią część kultu religijnego. Wśród ludów aryjskich także zdarzali się pustelnicy, pędzący życie w górach, naogół jednak zastęp ludzi, odwiedzających krainy górskie nie dla korzyści materyalnych, był szczupły w da-
*) Obszerniejsze opracowanie tego przedmiotu podaje artykuł Stefana Komornickiego: Z dziejów taternictwa polskiego. Taternik 1909 str. 70.

— 3 —
wnych wiekach. Opowiadają o Filipie Macedońskim, że wyszedł na szczyt góry, by z niej ogarnąć okiem swe dzierżawy. Za czasów Odrodzenia poeci i artyści tej miary co Petrarca i Leonardo da Vinci szukali na szczytach Alp i Apenninów natchnienia. Tu i ówdzie zapędził przy¬padek lub żądza przygód w góry jakiegoś podróżnika, którego opis jest dla nas dziś raczej ciekawem history-cznem świadectwem stosunku ówczesnego człowieka do gór, niż wiarygodnym geograficznym dokumentem*). Dla ogółu były góry tajemniczem i straszliwem siedliskiem nadprzyrodzonych istot i sił, które zazdrośnie strzegły do nich przystępu, ścigając śmiałka któryby się w ich taje¬mne głębie zapuścił, nieprzemożonemi niebezpieczeństwami. Więc i ci bardzo nieliczni zwiedzacze gór ograniczali się do szczytów łatwo dostępnych, w pobliżu ludzkich siedzib leżących.
Południowo — wschodnie kończyny Tatr miały pod tym względem doskonałe położenie i jest rzeczą bardzo ciekawą, że już w wieku XVII., a więc w czasie kiedy nawet w Alpach o niczem podobnem nie słyszymy, była Łomnica dość często zwiedzana i opisywana**) a to właśnie dzięki blizkości miast spiskich jak Kieżmark i Lewocza, bardzo jak na owe czasy kulturalnych. Było to jednak zjawisko wyjątkowe, dla ogółu były góry niedostępne. Do¬piero wiek XVIII, i na tem polu wyprowadził powstającą właśnie wiedzę ścisłą do walki z zabobonem. Pod koniec
*) Michała Chrościńskiego : Opisanie ciekawe gór Tatrów, wyd. Dr. St. Eljasz Radzikowski. Pam. Tow. Tatrz. 1905, str. 63. **) Ciekawe szczegóły o tej najdawniejszej turystyce ta¬trzańskiej znaleść można w rozprawach : Dr. Otto. Der alteste Weg auf die Lomnicerspitze. Jahrbuch d. Ungar. Karpathenve-reines 1906, str. 45; Dr. Th. Posewitz. Aus alten Zeiten in der Tatra. Tamże 1913, str. 1.

— 4 —
tego stulecia zaczęto góry badać w sposób systematy¬czny. Przedstawicielem tego kierunku był u nas Stani¬sław Staszic, który zwiedził w roku 1805 Łomnicę i — jako pierwszy — Lodowy Szczyt. Na ten sam czas mniejwięcej przypada działalność uczonych ze Spiża : Buch-holtzów, Genersicha, Maukscha, Asbótha a nawet za¬granicznych, anglika Townsona i francuza Haqueta*). Opisy ich podróży rozszerzyły znajomość naszych gór wśród cywilizowanego ogółu Europy, który w owym czasie interesować się począł turystyką górską. Jednakże nawet ci z wymienionych uczonych, którzy dokonywali — jak na owe czasy — pierwszorzędnych czynów taterni¬ckich, nie byli przecież taternikami. Do zwiedzania gór popychała ich bowiem ciekawość badaczy; wszelkie inne motywy, choć może już wówczas istniały, były bar¬dzo słabe i w każdym razie nieuświadomione.
Inaczej u artystów i poetów, którzy nieco później pojawiają się w Tatrach. Goszczyński, a w mniejszym sto¬pniu i Poi, szukają w wyprawach tatrzańskich (polowa XIX. w.) już wrażeń estetycznych, w przyrodzie górskiej źródło swe mających a także i tych rozkoszy związanych z uczuciem swobody, samotności, oddalenia od spraw świata. Stoją więc oni już znacznie bliżej dzisiej¬szych kierunków.
Właściwe taternictwo rozpoczyna się jednak dopiero z następnem pokoleniem, które działało w Tatrach w środku drugiej połowy ubiegłego stulecia. Tu należy X. E. Janota, który pierwszy zwiedził Świnicę (1867), Kozi Wierch i kilka innych szczytów, uczeń jego Br. Gustawicz, X. Stolarczyk — proboszcz zakopiański, a wreszcie najsławniejszy z nich — „król tatrzański" Prof.
*) W latach 1787 — 1810 profesora lwowskiego uniwer¬sytetu.

5
Tytus Chałubiński. I oni jeszcze uprawiają w Tatrach naukę: Janota i Gustawicz byli geografami, Chałubiński zaś zajmował się w Tatrach botaniką. Nie należy temu jednak zbyt wielkiego znaczenia przypisywać. Wszystko wskazuje, że głównym bodźcem był dla tych ludzi, zwła¬szcza dla Stolarczyka i Chałubińskiego, taternicki te m-perament. Namnożyło się takich, których „matura" ku wierchom ciągnęła, w tym czasie niemało. Adam Asnyk, Mieczysław Pawlikowski, Leopold Świerz, W. Eljasz-Radzikowski, X. A. Sutor, wreszcie młodsi — L. Chału¬biński i J. Pawlikowski, chodzą w owym czasie. Towarzy¬szyli im — wszystkim bez wyjątku — górale zakopiańscy, którzy ze zbójników i strzelców przedzierzgnęli się w ideal¬nych przewodników. Maciej Sieczka, Jędrzej Wala oj¬ciec i syn, Roje Wojtek i Józek, Szymek Tatar, wodzili „pa¬nów" po pustych jeszcze i bezdrożnych, niegościnnych górach. Zaczęło je uprzystępniać powstałe w r. 1874 w Kra¬kowie Towarzystwo Tatrzańskie. Budowano schro¬niska, wkuwano klamry i łańcuchy. Przewodnicy otrzymali blachy i książki. Równocześnie ruch się wzmaga coraz większy na polu literatury. Począwszy od roku 1876 wy¬chodzi Pamiętnik Tow. Tatrz., obok niego ukazuje się wiele artykułów o Tatrach w dziennikach i czasopismach ilustrowanych. Wychodzą też przewodniki po Tatrach, między nimi najlepszy Eljasza. Tak organizuje się i wzma¬cnia taternictwo polskie, do czego niewątpliwie przyczynia się rozwój Zakopanego. W psychice ówczesnej wybijają się na pierwszy plan pierwiastki estetyczn e. Chodzi się po górach dla pięknych widoków, dla zażycia swobody i uroku beztroskiej włóczęgi w wesołem towarzystwie, nieraz przy dźwiękach całej muzyki góralskiej. Obok tego grają rolę i momenty odkrywcze, wszak robiono prawie same wycieczki nowe lub mało znane.

— 6 —
Podobne stosunki spotykamy po stronie południowej gdzie również w tym czasie zaczyna się żywszy- (jakkol¬wiek ilościowo słabszy niż u nas) ruch turystyczny, zwią¬zany z podnoszeniem się Szmeksu. Już w r. 1840 zwie¬dza E. Blasy jako pierwszy Rysy. Współcześnie z Chału¬bińskim działają w siódmym i ósmym dziesiątku M. Dechy, Fr. Denes, E. Tery i W. Lorenz. — K. Kolbenheyer wy¬daje najlepszy w owych czasach przewodnik po Tatrach a w r. 1873 powstaje Węgierskie Towarzystwo Karpackie, którego Rocznik zawiera od początku ciekawe artykuły tu¬rystyczne obok naukowych. Jakkolwiek ówczesna turystyka górska po stronie południowej miała również na ogół charakter naukowo-estetyczny, to jednak nie należy zapo¬minać, że bierze w niej udział — coprawda odosobniony i bez widocznego wpływu na współczesnych — alpinista M. Dechy, czynny w Szwajcaryi i na Kaukazie, a więc niewątpliwie stojący, tak pod względem umiejętności te¬chnicznej jak i poglądów na istotę turystyki górskiej na poziomie ogólno - europejskiego alpinizmu, uprawianego wówczas już oddawna jako sztuka dla sztuki. Ciekawszą może jeszcze postacią jest E. Tery, który już wtedy odbywał wycieczki samotne, co świadczy o jego wybitnym taternickim temperamencie i zdolnościach.
Główny motyw nowoczesnego taternictwa: chęć przeżywania walki i zwycięstwa nad trudno¬ściami i niebezpieczeństwami gór, ten pierwiastek „bohaterski" występuje u nas dopiero u Jana Gw. Pawli-kowskiego. Wyprawy jego, szalone jak na owe czasy, na Łomnicę i Durny od północy, ukoronowane zdobyciem Mnicha (r. 1880) są, jak to z jego opisów i szkiców ta¬trzańskich wyraźnie widać, wypływem zupełnie uświadomio¬nego poglądu na cele i motywy taternictwa. Idee te a bar¬dziej jeszcze zrodzone z nich czyny wywoływały zgorszenie starszej generacyi a wśród młodszej nie wzbudziły od-

— 7 —
dźwięku, tembardziej że przedostatni a zwłaszcza ostatni dziesiątek lat ubiegłego stulecia zaznaczył się upadkiem ruchu taternickiego wogóle. Wybitniejsze jednostki owych czasów: L. Chałubiński, K. Potkański, Wł. Kle-czyński i K. Tetmajer, poza zdobyciem kilku nowych szczytów nie wnieśli do taternictwa nowych myśli i należą duchowo do czasów T. Chałubińskiego.
Jeszcze gorszy zastój widać na Spiżu, gdzie prócz O. Gomory'ego, o którego wycieczkach nic pewnego nie wiadomo, pojawiający się w rzadkich odstępach czasu al-piniści niemieccy są jedynymi przedstawicielami wyższego typu turystyki. Zmiana objawia się na przełomie wieku z wystąpieniem alpinisty węgierskiego, wykształconego w szwajcarskich górach — K. Jordana. Dzięki niemu i wspomnianym wyżej odwiedzinom zagranicznych gości, przedostają się do taternictwa południowej strony Tatr środki techniczne nowoczesnego alpinizmu. Na ten sam czas przypada działalność K. Englischa, syna nie¬mieckich rodziców, wychowanego w Krakowie, a zwiedza¬jącego Tatry od południa w towarzystwie przewodników spiskich. Dzięki (powierzchownej zresztą) znajomości lite¬ratury alpinistycznej, przyswoił on sobie szybko zasadni¬cze cechy sportowego alpinizmu a wielka ambicya i przed¬siębiorczość sprawiły, że w krótkim czasie dokonał szeregu nowych wyjść, z których największe znaczenie miało zdo¬bycie Szczytu Ostrego (1902). Niestety niepohamowana, chorobliwa wprost żądza rozgłosu i osobistego wyniesienia posługująca się nieprzyzwoitą reklamą, blagą i misty-fikacyami*), wpłynęły ujemnie na owoce jego działalności, a samego uczyniły odstraszającym przykładem ciemnych stron nowoczesnego alpinizmu.
*) R. Kordys: Mistyfikacye w taternictwie. Taternik, 1907 str. 102.

— 8 —
W polskiem taternictwie wybija się tymczasem na widownię J. Chmielowski. Rozpocząwszy działalność tater¬nicką jeszcze przy końcu ubiegłego stulecia, rozwija ją stopniowo i pogłębia, przedsiębiorąc coraz poważniejsze wyprawy, w których towarzyszy mu Klimek Bachleda, przez ćwierć wieku niemal najlepszy przewodnik tatrzański, je¬dna z najpiękniejszych postaci w dziejach taternictwa. Chmielowski pierwszy u nas może uważał taternictwo nie za dorywczą wakacyjną przyjemność, lecz uprawia je do pewnego stopnia f a ch owo. Przyswoiwszy sobie grun¬townie znajomość literatury alpejskiej, odegrał główną rolę w uprzystępnieniu naszemu taternictwu technicznych zdo¬byczy zachodniego alpinizmu. W artykułach, które ogłaszał, kładł nacisk na jasne, objektywne opisanie wy¬cieczki, ustalenie nomenklatury i topografii, którą sumien¬nie badał, przygotowując w ten sposób podatny grunt dla zwycięstwa zasady chodzenia bez przewodnika jako nowej formy taternictwa.
Ciekawą rzeczą jest, że pierwsze próby zaszczepie¬nia tego prądu w naszej turystyce były natury teorety¬cznej pod formą artykułów w wychodzącym wówczas „Prze¬glądzie Zakopiańskim" *). Ten ruch literacki sprawy cho¬dzenia bez przewodnika bezpośrednio naprzód nie posunął, wydał jednak owoce w kierunku podniesienia taternictwa wogóle. W odpowiedziach na ankietę, rozpisaną przez re¬daktora „Przeglądu Zakopiańskiego" Dyonizego Beka, pod-niesiono ogólnie potrzebę zorganizowania ściślejszego taternictwa, niż je dawało Towarzystwo Tatrzańskie. W roku 1903 powstaje Sekcya Turystyczna T o w. Tatr z., która staje się ośrodkiem szybko rozwijającego się ruchu, z J. Chmielowskim na czele. Wzięła ona sobie
*) A : Nieco pessymizmu. Przegl. Zakop.1900 Nr. 29. Bez opieki! tamże Nr. 34.

Q
za zadanie przekształcenie taternictwa polskiego w duchu nowoczesnym.
Działalność jej nie odrazu znalazła uznanie. Wielu niedoceniało znaczenia innowacyj jako czynników postępu a w nowych prądach dostrzegało jedynie ujemne strony „niemieckiego" alpinizmu. Dalszy bieg wypadków przyniósł zupełne zwycięstwo nowemu stylowi, reprezentowanemu przez Sekcyę Turystyczną. Pod jego wpływem dobroczyn¬nym rozwinęło się taternictwo polskie w spo¬sób świetny i wszechstronny, stając w przeciągu lat kilku na równi z Zachodem. Epoce tej, która jeszcze do historyi nie należy, nadaje zasadniczy ton najnowożytniej-szy z motywów alpinizmu i taternictwa, dążenie do sa-modzielności jaknajzupełniejszej w wykonywaniu tater¬nictwa, którego objawem są wycieczki bez przewodnika. Spotykane sporadycznie na przełomie nowej epoki stają się one w latach 1907 i 1908 zjawiskiem powszech-nem, wpływając na rozwój młodej turystyki węgierskiej w tymsamym kierunku. Towarzyszy im rozwój lite-ratury ściśle taternickiej, reprezentowanej od roku 1907 przez „Taternika", wydawanego przez Sekcyę Tury-styczną T. T. i „Przewodnik po Tatrach" J. Chmielowskiego.
Już ten krótki historyczny zarys stosunku człowieka do gór uwidocznia, jak pierwotna forma zwiedzania gór dla celów materyalnych, przez stopniowe przesuwanie się pobudek w kierunku coraz mniej utylitarnych dążeń, zmie¬niła się najpierw w uczone podróżnictwo a potem w tater¬nictwo. To ostatnie jest zatem zwiedzaniem gór z pomi¬nięciem jakiegokolwiek celu praktycznego, li tylko dla przeżycia pewnych wrażeń. Ma taternictwo nowoczesne inną jeszcze cechę, uwarunkowaną jego wysokim stopniem rozwoju: musi być uprawiane nie dorywczo i po dyle-tancku, lecz stale i w myśl pewnych zasad, posiada cechę

— 10 —
umiejętności. Nie staje się więc jeszcze taternikiem, kto dostawszy się dzięki mniej lub więcej przypadkowym okolicznościom w Tatry, zwiedzi jeden, lub choćby kilka szczytów. Również nie cały obszar Tatr (w znaczeniu geograficznem) może być terenem taternictwa a tylko właściwa kraina tatrzańska, o charakterze terenu i z nie-bezpieczeństwami gór wysokich. Nie można bowiem uważać za taternika kogoś, kto zwiedza wyłącznie doliny i regle, chociażby nawet oddawał się temu zajęciu z zamiłowaniem i wprawą. Taternikiem nazywamy człowieka, który bezinteresownie a umiejętnie zwiedza turnie tatrzańskie. W znaczeniu powyższem oznacza więc słowo taternik alpinistę, oddającego się temu alpiniz¬mowi w Tatrach.
Często używa się słowa taternik również w znaczeniu nieco innem, a to dla określenia człowieka o pewnem znacznem wyrobieniu górskiem, zdolnego do podej-mowania trudnych wypraw, w przeciwieństwie do turysty łagodniejszego pokroju, lub zgoła nienawykłego do gór „cepra". W tem znaczeniu odpowiada termin „taternik" niemieckiemu „Hochturist".
Nie jest wreszcie całkiem bez słuszności zdanie, że słowo taternik może być uważane jako spolszczenie wyrazu alpinista, t. j. oznacza człowieka oddającego się zwiedzaniu jakichkolwiek gór wysokich, podobnie jak ludy Zachodu zwą alpinistą także turystę czynnego na Kaukazie, w Hi¬malajach lub Górach Skalistych. W ten sposób możnaby n. p. Whympera lub Zsigmondy'ego nazwać po polsku taternikami. W tym trzecim sensie jednakże wyraz ten nie wszedł w użycie i lepiej, gdyż i tak dwa znaczenia jakie posiada mogą prowadzić do nieporozumień*).
*) Tembardziej, że brak w polskim języku słowa na okre¬ślenie człowieka umiejącego się wspinać po skałach, któreby odpowiadało niem. Kletterer, franc. grimpeur.

— 11 —
Pozostaje nam teraz rozważyć jakie to są te m o-tywy „bezinteresowne", które zdolne są duszą ludzką do tego stopnia owładnąć, że bez żadnych realnych ko-rzyści na oku ponoszą taternicy olbrzymie trudy, narażają się na rzeczywiste niebezpieczeństwa. Źródłem do ich poznania jest literatura, w której alpiniści i taternicy roz¬maitych epok i kierunków, w sposób mniej lub więcej udolny i szczery, dawali poznać pobudki swych czynów.
Do najdawniej uznanych należą dążności od¬krywcze: chęć odsłonięcia tajemnicy gór przez poznanie natury świata ich, wzbogacenie umysłu nabytem doświad-czeniem, bez względu zresztą na zagadnienia ściśle nau¬kowe, które tu wykluczamy. W nowożytnym ruchu motywy te — z powodu daleko posuniętego zbadania gór — nie odgrywają tak decydującej roli jak dawniej, zawsze jednak współdziałają, gdy mamy zwiedzić grupę, szczyt, czy choćby drogę nam nieznaną, tembardziej przy nowych drogach, niezwiedzonych szczytach etc. Wiąże się z tem pewnego rodzaju awanturniczość (w szlachetnem tego słowa znaczeniu), to jest pociąg do przeżywania niezwykłych przygód, barwnych wydarzeń, dalekich od codziennego życia gnuśności i monotonii. Uświadomienie sobie momentów moralnych*) jest zdobyczą najnowszej doby: Żądza zmierzenia sił własnych z trudnościami i niebezpie¬czeństwami i odniesienia zwycięstwa tak nad tym wrogiem zewnętrznym, jak i nad przyrodzonem tchórzo¬stwem. Wreszcie fizyologiczna wprost potrzeba walki, wypływająca z prastarych instynktów rodzaju ludzkiego, które wśród dzisiejszych form ustroju społecznego nie mogą znaleźć zaspokojenia. Łączy się z tem rozkoszne
*) Określenie to nie zawiera ani tu, ani w dalszym ciągu żadnej oceny etycznej a zaznacza tylko związek ze składnikami charakteru.

— 12 —
uczucie jakiego doznajemy przy zatrudnianiu pełni władz fizycznych i umysłowych, dzięki któremu mogą się rozwijać takie przymioty jak odwaga, przytomność umysłu, zmysł orjentacyjny, które u większości ludzi, niepotrzebne na codzień, marnieją. Wszystkie te motywy,
0 których tu mówiliśmy mają coś wspólnego: jest to
pierwiastek ruchu, dążenia, napięcia, ten wiecznie
młody agens wszelkiego życia. Ale taternictwo nie jest
ruchem bez spoczynku, dążeniem bez celu, napięciem bez
uwolnienia się. Mieści ono zarazem w sobie ujście, ciszę
1 ukojenie. Znajduje się je w pięknie i harmonii świata
górskiego, w ciszy i samotności, wśród której tem żywiej
toczy się życie wewnętrzne, w swobodzie pozwalającej
odszukać siebie samego. 1 tem większa jest wartość tych
zdobyczy, że nie kończą się one z dokonaniem wyprawy,
ale żyją dalej w jej wspomnieniach.
Oto naj główniej sze tylko nitki w tej różno¬barwnej tkaninie, jaką jest dusza współczesnego tater¬nictwa. Oczywiście, że zależnie od organizacyi psychicznej i stopnia rozwoju — u jednostek w rozmaitem natężeniu te motywy występują. Jest zupełnie naturalne i niema w tem nieszczęścia, że ktoś chodzi po górach tylko dla wrażeń estetycznych a drugi znów małą do nich przy¬wiązuje wagę. Źle jest tylko, gdy rozmaici fanatycy, zamiast cieszyć się z tego, że taternictwo ma taką obszerną skalę, chcą je „reformować" a właściwie obcinać i przy¬strzygać do jednego tylko kierunku.
Są natomiast w taternictwie pewne drugorzędne i nieistotne objawy ujemnej natury, będzie o nich mowa przy końcu tej książki. Występują one dziś tem silniej, że taternictwo stało się modnem i ściąga do siebie jednostki, których nietylko do wybranych, ale nawet i do powołanych zaliczyćby nie można.

II. PRZYRODZONE WARUNKI I ROZWÓJ TATERNIKA.
Dobre zdrowie jest koniecznym warunkiem normal¬nego uprawiania taternictwa. Szczególnie zaś potrzeba tu silnego serca i płuc. Ludzie chorzy na serce, płuca, anemię w wysokim stopniu, dalej na podagrę i nerki nie powinni chodzić. Również przewlekłe cierpienia żołądka utrudniają taternictwo w wysokim stopniu. Obok zdrowia potrzeba oczywiście pewnego zasobu s i ł mięśni, zwłaszcza ramion, gdyż inne same się przy chodzeniu wyrabiają. Większą jednakże rolę niż siła gra przyrodzona i nabyta zręczność, która sprawia, że daną przeszkodę poko¬nywamy z jaknajmniejszym wysiłkiem, ekonomicznie. Naj-potrzebniejszą zaś ze wszystkiego jest ta własność orga¬nizmu, którą niemiec określa słowem „Zahigkeit", a którą po polsku możnaby najlepiej nazwać łykowatością. Mieści w sobie ten szacowny przymiot wytrzymałość na zmęczenie, trudy i niewygody, odporność na zimno i gorąco,

— 14 —
głód i pragnienie. Powinno się módz robić przez kilka a nawet kilkanaście dni z rzędu wycieczki szczytowe, wymagające 8—10 godzin marszu (licząc bez odpoczyn¬ków) i pokonania jakich 1500 metrów wzniesienia. Nieraz przemoknąwszy do nitki trzeba stać w miejscu czas dłuższy — dla zabezpieczenia towarzysza — na zimnie i wietrze, czasem przyjdzie noc spędzić w skałach przy temperaturze poniżej zera, kiedyindziej znów piąć się w upał z ciężkim worem. A cóż mówić o wypadkach nadzwyczajnych, niesieniu pomocy drugim w podobnych warunkach. Zajęcie taternika wymaga więc nieraz wytężenia sił fizycznych i moralnych do ostatka, co nie każda natura znosi *).
Dobry wzrok a poniekąd i słuch są bardzo cen¬nymi darami, jednakże niezbyt daleko posunięta krótko¬wzroczność nie uniemożliwia oddawania się taternictwu, lubo je utrudnia bardzo. Wzrost wysoki do pewnego stopnia pomocny jest przy wspinaniu się, podobnież długie ramiona i nogi, jednak między znakomitymi alpinistami i taternikami nie brakło ludzi wybitnie nizkich **). T u-s z a natomiast zdobi raczej radcę miejskiego, niż tater¬nika. Można zatem powiedzieć, że najlepsze warunki posia¬dają ludzie szczupli, wzrostu nieco więcej niż średniego.
Zupełna obojętność na przepaści jest człowiekowi, który ma zwiedzać strome ściany i powietrzne granie tatrzańskich turni, potrzebna koniecznie. Da się ona jednakże do pewnego stopnia wyrobić, nawet u ludzi
*) Z tego powodu, jakkolwiek młodzi chłopcy chodzą wytrwale i zręcznie, nie należy ich brać na męczące wyprawy a zwłaszcza dać nosić ciężkie worki, jak to się często u wy-cieczek uczniowskich widzi.
**) Zdarzają się nawet miejsca n. p. kominy pewnej szerokości, gdzie wzrost wysoki stanowi zawadę.

— 15 —
początkowo skłonnych do zawrotu głowy, przez systema¬tyczne przyzwyczajanie się do widoku głębi. Kuracya taka jednak wymaga żelaznej woli. Odwrotnie, wskutek wstrzą-śnień nerwowych a także przemęczenia, pojawiają się czasem u taterników, którzy niczego podobnego przedtem nie doznawali, objawy lęku wobec przepaści, drżenia nóg, duszności i zawrotu głowy.
O zdatności do taternictwa nie decyduje strona fizyczna, daleko od niej ważniejsze są kwalifikacye m o-r a 1 n e j natury. Przezorność i odwaga powinny się równo¬ważyć w należytym stosunku, rozsądek, stanowczość, zimna krew, przytomność umysłu a nadewszystko silna wola, to są przymioty, które w górach stanowią o po¬wodzeniu i bezpieczeństwie. Bez nich można wprawdzie odbywać wycieczki, nawet trudniejsze — gdy się ma do-brych towarzyszy lub przewodników, ale nie można być taternikiem w całem tego słowa znaczeniu. Konieczny jest wreszcie — jak wszędzie w życiu — pewien zasób przed-siębiorczości.
Nie wszyscy jednak ludzie rozwinięci fizycznie i du¬chowo zostają taternikami. Istnieje cały zastęp takich natur, dziarskich zresztą i tęgich, które absolutnie nie mogą pojąć celu oddawania się taternictwu. Ludzi tych nie ciągnie poprostu nic do gór, nie mają do tego „matury" jak mówią górale, a tej nie można wyrobić ani wyuczyć. Z osób, które wolą oglądać turnie tatrzańskie z dołu, nie trzeba więc szydzić, lecz z drugiej strony niema również celu wyciągać ich na wycieczki wbrew naturalnym skłon¬nościom.
Kwalifikacye, o których tu była mowa musi taternik w całości lub w pewnej części przynajmniej wnieść jako kapitał zakładowy u początku swej karyery turysty-cznej. Obecnie zajmiemy się temi, które powinien sobie

— 16 —
powoli, wytrwałą pracą, przyswoić i ciągiem ćwiczeniem utrzymać, jakkolwiek i tu pewne wrodzone dary wielką odgrywają rolę. Wykształcenie to będzie iść w dwu kie¬runkach: nabywania techniki chodzenia po górach i umie¬jętności wyszukiwania właściwej drogi.
Forsownego wyrabiania mięśni ramion zapomocą ciężarów nie można taternikowi doradzać; wpływa ono szkodliwie na serce i być może dlatego atleci nigdy nie są dobrymi taternikami. Zbawiennie działa natomiast ro¬zumna gimnastyka na przyrządach a lepiej jeszcze codzienne ćwiczenia w ol ne w rodzaju systemu Mullera lub podobnego. Mięśnie ramion i dłoni ćwiczyć można przez podnoszenie się na palcach u ramy drzwi. Należy próbować przy tem używania tylko trzech palców każdej ręki, aby się przyzwyczaić do małych chwytów. Zwłaszcza kto ma skłonność do kurczu w palcach, niech się pilnie temu ćwiczeniu oddaje. Do wyrobienia siły rąk i dłoni przyczynia się również wspinanie po zawieszonej jednym końcem linie, bez użycia nóg. Dobrze jest także ćwiczyć mięśnie grzbietu i brzucha — zapomocą przeginania tu¬łowia i mięśnie nóg — przysiadami.
Są to wszystko zabiegi pomocnicze, z właściwą techniką można się, do pewnego stopnia, zaznajomić w tak zwanych szkółkach wspinania. Są to skałki, często miniaturowe, jakie w pobliżu prawie każdego wiel¬kiego miasta znaleźć można. Czartowska Skała koło Lwowa, Krzemionki i Mników pod Krakowem, Urycz i Bubniszcze w Galicyi wschodniej, wreszcie Ojców i Pieskowa Skała w Królestwie, odpowiadają temu celowi mniej lub więcej dobrze. Można się w takich szkółkach zapoznać ze zdo-bywaniem kominów i ścianek, użyciem liny i innymi ele¬mentami sztuki taternickiej. Wszystkie ćwiczenia należy wykonywać z asekuracyą (patrz rozdział szósty), gdyż

— 17 —
w tem właśnie leży wartość szkółek, że pozwalają na na¬bycie wprawy bez niepotrzebnego narażania się na nie-bezpieczeństwo.
ćwiczeń gimnastycznych i w szkółkach powinni zaży¬wać także i wyrobieni taternicy w czasie, gdy się znajdują zdała od gór; ochroni ich to od wyjścia z wprawy i skutecznie zapobiegnie ociężałości spowodowanej życiem miejskiem. W porze zimowej i wiosennej utrzymują spra¬wność w sposób znakomity wycieczki narciarskie, którym się też oddaje dziś przeważna część taterników.
Nie trzeba jednak przeceniać znaczenia tych wszyst¬kich środków. Można się bowiem znakomicie wspinać w szkółce a nieumieć się ruszyć w górach. Przytem zdol¬ność łatwego wspinania się jest w wysokiej mierze darem przyrodzonym, a brak jej da się tylko częściowo przez ćwiczenie nadrobić. Nie sama ona jednak stanowi o umie¬jętności poruszania się w górach. Bardzo ważnymi warun¬kami są: pewność w stąpaniu i przyzwyczajenie systemu nerwowego do stykania się z ciągłemi niebezpie¬czeństwami, które wymagają nieprzerwanej baczności i ostrożności. Wymienione dwa przymioty, podobnie jak liczne arkana techniki, dadzą się wyrobić jedynie wy¬trwałą praktyką w terenie górskim. Niech więc nikt zawcześnie nie porywa się do zadań, które przera¬stają jego siły, choćby niewiem jak pilnie gimnastykował się i trenował w szkółce wspinania.
Z początku nie należy wogóle silić się na pokony¬wanie trudności technicznych, lecz dążyć do poznania naj¬ważniejszych szczytów, przełęczy i dolin zwykłemi drogami, aby w ten sposób uzyskać podstawową znajomość geografii Tatr. Przy niestałości pogody tatrzańskiej zajmie to jeden lub dwa sezony. Dopiero potem można przystąpić do zwiedzania dróg trudniejszych. Równolegle z tem prakty-
2

— 18 —
cznem kształceniem się postępować musi znajomość lite¬ratury tatrzańskiej, o której będzie mowa w roz¬dziale dziesiątym.
W ten sposób osiąga się pewien stopień sprawności biernej, który pozwala na robienie mniej lub więcej tru¬dnych wycieczek, jednakże tylko pod przewodnictwem górala lub dobrego taternika, co na jedno wychodzi. Osiągnięcie sprawności czynnej, umożliwiającej samo¬dzielne odbywanie a tembardziej prowadzenie wypraw górskich wymaga znowu osobnego wykształcenia. Podstawę jego stanowić musi dokładne obeznanie się z używaniem mapy, kompasu a ewentualnie i aneroidu, w terenie górskim. Zasady tej umiejętności stanowią dziś część nauki geografii w szkołach średnich, wymagane są ponadto w skautingu i w służbie wojskowej, nie będziemy ich więc tutaj wyłuszczać *).
W zastosowaniu do terenu górskiego najlepiej uczyć się tych rzeczy praktycznie przez ciągłe porównywanie natury i jej obrazu na mapie. Trzeba sobie, wyruszając na wycieczkę, przedstawić w umyśle na podstawie mapy kierunek, długość i rodzaj drogi i porównywać z tem, co się w miarę pochodu znajduje. Ćwiczeniom tym można się oddawać nawet wówczas, gdy się idzie pod przewo¬dnictwem i nie szuka samemu drogi. Cała rzecz w tem, aby nie wstępować bezmyślnie w ślady prowadzącego, lecz starać się wciąż zdawać sobie sprawę z kierunku w jakim się porusza i otoczenia, powtarzać w myśli na-
*) Potrzebne wskazówki podają podręczniki: A. Garlicki — O czytaniu map i oryentowaniu się w terenie. Taternik 1908. str. 21 i osobne odbicie, Lwów 1908. Józef Chłopski — Tereno¬znawstwo. Lwów 1912. Ks. Libiński T. J. — Jak czytać austry-ackie mapy wojskowe. Kraków 1911. Dr. J. Moriggl — Anleitung zum Kartenlesen im Hochgebirge. Monachium 1909.

— 19 —
stępstwo i długość poszczególnych etapów drogi i bez¬ustannie obserwować. W krainie turni bowiem mapa stosunkowo niewielkie może oddać usługi, dlatego trzeba się tam wykształcić w umiejętności odszukiwania biegu ścieżki a tę właśnie daje obserwacya terenu. Chcąc się nauczyć czytania i rozumienia należytego opisów w przewodnikach, najlepiej porównywać, idąc jakąś drogą, jej opis z rzeczywistością. Nabiera się przytem właściwego poglądu na zakres i ścisłość rozmaitych ter¬minów technicznych. Pożyteczną jest też rzeczą zapozna¬wać się w wolnych chwilach wogóle z opisami ważniej¬szych dróg tak, aby przechodząc koło jakiegoś szczytu, można było zdać sobie sprawę jak i którędy się nań wy¬chodzi. W razie wątpliwości powinno się zapytać przewo¬dnika czy towarzysza. Tak poznaje się pewien zasób przejść tatrzańskich, jedne osobiście, inne z widzenia.
Doszedłszy po dwu lub trzech latach chodzenia z przewodnikiem do tego stadyum, można z kolei pomyśleć o samodzielnem chodzeniu. Zacząć trzeba znowu od szlaków najłatwiejszych, z początku od takich, któremi wiodą ścieżki. Za towarzyszy dobiera się o ile możności turystów w tem samem stadyum rozwoju. Wobec lepszych od siebie trudno bowiem zachować samodzielność, a za-bieranie nowicyuszów pod swoją „opiekę", gdy się samemu jeszcze nie jest pewnym, jest zbrodniczą lekkomyślnością. Prowadzenia niewprawnych podjąć się można dopiero wówczas, gdy się opanowało samemu wszystkie arkana kunsztu taternickiego, gdy się swobodnie oryentuje w terenie górskim i nabierze wprawy w organizowaniu wycieczek. Ten stopień osiąga się nieinaczej jak kilkuletnią praktyką w samodzielnych wyprawach.
Działalność taternicka nie powinna się kończyć na wycieczkach letnich. Każdy, komu tylko okoliczności na

— 20 —
to pozwolą, powinien się starać poznać Tatry również w zimie. Zwiedzanie ich jednak o tej porze wymaga znowu osobnej wprawy, odpowiednio do zmienionych wa-runków terenu. I tu więc trzeba zaczynać od rzeczy naj¬łatwiejszych, zwłaszcza, że na powodzenie wypraw zimo¬wych mniej daleko wpływa sprawność fizyczna a głównie doświadczenie i obycie z warunkami zimowymi. Również wycieczki odbywane późną jesienią albo wczesnem latem mają swój odrębny charakter i można je każdemu gorąco polecić, zwłaszcza, że w tych porach zwykle łatwiej o po¬godę, niż w sezonie letnim. Zaś spokój i samotność, jaką się poza miesiącami letnimi w Tatrach zawsze nacieszyć można, nie dadzą się niczem zastąpić.
Coraz więcej dziś taterników, którym nawet wszech¬stronne zaznajomienie się z górami ojczystemi nie wy¬starcza, podążają więc na szczyty Alp. Tam rozszerzają zakres swej wiedzy i doświadczenia, mają sposobność do czynienia spostrzeżeń i porównań a temsamem mogą głębiej wniknąć w poznanie istoty taternictwa i jego terenu działania. Dochodzą tak do tego stadyum zżycia się z górami, w którem taternik, nawet w otoczeniu szczy¬tów zupełnie obcych, czuje się, o własnych tylko siłach, bezpiecznym i swobodnym.

III. UBRANIE, UZBROJENIE, ŻYWNOŚĆ.
Nie tak jeszcze dawno koryfeusze taternictwa polecali na wycieczki zwyczajne znoszone ubranie, które się chce do reszty zedrzeć i takież obuwie, a prócz ciupagi i ser¬daka żadnych szczególniejszych przyborów taternik wówczas nie używał. Tymczasem doświadczenie wielokrotnie wy¬kazało, że niewłaściwa odzież, lub liche uzbrojenie, bardzo często się stają przyczyną nieszczęśliwych wypadków i nowoczesny taternik słusznie przywiązuje wielką wagę do tych spraw.
Odzież powinna być ciepła, lekka, w miarę prze¬wiewna, wygodna i o ile możności trwała. Ten ostatni przymiot pozostaje również w łączności z pewną dozą wymagań estetycznych. Ostatecznie niema żadnego powodu, dla któregoby taternik obowiązany był z reguły wyglądać jak obszarpaniec lub dziwadło.
Ubranie zwierzchnie składa się z kurtki i spodni. Kurtka powinna być zrobiona z lodenu lub szewiotu (w każdym razie materyału wełnianego) średniej grubości, tak aby sprostała zmianom temperatury. Można ją wtedy nosić o każdej porze roku. Barwa zbyt ciemna grzeje w słońcu. Kurtki z manchestru są bardzo trwałe, ale ciężkie i łatwo przemakalne; materye włochate prędko

— 22 —
się niszczą i nabijają śniegiem. Najlepsze są wyroby gęste, gdyż chronią lepiej od wiatru i są trwalsze. Podszewka najodpowiedniejsza cienka wełniana. Krój — zależnie od upodobania — marynarki jedno lub dwurzędowej, albo t. zw. angielskiej sportowej kurtki. Kołnierz powinien być wykładany i tak urządzony, by go można było postawić i za¬piąć pod szyją lub znowu otworzyć — zależnie od pogody. Podobnież rękawy powinny się dać zapiąć szczelnie koło przegubu. Kurtka niech będzie na tyle obszerna, ażeby można nosić coś pod nią bez tamowania ruchów, nie po¬winna jednak u dołu zbyt od ciała odstawać a już w ża-dnym razie tworzyć t. zw. klosza. Nie powinna być również zakrótka ; aby uniknąć zaczepiania o skały przy schodzeniu tyłem, wystarczy kazać ją u dołu rozkroić podobnie, jak się to robi u zwykłej marynarki. Kieszeni odpowiednia ilość : wewnątrz, na piersi, dwie prostokątne, nie scho¬dzące jednak za nizko, gdyż inaczej włożone w nie prze¬dmioty przeszkadzają w podnoszeniu kolan; dwie kieszenie z wierzchu u dołu, u góry dwie mniejsze, pod prawą z nich mała kieszonka na kompas. Polecić możemy umie¬szczenie w podszewce z tyłu, w miejscu odpowiadającem wygięciu grzbietu, dużej kieszeni. Można w niej nosić nieco prowiantu, aparat fotograficzny lub płaszcz nieprze¬makalny, jeśli się worek zostawia na dole. Wszystkie kie-szenie muszą być zapinane na guziki.
Do ćwiczeń we wspinaniu się, na wycieczki krótkie w dni gorące i jako rezerwa do przebrania się w schronisku, używane są proste kurtki z niebieskiego samodziału, bar¬dzo tanie i trwałe.
Kamizelki sukienne nie przedstawiają zbytnich korzyści. Lepiej brać zamiast nich lekkie i ciepłe kamizelki z wełny wielbłądziej ; zastępują one w zupełności nie¬praktyczne sw^atery. Skórzane kamizelki są bardzo lekkie

— 23 —
i ciepłe, lecz, z powodu zupełnej nieprzewiewności — pod¬czas ruchu — niezdrowe i nieprzyjemne. Jedynie chyba w razie nieprzewidzianego biwaku oddać mogą przysługę. Spodnie narażone są w daleko większym stopniu na zniszczenie, niż kurtka i powinny być do wycieczek skal¬nych zrobione z możliwie trwałych materyałów, t. zw. sukna skórzanego, manchestru lub struksu (prążkowana materya, używana na spodnie do konnej jazdy). Do śniegu daleko lepsze są spodnie z grubego szewiotu lub struksu. Długie spodnie używane są tylko w narciarstwie, zresztą zostały zarzucone jako niepraktyczne. Miejsce ich zastąpiły krótkie, dość wolne, spięte poniżej kolan na pasek lub rzemyczek (guziki łatwo się przy wspinaniu odrywają). Powinny być spodnie na tyle długie i wolne, zwłaszcza w kolanach, aby nogę można było swobodnie zginać i wysoko stawiać. Rozpięte pod kolanem opadać mają do połowy golenia. Krój taki jak do jazdy konnej nie nadaje się do turystyki z wielu względów. Na siedzenie dobrze jest dać podwójną warstwę materyi, natomiast obkładanie skórą (podobnie jak i noszenie całych spodni ze skóry) nie jest ani hy-gieniczne, ani praktyczne, przynajmniej w Tatrach, gdyż skóra łatwo moknie i schnie niezmiernie powoli. Oprócz zwykle w spodniach umieszczanych kieszeni (do zapinania), wygodnie jest mieć wązką kieszonkę wzdłuż szwu bocznego z tyłu, przeznaczoną na hak z pierścieniem, i ewentualnie małą z przodu na zegarek. Do przebrania się w schro¬nisku i w upalne dni do łatwych wędrówek, polecić można krótkie, u dołu otwarte, spodenki z lekkiego nankinu lub trykotu do prania. Do przytrzymywania spodni używa się wedle upodobania szelek lub paska (z kieszonką na ze¬garek) *).
*) Spodnie mogą być także tak zrobione, że trzymają się bez niczego.

— 24 —
Głowę okrywa w lecie nie za ciężka czapka z da¬szkiem t. zw. sportowa, lekki kapelusz pilśniowy lub sukienny beret. W zimie potrzebna jest grubsza czapka sukienna do spuszczania na uszy i kark. Włóczkowe czapki są zanadto przewiewne.
Bielizna wełniana najlepiej chroni od zmian tem¬peratury i wilgotności, kto ma jednak wrażliwą skórę, musi nosić półwełnianą. Znakomite są też wyrabiane w ostatnich czasach porowate materye niciane i ba¬wełniane. W żadnym jednak razie nie należy używać koszul zwykłych lnianych lub jedwabnych. Koszula musi być oczywiście miękka z takimże wykładano-stojącym koł¬nierzem (ewent. do przypinania), kalesony w lecie krótkie, w zimie długie. Kto się silnie poci, dobrze zrobi podwdzie-wając cienką koszulkę siatkową.
Na łydki wdziewają turyści przeważnie nagolennice z grubej (nieodtłuszczonej) wełny, przytrzymywane pod ko¬lanami z pomocą podwiązek dostatecznie wolnych, aby nie tamowały obiegu krwi (najzdrowszy jest system uży¬wany przez panie). Inni używają opasek sukiennych, pra¬ktycznych zwłaszcza na rozmiękłym śniegu. W zwykłych warunkach zapobiegają już krótkie opaski na przegubie nogi dostatecznie wciskaniu się śniegu do butów.
Obuwie sznurowane, ręcznej roboty, z wo¬łowej skóry sporządzone (cielęca jest miększa, ale mniej trwała), można — ale tylko wtedy, gdy jest umiejętnie zrobione — nosić latami. Podeszwa liczy 1 '/a cm grubości. Cholewki zaś nie powinny sięgać wyżej, niż 2 cm ponad kostkę; w celu zagrodzenia drogi drobnym kamykom do wnętrza buta, obszywa się górny brzeg cholewki sukiennym paskiem dwucentymetrowej szerokości. Szew główny po¬winien znajdować się nie z tyłu, lecz z boku cholewki. Język z miękkiej skóry zrobiony, przyszyty ma być

- 25 —
szczelnie z obu stron, nietylko u dołu. Zapobiega się w ten sposób wciskaniu się wody i kamieni. Pięty chroni gruba kapka, na niej naszywa się jeszcze często mały kawałek grubej skóry dla podtrzymania strzemionka raków. Obca¬sów niema, lub są bardzo nizkie (najwyżej 1 cm). Po¬deszwa powinna wystawać nieco z boków i być z przodu w miarę zaokrąglona. Zbyt szerokie i tępe z przodu po¬deszwy przeszkadzają we wspinaniu się po drobnych sto¬pniach. Do podkucia używa się specyalnych gwoździ tak długich, aby przechodziły na wylot przez podeszwę i dały się nazewnątrz zagiąć. Wbija się je wzdłuż krawędzi, na obcasie i pod palcami jeden przy drugim, zaś na reszcie w odstępach po dwa. Środek podeszwy nabija się krótszymi gwoździami. Miarę bie¬rze się z obciążonej
v , . , Buty podkute.
stopy w grubej skar¬petce. W piętach powinny buty w miarę przylegać, zaś palcom zostawiać swobodną przestrzeń do zgięcia i ruchu. Obuwie używane do nart zaopatruje się wewnątrz sztywnemi kapkami. Od czasu do czasu, zwłaszcza w razie przemoczenia, trzeba buty smarować. W handlu znaj¬duje się cały szereg preparatów mniej więcej równie do¬brze się nadających do tego celu. Utrzymują niektórzy, że smarowanie wyłącznie płynnymi środkami zwiększa pory a temsamem przemakalność skóry i radzą używać

— 26 —
na zmianę tłuszczów stałych n. p. wosku z terpentyną. Od siebie polecić mogę mieszaninę 1 części parafiny, 2 wazeliny i 2 benzyny lub nafty. Dobrze i często, lecz nie za często, smarowane obuwie jest dość nieprzemakalne, zwłaszcza jeśli szwy zalane są smołą. Jednakże nie należy na tem zbytnio polegać, gdyż i tak największa ilość wody dostaje się do butów z góry n. p. z mokrych nagolenni¬ków. Buty, zwłaszcza podkute, palą się z podziwienia godną łatwością, podobnie jak i rzeczy wełniane i nie-bezpiecznie jest suszyć je na blasze pieca, jak to czyni często służba w schroniskach. W celu szybkiego osuszenia daleko jest lepiej wypchać je papierem, sianem lub owsem, które to ciała wciągają wilgoć. Nieużywane obuwie należy posmarować i przechowywać owinięte w papier. Biorąc pierwszy raz nowe, lub dłuższy czas nieużywane buty, wstawia się je przedtem na parę godzin do płytkiej wody, aby podeszwy namokły, gdyż ze suchych wypadają łatwo gwoździe. Napuszczanie podeszew pokostem zwiększa ich trwałość, nie należy tego jednak czynić z miękkiemi czę-ściami buta lub rzemieniami.
Użycie ciężkich i twardych butów górskich wy¬maga zabezpieczenia nogi od otarcia i nagniecenia. Uzyskuje się to przez użycie grubych skarpetek z wełny, najlepiej nieodtłuszczonej, w których bynajmniej nie jest tak gorąco, nawet w lecie, jak się to niewtaje¬mniczonym wydaje. Pod nie zawdziewa się wprost na nogę cienkie skarpetki z bawełny. W zimie można dla ciepła wdziać i dwie pary grubych skarpetek, jeżeli tylko wielkość butów na to pozwala. Zbyt wolne buty można wypełnić wkładkami asbestowemi lub „loofah".
Do ochrony przed deszczem, wiatrem i zimnem służą płaszcze i peleryny. Materye lodenowe są przyjemne w noszeniu, mają jednakże zbyt wiele wad.

— 27 —
Przedewszystkiem ich tak zwana nieprzemakalność jest tylko względna, gdyż przy dłuższym deszczu przepuszczają wodę tak jak każda inna wełniana materya, zwłaszcza gdy są starsze. Nadto już w stanie suchym są dość ciężkie (płaszcz z cienkiego, najlepszego lodenu waży 1 —1 % kg), cóż dopiero, gdy namokną i ciężar ich wzrośnie kilka¬krotnie, schną zaś bardzo powoli. Dlatego dziś używają turyści powszechnie lekkich nieprzemakalnych ma-teryj. Robi się je z podkładu wełnianego, lnianego, ba-wełnianego lub jedwabnego rozmaitej grubości, powleczo¬nego lub napuszczonego gumą albo żywicą. Cena ich i waga jest dość rozmaita, również jak i trwałość.
Do materyj gumowych należą t. zw. gumy angielskie, makintosh, dalej batysty : „Gloria", „Alpina", batyst Mo-setiga i inne. Cechą ich wspólną jest stosunkowo mała trwałość. Wytrzymują bowiem — zwłaszcza cieńsze ga¬tunki, nie więcej jak 3 lata, choćby się ich nawet mało używało. Pod tym względem lepsze są materye impregno¬wane żywicami. Z nich najtańszy — batyst Billroth'a — grzeszy zbytnią kruchością ; lepsze lecz droższe, są deli¬katniejsze gatunki jak batyst „japoński", t. zw. „Regen-haut" etc. Wspólną cechą obu powyższych rodzajów materyj nieprzemakalnych jest zupełna nieprzepuszczalność dla wody i nieprzewiewność. Temsamem stanowią one doskonałą ochronę również przed zimnem i wiatrem, lecz w chodzie grzeją zbytnio. Dalszą zaletą jest ich lekkość (300—700 gramów na płaszcz), a że mokną tylko po-wierzchownie, więc i schną bardzo szybko. Ponadto po¬siadają małą objętość, okrycia z cieńszych gatunków dadzą się bowiem złożone nosić w kieszeni. Lepsze wyroby są na podarcie bardzo wytrzymałe, natomiast szkodzi gumo¬wym ciepło i światło słoneczne, a żywiczne sztywnieją i kruszeją już przy kilku stopniach mrozu. Wspomnieć

— 28 —
należy tutaj wreszcie o grubszych i cięższych znacznie materyałach impregnowanych, których używa się głównie na worki, namioty, worki do spania etc. Można z nich sporządzać również ubrania nieprzemakalne trwałe bardzo, lecz znacznie cięższe.
Co do formy odzienia zwierzchniego, to peleryna jest mniej praktyczna, tamuje bowiem ruchy rąk. Lepsze są płaszcze z rękawami, tak wolne, że można pod nimi nosić nawet dobrze wypchany wór, a sięgające nieco po¬niżej kolan. Rękawy i kołnierz powinny mieć guziki do szczelnego zapięcia, kaptur zaś urządzenie do ściągania lub przytrzymywania na czole, gdyż inaczej będzie go wiatr łatwo zdzierał z głowy. W płaszczach takich można nawet robić niezbyt trudne wspinaczki, jeśli się je w pasie podwinie za linę, pasek, lub zawiązany w tym celu sznur. Przy nizkiej temperaturze powietrza pokrywają się ubrania nieprzemakalne od wnętrza wilgocią parującą z ciała, obfitą zwłaszcza podczas ruchu a warstwa ciepłego i wil¬gotnego powietrza między ubraniem a okryciem wywołuje uczucie duszności, dlatego trzeba podczas ruchu o ile możności ułatwić przewiew przez częściowe otwarcie na piersiach itp. Nawet z najdłuższych płaszczów ścieka w chodzie część wody na kolana i gol nie, zwłaszcza podczas wiatru lub pochodu w trawach lub kosówce. Nie chcąc w takich razach zamoczyć nóg, używa się szero¬kich nogawic, sporządzonych z jednego z wyżej wy-mienionych nieprzemakalnych materyałów. Wdziewa się je na każdą nogę osobno i przytrzymuje u góry z pomocą guzików u spodni, lub paska a u dołu obwiązuje tasiemką. W połączeniu z nieprzewiewnymipłaszczami lub kurtkami, oddają takie spodnie również usługi na wycieczkach zimo¬wych, jako osłona przed wichrem.

— 29 —
W chłodniejszej porze roku trzeba mieć ze sobą kominiarkę wełnianą dla ochrony uszu i twarzy *) i takież rękawice. Do wspinania się po skałach potrzebne są rękawice z palcami, zresztą lepsze — bo cieplejsze — są dwudzielne napięstniki, sięgające po łokcie. W zimie trzeba mieć 2 pary rękawic tak dobranych, aby jedną można na drugą w razie potrzeby zawdziać. Przy wielkich mrozach z wichrem oddają dobre usługi rękawice z płótna nieprzemakalnego, zawdziewane na wełniane. Często i w lecie, w niepogodę lub po młodym śniegu, przydadzą się ręka¬wice a czasem i kominiarka. W potrzebie zastąpić można kominiarkę kapturem od peleryny, stosownie przewiąza¬nym, lub chustką do nosa a rękawice rezerwowemi skar¬petkami.
Strój pań powinien się w swym składzie zbliżać
0 ile możności do męskiego. W szczególności konieczne
jest na wycieczkach trudniejszych użycie spodni, które
1 w łatwiejszym terenie znacznie są wygodniejsze od naj¬
krótszych choćby spódniczek. Krój ich nie powinien być
za wązki ani znów z drugiej strony przypominać tureckich
szarawarów. \V pobliżu siedzib ludzkich, w schroniskach
i w dolinie, wdziewają panie jednakże lekkie, swobodne
spódniczki, które noszone pozatem we worku mogą służyć
jako rezerwa lub do okrycia w razie biwaku. Miejsce ko¬
szuli flanelowej zajmuje takaż bluzka a kurtka zbliża się
krojem do krótkiego żakietu kostyumowego. Nietrzeba
chyba dodawać, że noszenie w górach gorsetów, wysokich
obcasów z korkami, batystowych bluzek i strojnych kape¬
luszy, jest niedopuszczalne, podobnie jak u mężczyzn
długie surduty i twarde kapelusze. Pomijając już niehy-
gieniczność tych przyborów trzeba pamiętać, że tak ubrane
*) O ile się niema odpowiedniej czapki.

— 30 —
osoby sprawiają wrażenie komiczne, a nawet wprost od¬rażające ilekroć, a zdarza się to z reguły, trudy wycieczki i złośliwa aura w niwecz obrócą kunsztowne zabiegi toaletowe.
Ludzie z dolin mają zwykle przesadne wyobrażenie
0 srogości klimatu górskiego i ubierają się zbyt ciepło,
w czem i wielu taterników grzeszy. Należy się przeciwnie
trzymać zasady, by nie mieć na sobie więcej niż konie¬
cznie potrzeba a za to jaknajwięcej przy sobie. Często
nawet w zimie jest na słońcu tak ciepło, że można wspi¬
nać się w koszuli, bez rękawic i czapki. W normalnych
warunkach, t. j. w chłodne dni letnie i w cieplejsze
zimowe, ubranie taternika w ruchu powinno się składać
z pojedynczej bielizny, spodni i kurtki (ewent. rozpiętej).
W dni upalne zdejmuje się kurtkę a nakrycie głowy może
wogóle przez większą część wycieczki spoczywać we worku.
Natomiast, jeśli odpoczynek trwa dłużej niż 5 minut, trzeba
wdziać coś ponad to, co się miało na sobie w ruchu,
n. p. kamizelkę wełnianą. W razie ciepłego deszczu za-
wdziewa się płaszcz (nogawice), nie zapinając się szczelnie.
Przeciwnie w razie mroźnego wichru zapina się rękawy
1 kołnierz możliwie szczelnie i osłania uszy. Wreszcie przy
biwakach a także dłuższych odpoczynkach w zimie, za¬
chodzi potrzeba zawdziania wszystkiego, co się ma w re¬
zerwie. W razie braku nieprzemakalnego ubrania stanowić
może pewną ochronę przed wiatrem i zimnem (ale nie
wilgocią) papier, który się umieszcza pod ubraniem, zwła¬
szcza na plecach i piersiach. Dobrze jest w tym celu
zabierać zawsze kilka gazet.
Zapas bielizny na wycieczki kilkudniowe składa się z drugiej koszuli, używanej na noc i w razie biwaku, drugiej pary skarpetek i kilku chustek do nosa.
Dobrze ubrany turysta może się bez szwanku opie-

— 31 —
rać nawet silnym mrozom i burzom, natomiast niedo-stateczne okrycie i spowodowane niem przezię-bnięcie, osłabia siły i przedsiębiorczość, niepozwalając na przeprowadzenie zamierzonej wycieczki a co gorsza może się nawet stać — przy niepomyślnych okoli¬cznościach — przyczyną katastrofy.
Główną częścią uzbrojenia turysty jest worek tu¬rystyczny (rukzak) *). Jest to jeden z najdoskonalszych przyborów turystycz¬nych, dlatego wszelkie próby zastąpienia go czyto tornistrem, czy torbą noszoną u pa¬sa, są niepotrzebnym i poronionym wymy¬słem. Worek robi się z płótna impregnowa¬nego, niezbyt ciężkie¬go. Znajdujące się w handlu gatunki są dostatecznie nieprze¬makalne, tak że niema potrzeby podszywania wnętrza gumową materyą, która tamuje przepływ powietrza i tem szkodliwie działa na stan przecho¬wywanych we worku zapasów żywności. Wymiar worka używanego do trudniejszych wycieczek skalnych nie powi¬nien przekraczać 60X60 cm. Kto zatem wybiera się na dłuższy pobyt w górach, musi się zaopatrzyć w drugi większy, który można zostawiać z niepotrzebnemi chwilowo rzeczami po schroniskach. Zewnątrz worka znajdują się
*) Powstała w ostatnich czasach nazwa „plecak" jest obrzydliwym dziwolągiem bez żadnego uzasadnienia.

— 32 —
zwykle 1 lub 2 kieszenie do przechowywania map, latarki, apteczki i t. p., wewnątrz zaś od strony pleców — jedna duża kieszeń na bieliznę zapasową, płaszcz i inne miękkie rzeczy, które w ten sposób ochraniają grzbiet od zetknię¬cia z twardymi i kanciastymi przedmiotami. U góry ściąga się worek zapomocą grubszego sznurka, którego stan na¬leży często poddawać gruntownej rewizyi. Węzeł można zamknąć zapomocą stosownej kłódki, czego nie należy zaniedbać, jeśli się worek przesyła, lub zostawia w schro-nisku. Nosi się worek na barkach z pomocą miękkich rzemieni, których szerokość w miejscu, gdzie spoczywają na ciele, nie powinna być mniejsza, niż 5 cm. Kto ma cieńsze rzemienie, może sobie dopomódz przyszyciem pod¬kładek z filcu centymetrowej grubości, jakiego dostanie u rymarza. Źle jest, jeśli rzemienie są u góry połączone z workiem jedynie zapomocą sznura ściągającego, gdyż w razie przetarcia się tegoż, cała zawartość worka w je¬dnej chwili wysypuje się na zewnątrz. Unika się tego przymocowując rzemienie do stalowego pierścienia, który zapomocą dużego płatu skóry przyszyty jest trwale do górnej części ściany worka. Na zewnętrznej ścianie worka umieszcza się oprócz kieszeni jeszcze: u góry z boku kółko do przyczepiania manierki, z boków w połowie wy-sokości 2 rzemyki do noszenia płaszcza lodenowego lub liny, u góry między kieszeniami i na dole z obu stron pod niemi trzy t. zw. karabinki do przypięcia raków. Wszystko inne powinno się znajdować wewnątrz ; turysta noszący kubki, latarki i t. p. „łapki na myszy" nazewnątrz wywołuje komiczne wrażenie, pomijając już, że łatwo może te przedmioty zgubić lub uszkodzić.
Jako laski używają taternicy oddawna swojskiej ciupagi a od lat kilku również przyjętego z zachodu czekana; na¬tomiast nie ma u nas zwolenników wysoki kij alpejski.

Ciupaga składa się ze stalowej siekiery o ściętej ukośnie głowni i pięknie wygiętem ostrzu, osadzonej na toporzysku ; waży '/2 do 1 ^g. Tak zwana rąbanica różni się tem, że ma głownię prosto ściętą i wązkie proste ostrze. Toporzysko ciupagi, czy rąbanicy, z jesionu, ma długość około 80 cm, 4—5 cm szerokości i jest u dołu zaopatrzone okuciem i kolcem. Do rąbania stupajów w śniegu a zwłaszcza lodzie, ciupaga jest zupełnie odpowie¬dnia, w niektórych razach może nawet lepsza niż czekan, zaś podczas no¬clegów — przy ognisku, oddaje wielkie usługi. Czekan na¬tomiast jest bez porównania le¬pszy do zabez¬pieczania się na stokach trawia¬stych i śnież¬nych a także wygodniejszy w schodzeniu
dla swej długości. Głowa czekana składa się z łopatki na 5—6 cm szerokiej a 8—11 cm długiej i dzioba o dłu¬gości 14—16 cm. Jesionowe toporzysko czekana, owalne w przekroju, umocowane jest przy pomocy piór stalowych wyrastających z głowy i miedzianych (nie żelaznych) nitów. U dołu okucie z rury żelaznej 10-centymetrowej długości i silny czworograniasty stalowy kolec, nie połączony z oku¬ciem. Wysokość czekana waha się od 100 do 130 cm. Krótsze lepsze są do rąbania, dłuższe na skałach i w zimie do nart. Waga odpowiednia do wycieczek skalnych 1—1 % kg.
3

— 34 —
Środek ciężkości czekana, który ma dobry rozmach, leży w odległości 32—37 cm od głowy. Dobre czekany są drogie, bowiem pióra i głownia muszą być wykute z je-dnego kawałka stali a dziób w miarę zahartowany, tak by się nie tępił szybko a z drugiej strony nie pękał przy uderzaniu o skałę. Toporzysko tak czekana jak i ciupagi musi mieć słoje równe, możliwie rzadkie i wzdłuż idące, bez sęków. Napuszcza się je od czasu do czasu olejem
lnianym. Podczas wspinania wiesza się czekan, czy ciupagę, u przegubu lub ło¬kcia ręki na pę¬tlicy z taśmy par¬cianej. Ostrze mo¬żna ochronić przed wyszczerbieniem za-pomocą skórzanej pochwy.
Lina jest dla taternika na tru¬dniejszych wyciecz¬kach towarzyszem niezbędnym. Robi się ją prawie wyłącznie z manilli lub włoskich konopi, przez przędzenie maszynowe, plecenie lub skręcanie. Je¬dwabne liny są bardzo mocne i lekkie, jednak nadzwyczaj kosztowne. Obecnie jeszcze najczęściej używane są dla swej lekkości i podatności manillowe liny sztucznie przę-dzone, jednakże doświadczenia ostatnich czasów wy¬kazały, że wytrzymałość ich jest znacznie mniej¬sza niż taksamo grubych lin kręconych a zwłaszcza

plecionych z włoskich konopi *). Te ostatnie zasługują
więc na pierwszeństwo, zaś przędzonych należy
się wystrzegać. Wszystkie gatunki używane są
w grubościach 10—13 milimetrów. Liny cieńsze są oczy¬
wiście lżejsze, lecz mniej trwałe i dają gorsze oparcie
dla ręki przy spuszczaniu się, tudzież mniejsze bez¬
pieczeństwo w razie upadku. Wprawdzie wytrzymałość
statyczna lin, nawet 10-milimetrowych, przewyższa kilka¬
krotnie ciężar człowieka, trzeba jednak pamiętać, że naj¬
częściej przy odpadnięciu od skały na¬
stępuje gwałtowne szarpnięcie lub za¬
czepienie o ostrą krawędź. Tem się tłu¬
maczą wypadki zerwania się liny. Cień¬
szych lin, niż 1 0 mm, nie należy używać
w żadnym razie. Jako normalna przy¬
jęła się u nas długość 30 metrów. Wy¬
starcza ona dla przeważnej części wy¬
praw tatrzańskich, dlatego druga lina
używana dla zabezpieczenia przy zjeździe
i jako rezerwa, może być krótsza i cień¬
sza. Z liną trzeba się obchodzić ostro¬
żnie, nie stawać na nią w świeżo podku- Lina
tych butach lub rakach, nie wlec po prz?dz°na kręcona
piargu i baczyć, by na nią nie spadały kamienie. Po
każdej wyprawie, a co pewien czas i w ciągu wy¬
cieczki należy linę dokładnie obejrzeć i w razie wię¬
kszego uszkodzenia bezwarunkowo zastąpić nową. Wy¬
służone liny można, wybrawszy zdrowe kawałki, zużyć
na pętle, w żadnym jednak razie nie należy robić z nich
podarunku przewodnikom lub początkującym turystom, jak
*) Przytem niesumienni fabrykanci dają bardzo często do wnętrza lin przędzonych lichy materyał!

— 36 —
się to często widzi. Przemoczone liny są ciężkie i sztywne, można tego uniknąć, smarując je na gorąco małą ilością waseliny, nie nasiąkają wtedy tak łatwo wodą.
Do zjazdu na linie używa się pętli, które (o ile ich się nie robi ze zdrowych części starych lin), ucina się z konopnego lub manillo-wego sznura o 7—8 mm grubości, albo haków. Te ostatnie składają się z kutego żelaznego gwoździa o długości 12—20 cm i przewleczonego przezeń, kutego pierścienia o średnicy 5 cm, a grubości 5 mm. Lżejsze haki bez pierścieni nie przyjęły się w Tatrach jako mniej pewne. Noszenie osobnego młotka do wbijania haków wy¬daje mi się zbyteczne ; wystarcza do tego pierwszy lepszy kamień, dostarczony w razie potrzeby na linie przez towarzysza.
Jednym ze środ¬ków technicznych, które dopiero od lat kilku u nas wpro¬wadzono, są buciki z miękką podeszwą, zwane trzewicz-ka m i. Celem ich jest umożliwienie wy¬czuwania stopą dro¬bnych stopni i nie-równości, tudzież
zwiększenie na po-
Trzewiczki. , . , . _,. . .
chyłych, gładkich
miejscach tarcia, które przy butach podkutych, zwłaszcza schodzonych, jest już niedostateczne. Jest kilka rodzajów podeszew, które zadanie powyższe spełniają. Najczęstsze

są bezwątpienia plecione, manillowe. Jeszcze lepsze, pod względem trwałości i przyczepności, są podeszwy zeszyte z kilku pokładów grubego sukna*). Gumowe chwytają bar¬dzo dobrze granit, lecz są najmniej trwałe. Cholewki trze-wiczków, zrobione z płótna nieprzemakalnego, mogą być nizkie jak u mesztów, lecz pierwszeństwo oddać trzeba wy-sokim ; przez obłożenie skórą zyskuje się na trwałości. Wielkość powinna być raczej za ciasna, źle jest bowiem, gdy noga przesuwa się w trzewiczku.
Raki uwidocznione są obok. Kute muszą być ze
stali, lecz tylko końce kolców mają być zahartowane, ina¬
czej pękają łatwo w chodzie. Najlepsze są z 1 lub 2 za¬
wiasami a z 8 do 10 kolcami. Jeśli ich jest mniej, stąpa
się niepewnie, jeśli
więcej, zalepiają się
łatwo śniegiem **).
Raki powinny być zro¬
bione na miarę, lub
conaj mniej troskliwie
dostosowane do po¬
deszwy buta i nie „ .;
śmią się ruszać na
nodze. Znajdujące się z tyłu strzemionko, z drutu lub taśmy żelaznej, wchodzi w zagłębienie pomiędzy piętą, a obcasem, lub też zaczepia o naszytą w tym celu kapkę (p. str. 25). Ważne jest dla utrzymania równowagi, aby tylne kolce znajdowały się dokładnie poniżej tylnego końca buta a przednie poniżej palców (tak jak na rycinie str. 38). Do przymocowania używa się tasiem konopnych
*) Bardzo chwalą w ostatnich czasach trzewiczki wy¬robu Kressa w Monachium.
**) Raki systemu Eckensteina nie przedstawiają w ta¬trzańskich warunkach korzyści.

— 38 —
długości 2—3 m, a szerokości 2 cm, które przeciąga się przez kółka tak, aby nie uciskały palców i spina sprzączką z boku nazewnątrz. Należy przytem pamiętać, że mokre taśmy ściągają się. Zdejmowanie zamarzniętych raków skostnia¬łymi z zimna palcami należy do najprzykrzejszych rzeczy. Starają się temu w ostatnich latach zapobiedz dostawcy przyborów turystycznych, przez wprowadzanie mniej lub więcej odpowiednich uprzęży, które można „jednym ru¬chem" przypinać i zrzucać. Zakła¬dania raków trze¬ba się nauczyć w domu przed wycieczką. Nowe raczki rzuca się silnie na bruk lub kamienną posadz¬kę. Jeśli się przy tem nie połamią, to można je spo¬kojnie wziąć na wycieczkę. Od czasu do czasu trzeba kolce naostrzyć, co powinno się robić na zimno, na kamieniu szlifierskim. Po¬dobnie dostosowanie raków powinno być zrobione na zimno, by nie zmieniać hartu stali. Nosi się raki na zewnętrznej stronie worka, uczepione zapomocą wspomnianych karabinków. Na kolce nakłada się aluminiowe ochraniacze lub korki. W lecie używa się w Tatrach raków tylko w rzadkich wypadkach. Karpie są to siatki sznurowe, opięte na owalnych obręczach jesionowych, które przymocowuje się pod sto-pami, by uniknąć zapadania się w śniegu. Należycie speł¬niają one swe zadanie tylko przy zbitym, w miarę mięk¬kim śniegu, wskutek czego używa się ich głównie na

— 39 —
wiosnę, rzadziej w zimie. W ostatnich czasach wobec wprowadzenia nart do turystyki, karpie prawie zupełnie wyszły z użycia.
Narty stały się — wyjąwszy szczególne warunki śniegowe — koniecznym środkiem pomocniczym na wy¬cieczkach zimowych. Do tego celu wybiera się je niezbyt długie : 1 80—200 cm, możliwie lekkie i zaopatrzą ze względu na stromość terenu w uprząż sztywną. W osta¬tnich czasach polecają narty składane, które można nosić przyczepione do worka jak karpie. Foki lub węźlice *) od¬dają usługi bardzo dobre. Zamiast kija używa się na wy¬cieczkach tatrzańskich zwykle czekana, którego dziób i łopatkę trzeba, dla bezpieczeństwa przy ewentualnych upadkach, okręcić pasem do noszenia nart, lub paskami sukna (pochwa skórzana nie jest wystarczającą ochroną). W handlu znajdują się również czekany z głową do od¬kręcania ; zdania co do ich użyteczności są bardzo po¬dzielone. W ostatnich czasach używają do wycieczek alpej¬skich coraz częściej podwójnego kija i krótkiego czekana (system Eckensteina), który można schować do worka.
Kto nie lubi nadprogramowych noclegów pod ka¬mieniem, powinien zawsze nosić ze sobą latarkę, na¬wet jeśli spodziewa się powrócić bardzo wcześnie. Wyra¬biają dzisiaj kilka modeli lekkich latarek z blachy alumi-niowej lub żelaznej z mikowemi szybkami. Pali się w nich świecami, najlepiej w t. zw. ochraniaczu. Automatycznie otwierające się latarki zasługują stanowczo na pierwszeń¬stwo, jakkolwiek są cięższe. Do zaświecania podczas bu¬rzy służą zapałki t. zw. wiatrowe, lub bengalskie. Te ostatnie mogą w danym razie posłużyć dobrze do dawania sygnałów. Latarki acetylenowe nie przyjęły się dotąd, jak-
*) Siatki z grubego sznurka do zakładania na narty, używane w Zakopanem.

— 40 —
kolwiek wyrabiają już lekkie i małe, dla turystów przezna¬czone. Coraz więcej natomiast wchodzą w użycie małe latarki elektryczne, które w wielu wypadkach oddają nieocenione usługi, jakkolwiek nie mogą jeszcze zastąpić w zupełności latarek ze świecami.
W kompas powinien być zaopatrzony każdy uczestnik wycieczki i to w przyrząd porządny, najmniej 4-centymetrowej średnicy, z podziałką kątową i zatrzyma¬niem igły. Polecenia godna jest busola Bezard'a. Nosić kompas najlepiej w specyalnie na to przeznaczonej kie¬szonce (p. str. 22), uwiązany na dość długim sznurku.
Do znaczenia drogi we mgle przydatne są czer¬wone papierki wymiaru 5X15 cm. Ponieważ jednak zostawianie ich jest pewnego rodzaju zaśmiecaniem gór, przeto należy się uciekać do tego środka tylko w razie rzeczywistej potrzeby. W wielu wypadkach te same usługi oddadzą nierażące kopczyki z kamieni.
Bardzo pomaga w orjeritowaniu się kieszonkowy a n e r o i d z ruchomą skalą wysokości. Gdyby nie wysoka cena tego przyrządu (50—90 K), należałoby go każdemu polecić. Przy zakupnie trzeba zwrócić baczną uwagę na kompensacyę temperatury wewnętrznej przyrządu, gdyż trafiają się instrumenty nawet z najlepszych fabryk, które pod tym względem wielkie braki okazują. Aneroid ogrze¬wany przez kilka minut ciepłem ręki, nie powinien zmie¬niać położenia wskazówki, inaczej jest dla taternika bez wartości *).
Przydatnym choć bardziej jeszcze kosztownym przy¬rządem jest lornetka pryzmatyczna. Do potrzeb
*) O używaniu aneroidu do pomiarów wysokości pisał R. Kordys w Taterniku 1911 str. 67. Obszerna teorya znaj¬duje się w podręcznikach geodezyi. Literaturę tego przedmiotu podaje J. Chmielowskiego: Przewodnik po Tatrach, tom I.

— 41 —
taternictwa najlepiej nadają się modele lekkie i małe n. p. z 8 krotnem powiększeniem. Zwykłe lornetki a jeszcze bardziej lunety, są bezużytecznym balastem.
Nóż turystyczny służyć musi do wielu celów, z tego względu polecenia godne są noże szwajcarskiej armii, za¬opatrzone prócz ostrzy w dłuto, szydło, otwieracz konserw a często jeszcze piłkę, kor¬kociąg i nożyczki.
T-. i j . Nóż szwajcarski
Przybory do szycia '
są niezbędne. W małem skórzanem etui, lub aluminiowem pudełku zmieścić można składane nożyczki, nici i igły — cieńsze do sukien i grube do butów, rzemieni etc, wełnę do cerowania wełnianych części, wreszcie kilka guzików różnej wielkości i takichże agrafek.
Najlepszym zegarkiem dla taternika jest kieszon¬kowy budzik. Niektóre gatunki posiadają tarcze i wska¬zówki z preparatami samoświecącymi, które pozwalają od¬czytywać godzinę w ciemności.
W każdem towarzystwie powinna się znajdować przynajmniej jedna apte czka, zaopatrzona w plastry (an¬gielski i żywiczny t. zw. przylepiec), watę, gazę, opaski, środki dezynfekcyjne (bardzo wygodny jest nadmanganian potasu), aspirynę i leki żołądkowe. Polecić możemy bardzo lekką i małą apteczkę Dra Dessauera. Nabywać ją można w Austryi tylko w aptekach. Kto nie ma apteczki, niech się zaopatrzy przynajmniej w wojskowy opatrunek (cena 40 h.) i plastry.
Do smarowania nóg trzeba wziąć salicylowy łój. W miesiącach wiosennych łatwo się nabawić opa¬rzenia skóry, t. zw. wyprysku słonecznego, na twarzy od

— 42
promieni słonecznych odbitych od śniegu. Zapobiega się temu, nacierając twarz maścią lodowcową, ołowiową lub cynkową. Osoby o delikatnej skórze często i w innych porach roku korzystają z tego środka. Zupełnie taksamo ma się rzecz z użyciem okularów śniegowych. Kto nie ma osłabionych oczu, nie potrzebuje się uciekać do szkieł czarnych. Wystarczają przeważnie lekko żółte, nie psujące kolorytu krajobrazu. Krótkowzroczni po¬winni zabierać na wycieczkę s zkła z ap as o we.
Z kolei zajmiemy się kilku przyborami, których ce¬lem jest udogodnienie noclegów. Wprawdzie dzisiaj w Ta¬trach przeważną ilość wypraw można wygodnie robić, śpiąc w schroniskach, jednakże trafiają się jeszcze zakątki, gdzie można a nawet musi się obozować pod gołem nie¬bem. Nocleg taki sprawia wiele przyjemności, a przy od-powiedniej organizacyi może być nawet dostatecznie wy¬godny, aby radość z bardzo bezpośredniego obcowania z przyrodą nie była zmącona ujemnemi stronami tego stosunku.
Namioty używane do ekspedycyj egzotycznych niepodzielnie, mniej są w tatrzańskim terenie pożyteczne, ile że ciężar ich jest znaczny. Przytem nie brak w doli-nach tatrzańskich koleb, dających doskonałe schronienie przed deszczem. Potrzebniejsza jest ochrona od zimna a tę daje w wyższym stopniu worek do spania. Jest to futerał długości człowieka a półtora metra mniejwięcej obwodu liczący, zamknięty u dołu. U góry doczepiony jest rodzaj kaptura dla osłony głowy. Używają także krótszych worków, w które wchodzi się tylko po pas. Jako mate-ryał polecane są batysty i płótna nieprzemakalne, czasami z podszewką. Zależnie od rodzaju materyału i wielkości waży worek '/a—2 '^ kg. Poduszka nadymana jest przy¬jemnym dodatkiem. Niektórzy polecają zabieranie kawałka

— 43 -
batystu nieprzemakalnego, wielkości 2—3 metrów w kwadrat. Można z niego zrobić, zależnie od potrzeby: namiot, dach, worek do spania, lub nakrycie dla 2—4 osób.
W chłodniejszych porach roku trzeba zabierać sie¬kierę, o ile się nie ma ostrej i silnie osadzonej ciupagi. Siekiera do drzewa ma wązkie ostrze, szeroką głownię i niezbyt krótkie stylisko. W zimie powinno się też mieć ze sobą łopatę, silną, stalową, na krótkiem stylisku (model wojskowy jest bardzo odpowiedni). Służy ona do usuwania śniegu z przed drzwi schronisk, kopania dołów w śniegu na biwaku, a w razie wypadku z lawiną do od-kopywania zasypanych.
Nic w tym stopniu nie podlega upodobaniom oso¬bistym taternika, jak właśnie dobór pożywienia, z dru¬giej jednak strony spełnienie licznych warunków, którym ono odpowiadać powinno, wymaga znacznego obeznania się z przedmiotem ; nie od rzeczy będzie więc podać tu¬taj szereg polecenia godnych pokarmów, który każdy może odpowiednio do swego smaku zmodyfikować. Zasadą jest bowiem, aby pożywienie było, przy jaknajmniejszej wadze, nietylko możliwie zdrowe, posilne i łatwe do przyrządzenia, lecz i trwale smaczne. Inaczej przy braku łaknienia jaki często — zwłaszcza u osób nerwowych — przy zmęczeniu występuje, nie będzie można niczego przełknąć. Wprawdzie większa część Tatr Wysokich znajduje się w obrębie zaopatrzonych schronisk, w lecie więc rzadko się jest ska¬zanym wyłącznie na zapasy workowe, jednakże robiąc wycieczki w odleglejsze zakątki lub poza sezonem, musi się wszystko ze sobą zabrać.
Podczas gdy dawniej podstawą pożywienia turysty¬cznego były różne rodzaje mięsa i alkoholów, to podany tutaj jadłospis uwzględnia fakt, że od lat kilkunastu zarówno lekarze jak i szersze koła ludności zmieniają swe zapa-

- 44 —
trywania na wartość pokarmów, w kierunku ograniczenia spożywania mięsa i alkoholu. Cokolwiekby się o użyciu tego ostatniego, w warunkach codziennych, w teoryi czy w praktyce sądziło, nie ulega wątpliwości, że obniża on sprawność fizyczną w wysokim stopniu. Poza krótkotrwa-łem działaniem podniecającem, osłabia alkohol s i ł y a nadużyty do utraty pewności ruchów, może się stać przyczyną wypadków, na co już i w Tatrach mieliśmy przykłady. Szczególnie podczas zimna należy się wystrze¬gać picia „dla rozgrzania". Jedynie w niektórych wy¬padkach nadaje się alkohol n. p. we formie koniaku, jako środek leczniczy (p. str. 56).
Z pokarmów mięsnych najwięcej używane są wędliny. Z nich zwłaszcza surowa polędwica i słonina angielska zasługują na uwagę, jako smaczne i długo utrzy¬mujące się w świeżym stanie. Na dłuższe wycieczki zabrać można kilka konserw mięsnych a w zimie najlepiej surowe, lub lekko opieczone mięso. Sardynki i inne ryby w oliwie, szczególnie w chłodniejszej porze roku, bardzo są odpo¬wiednie. Masła trzeba jeść jaknajwięcej, gdyż jest to pokarm pożywny i lekko strawny. Nosi się je w płaskich aluminiowych puszkach- Sery najlepsze niezbyt ostre n. p. krowi, gomółki, bryndza, szwajcarski. Jaja dadzą się brać surowe w robionych na ten cel łuskach alumi¬niowych. Można je pić na surowo, gotować lub smażyć w rozmaity sposób. W połączeniu z wędlinami nie trudno z nich stwarzać przedziwne frykasy. Chleba bierze się, ze względu na ciężar, zwykle jaknajmniej. Na pierwszeń¬stwo zasługują gatunki ciemne. Szczególnie cenne wła¬sności ma chleb Simons'a. Na dłuższych wycieczkach, gdy musi się brać dużo pożywienia, można ciężki chleb zastą¬pić całkowicie tak zwanymi „Kra-kie" i grysikiem, który gotuje się szybciej od ryżu i mamałygi. Nie trzeba zapo-

45
minąć o piernikach, albertach i t. p. słodkich p i e-czywkach. Można także zabierać ciasta, które włożone do dużych skrzyń aluminiowych nie gniotą się. Kwestya jarzyn trudna jest do rozwiązania. Jedynie kapusta ki-szona nadaje się do noszenia, w szczelnych puszkach aluminiowych. Suszone jarzyny trzeba gotować bardzo długo, można więc z nich tylko korzystać w schroniskach lub przy ogniu. Niektórzy zabierają kostki bulionów i zup. Z nich najlepiej i najtaniej ucisza głód zupa gro¬chowa, którą się zwykle taternik, w pierwszych latach ży¬wota turystycznego, przy każdej sposobności posila, póki mu zupełnie nie zbrzydnie. Brak jarzyn należy wynagro¬dzić obfitszem spożywaniem owoców. Najlżejsza ich forma to owoce suszone, morele i śliwki bez pestek, które je się surowe, lub w kompocie. Gotowe kompoty w puszkach są bardzo smaczne lecz ciężkie. Świeżych owoców powinno się tyle zabierać, na ile tylko ciężar worka pozwoli. Stałym składnikiem wycieczkowego poży¬wienia są marmolady owocowe w tubkach lub pu-szkach aluminiowych.
Przy cierpliwości i pewnej wprawie można, jak z tego widać, improwizować na wycieczkach wspaniałe uczty z kilku daniami. Jednakże zajęcie to zabawne jest tylko w pogodny dzień letni i gdy się ma dużo czasu, lub podczas deszczu w schronisku. W innych warunkach lepiej obfite „obiadki" zastąpić krótszymi a częstszymi po-siłkami, z pokarmów dających się naprędce przygotować. Bardzo dobry jest, zwłaszcza w zimie, zwyczaj noszenia — w małem pudełku w kieszeni, rozmaitych drobiazgów do pogryzania w czasie pochodu. Jako takie nadają się łuszczone orzechy laskowe, figi, migdały, daktyle, cukry i galarety owocowe, owoce kandyzowane i czekolada lepszego gatunku.

- 46 —
Ulubiony napój taterników — herbata — gasi dobrze pragnienie, pobudza apetyt i podnieca nieco nerwy. Nie należy jednak go nadużywać, ale zastąpić w miarę możności, gorącą lub zimną lemoniadą. Kawa czarna jest podobnie jak alkohol szkodliwa. Woda czysta, ze skał granitowych lub ze śniegu, nie jest zbyt zdrowa z po¬wodu zupełnego braku soli mineralnych. Dobrze jest za¬tem zaopatrzyć się w proszki do wyrobu gazowej lemo-niady, lub soki owocowe i dodawać je w małej ilości do wody (o używaniu wody w pochodzie będzie mowa nastr. 52). Podczas długotrwałych wędrówek bezwodnymi graniami, znakomicie gasi pragnienie spożywanie płatków cytryny. Na śniadanie najlepiej pić czekoladę, kakao lub kawę z dużą ilością mleka. To ostatnie jest wogóle najlepszym napojem dla turysty *) i jeśli trudno je w większej ilości zabierać ze sobą, to tembardziej należy z niego korzystać przy sposobności, na hali, czy w schronisku. Kiśnięciu mleka we flaszce można zapobiedz przez wrzucenie szczypty sody lub dwuwęglanu sodu. Dobre jest zgęszczone mleko i śmietanka w puszkach, natomiast dobrego mleka w proszku, dotąd niestety w handlu niema.
Kociołek do warzenia herbaty na ogniu — po gó-ralsku kotlik — był dawniej najważniejszym sprzętem wycieczkowym. Dzisiejszy taternik gotuje sobie w sposób mniej uroczy, ale zato praktyczniejszy, na spirytuso¬wej maszynce. Składa się ona z 1—2 aluminiowych rynek, takiejże nakrywki, służącej zarazem za patelnię i talerz, blachy stanowiącej podstawkę i osłonę przed wia¬trem i palnika dającego się szczelnie zamknąć, a waży około 7B kg. Zapas spirytusu nosi się w płaskiej blaszance. W lecie wystarcza 50—70 gramów na dzień i osobę, jeśli
*) Są jednakże organizmy, które mleka nie znoszą.

— 47 —
się kolacyę i śniadanie spożywa w schronisku ; w innych warunkach należy tę ilość odpowiednio zwiększyć.
Manierka aluminiowa w okrywie filcowej, pojemności V2 do 1 litra, służy głównie do zabierania zapasu wody na szczyty. W porze zimowej przydają się flaszki z izolacyą próżniową, które dziś już po nizkich cenach nabyć można, do zabierania gorącej herbaty i le-moniady. Ciepłe mleko łatwo w nich kiśnie. Do picia służą kubki alu¬miniowe '/4 litrowe o przekroju owalnym, z uszkiem do trzymania. Aluminiowe łyżeczki i takaż łyżka z widelcem, dopeł¬niają nakrycia. Wszystkie prowianty nosi się w aluminiowych pusz-kach lub płóciennych (w razie potrzeby nieprzemakalnych) w o-reczkach, odpowiednio posor-towane, aby łatwo można było żą¬dany przedmiot znaleźć. Szkła na¬leży unikać a papieru używać do zawijania jaknajmniej. Przy pakowaniu worka trzeba za-chować pewien porządek, aby n. p. owoce nie były na spodzie a mięso nie przytykało do pleców.
Jak z przytoczonego tu wykazu wynika, liczba przed¬miotów, których taternik w rozmaitych okolicznościach potrzebować może, jest wcale znaczna i byłoby zaprawdę źle z nami, gdybyśmy zawsze musieli w pełnym rynsztunku występować. Tak objuczony człowiek nadaje się bowiem conajwyżej jako model do fotografii, ale nie do robienia trudnych wypraw tatrzańskich. Wogóle zaś chodzenie z ciężkim worem nie jest ani przyjemne ani

— 48 —
zdrowe. I tak według lekarzy nie powinien ciężar worka przekraczać Vi o — Vs wagi turysty. Do tej miary worek, którego właściciel obywa się bez przewodnika, z trudnością tylko da się zredukować, należy przeto przed wyruszeniem rozważyć dokładnie, co ze względu na porę roku, plan wy¬cieczki i inne okoliczności wziąć należy a nie wrzucać do worka wszystkiego bez wyboru, tylko dlatego, że to lub owo „nic nie waży". Nożna przy pewnej wprawie osiągnąć, że całkowity prowiant na dzień i osobę waży tylko 1 kg a rynsztunek niejadalny wraz z liną, trzewiczkami i płaszczem batystowym 6—8 kg. Normalnie więc ciężar worka — na kilkudniową wycieczkę letnią, będzie wynosił około 11 kg; w zimie powiększyć go trzeba mniejwięcej o jedną czwartą część.

IV. ZASADY ŻYCIA WYCIECZKOWEGO.
Wyprawy górskie wymagają często znacznego wy-siłku fizycznego i psychicznego. Aby go przez czas dłuższy, bez szkody dla zdrowia, módz znosić, trzeba przestrzegać zasad h y g i e n y turystycznej, która uczy jak sprawność naszych organów w najlepszym stanie zachować *). Nie trzeba również zapominać, że świeżość sił i umysłu pod¬czas wycieczki, jest koniecznym warunkiem pełnego i nie-przytępionego przeżywania wrażeń, dla których się tater¬nictwu oddajemy. Nie zaszkodzi więc nieco pedanteryi w tym kierunku.
Oszczędzać trzeba przedewszystkiem serca i płuc, starając się racyonalnie chodzić. Pod górę idzie się powoli — zwłaszcza na początku wycieczki — tak powoli, jakby się wogóle nie miało wytkniętego celu, tem wolniej im większe nachylenie drogi. Tembardziej jeśli się ma ciężki worek lub w upał. Pokonywanie 300 do 400 metrów wzniesienia na godzinę, należy uważać za rezultat normalny, którego niema potrzeby pobijać. Oczy¬wiście mowa tu o wchodzeniu ścieżką, lub po łatwych skałach, niewymagających użycia rąk; dla wspinania się normy wogóle ustanowić nie można. Powinno się iść tak powoli, aby można było swobodnie rozmawiać. Z tej możności jednak niech taternik, broń Boże, n i e robi
*) Niniejsze opracowanie tego przedmiotu posiłkuje się w znacznej mierze znakomitym artykułem Dra K. Panka „Hy-giena a taternictwo" w tomie I. J. Chmielowskiego: Przewodnika po Tatrach. Lwów 1907.
4

— 50 —
użytku. Mówienie, śpiewanie i palenie, przy wchodzeniu pod górę, jest szkodliwe, gdyż zmusza do nierównego i szybkiego oddechu. Należy przeciwnie oddycha ć miarowo, powoli i możliwie głęboko. Kto takiego oddechu nie posiada, niech go sobie ćwiczy na codzien¬nych przechadzkach i uważa z początku na zachowanie go na wycieczkach. Później dokonuje się to automatycznie. Idąc do góry robi się kroki małe, stawiając całą stopę na upatrzonem z góry, możliwie poziomem i pewnem miejscu. Ciało kołysze się lekko, nogi swobodne w kola¬nach, lekko ugięte. Jeśli się czekana nie używa jako pod¬pory (w czem należy okazywać umiarkowanie), to dobrze nosić go pod pachą, na dół i ku przodowi drzewcem, aby nie wybijał oczu następcom. Co kilka minut można na chwilką przystanąć i zaczerpnąć głęboko powietrza. W odstępach półgodzinnych mniej więcej, zależnie od ro¬dzaju drogi, wtrąca się kilkuminutowe odpoczynki, podczas których można podeprzeć worek o ścianę, ale nie sia¬dać. Natomiast na dłuższych spoczynkach dobrze się ulokować w pozycyi półleżącej z wyprostowanemi nogami. (O ubieraniu się podczas spoczynków por. na str. 30).
Krótkie miejsca równe przemierza się dla zaoszczę¬dzenia czasu szybkim, długim, krokiem. N a d ó ł można schodzić tak szybko, jak na to warunki miejscowe pozwa¬lają. Kolana trzyma się silnie ugięte, stawiając w miejscach bezpiecznych kroki długie a mocne. Szybkość przy wchodzeniu zależy od siły serca i płuc i zawsze je natęża, przy schodzeniu wyłącznie od wprawy i wyrobienia nóg i nie powoduje szkodliwych następstw. Dlatego kiepski turysta idzie szybko do góry a powoli na dół, odwrotnie wprost doświadczony taternik.
Tempo wycieczki miarkować się musi względem na najpowolniejszego z uczestników i nawet w łatwych miej-

— 51 —
scach nie wolno nikogo zostawiać. Można na¬tomiast zażądać od towarzysza, który się okaże zbyt nie¬udolnym, aby powrócił łatwą drogą (gościńcem, koleją) do domu, lub zaczekał w schronisku na powrót wycieczki. Wypadek taki zdarza się rzadko, jeśli się w organizowaniu wycieczki przestrzega reguł, podanych w rozdziale ósmym. Porządek pochodu na łatwych ścieżkach jest obojętny. W miejscach łatwych, ale bez ścieżki, lub w nocy, idzie prowadzący wycieczkę naprzód. Porządek pochodu przy wspinaniu się omówiony będzie w rozdziale piątym.
Wielką wagę przykładać trzeba do odpowiedniego, dostatecznie ciepłego, odzienia, jak o tem w rozdziale poprzednim była mowa. Przemoczenie odzieży, na co się tak często jest narażonym w Tatrach, nie wywołuje uczu¬cia ziębnięcia, jak długo się jest w ruchu. Zato po przyj¬ściu na miejsce noclegu, trzeba koniecznie zmienić bieliznę na suchą a ubranie powiesić do wysuszenia, okrywając się tymczasem płaszczem, lub lepiej kładąc do łóżka. Powróciwszy wieczorem do schroniska, powinno się zawsze zmienić koszulę i skarpetki, choć się nawet nie przemokło. Buty gwoździaste zastępuje się możliwie szybko pantoflami lub trzewiczkami, częścią dla ulżenia stopom a także dla tego, by stukaniem ciężkich podeszew nie przeszkadzać we śnie sąsiadom. Z tych samych powodów, wdziewać buty trzeba nie zaraz po wstaniu, ale dopiero tuż przed wyru-szeniem w drogę.
Nic tak nie osłabia i nie zniechęca na wycieczce, jak zepsuty żołądek, nie jest więc filisterstwem — jak niektórzy mniemają — troska o dobór pożywienia. O prowiantach, które się w drogę zabiera, była już mowa wyżej (str. 43 n). Najłatwiej struć się starą konserwą, lub nieświeżą potrawą mięsną w schronisku. Są i tacy, któ¬rym wystarcza szklanka mleka, wypita na hali. Jeść po-

— 52 —
winno się conajmniej cztery razy dziennie: pierwsze śnia¬danie, przed wyruszeniem w drogę — między 5 a 6-tą, mniejwięcej w trzy godziny potem mały posiłek, obiad w połowie dnia, ewentualnie podwieczorek i kolacyę nie później jak o 7-mej, by nie iść spać z pełnym żołądkiem. Można wtedy posilić się wieczorem obficiej, gdyż w dro¬dze nie należy jeść zbyt wiele naraz, z uwagi na to, że podczas wytężającej pracy fizycznej — mniejsza jest sprawność trawienia. Idąc pod górę — nie pić dużo, gdyż osłabia to narządy trawienia i serce. Najlepiej po wypiciu rano i/i do '/a litra mleka, kawy lub kakao, nie pić nic aż do południa. Jeśli się z początku przezwycięży pra¬gnienie, nie odczuwa go się potem zupełnie, a także po¬cenie się jest zmniejszone. Przeciwnie, skoro się zaraz po wyruszeniu zacznie pić, pragnienie zamiast się zmniej¬szyć, wzrasta tylko ; jest się zmuszonym pić co chwilę, a to wywołuje nadmierne poty i osłabienie. Podczas schodzenia picie umiarkowane nie jest szkodliwe, a nawet — jak twierdzą niektórzy — zdrowe. Unikać należy jedzenia śniegu i picia zbyt zimnej, czystej wody (patrz. str. 46). Ubytek soli mineralnych z organizmu, jaki następuje skutkiem zwiększonego wydzielania potu przy całodziennej pracy, dobrze jest wynagrodzić, używając wieczorem — zamiast piwa — wody mineralnej, co również wspomaga trawienie. W przypadku zepsucia sobie żołądka zastosować najlepiej dyetę (ciepłe, lekkostrawne pokarmy), a dopiero w ostatecznym razie środki zawarte w apteczkach. Pod¬czas ostrej biegunki trzeba się z konieczności wstrzymać od chodzenia.
Wycieczki, zwłaszcza trudne i niebezpieczne wypra¬wy, wyczerpują również i system nerwowy, co u osób bardziej pobudliwych objawia się brakiem apetytu, bez-

53
sennością *), czasem napadami zawrotu głowy. Aby dać wypocząć nerwom, należy używać jaknajwięcej snu. Noce bezsenne przed wycieczką, w wagonie lub w marszu spędzone, powinny należeć do wyjątków. Siedm do ośmiu godzin snu, a w dni deszczowe nawet dwa razy tyle — to właściwa norma, a da się ona osiągnąć nawet przy bardzo wczesnem wyruszaniu na wycieczki, byle tylko nie tracić czasu na przydługie rozmowy wieczorne z towarzyszami, a niedołężne zbieranie się rano. Między odezwaniem się budzika, a wyruszeniem w drogę, powinna upływać naj¬wyżej godzina. Także inne administracyjne czynności podczas wycieczki, trzeba się starać załatwiać możliwie szybko. Najlepiej w tym celu przyzwyczaić się do pewnego systemu w ubieraniu się, pakowaniu worka etc. i stale się go trzymać. Czas trwania odpoczynku w czasie wycieczki najlepiej z góry umówić z towarzyszami i ściśle go prze¬strzegać. Niema bowiem większej plagi, jak towarzysz, na którego się czeka rano i przy każdem jedzeniu, który potrzebuje pół godziny na zdjęcie fotograficzne i tyleż na zrobienie węzła. Nieraz kilka chwil, zmarnowanych za dnia, sprawia, że się nie osiąga celu, lub godzinami tłucze w nocy po maliniakach i kosówkach.
Ponieważ ilość i jakość snu wpływa w wysokim stopniu na sprawność taternika, nie od rzeczy więc będzie zastanowić się nad rozmaitymi sposobami nocowania. Nie zawsze bowiem mamy w górach łóżko z pościelą do rozporządzenia. Istnieje w Tatrach szereg schronisk niezagospodarowanych. Niektóre z nich są szczel¬nie zbudowane i zaopatrzone w piece (n. p. w Starole-śnej, Koprowej), tak że nocowanie w nich, nawet w porze zimowej, nie przedstawia trudności. Taternik
*) Jest to także objaw działania zmniejszonego ciśnienia.

— 54 —
musi się tylko postarać o opał, zbierając suche gałęzie i kosówkę, tudzież urządzić sobie posłanie z cetyny (dro¬bne gałęzie). To ostatnie robi się, układając gałązki świer¬kowe lub kosówki, spodem grubsze, na wierzchu delika¬tniejsze, które wtyka się łodygami na dół. Powstaje w ten sposób doskonały, sprężysty materac, który można jeszcze przysypać trawą. Altany i szałasy bez pieców (n. p. na Krzyżnem, przy Zielonym Stawie Gąsienicowym, w Nie-wcyrce), nadają się jedynie w porze ciepłej do nocowania. Specyalnością tatrzańską są tak zwane „koleby" — okapy utworzone przez duże głazy. Znaleźć je można we wszystkich niemal dolinach, w rozmaitych jakościach. Naj¬lepsze mają niezaciekający dach, równe dno, zasłonięte boki (gdzie tego niema, buduje się murki z kamieni), tudzież wodę i kosówkę w pobliżu. Znakomite są między innemi koleby : pod bulą Hińczowych Stawów, w Czeskiej, Walentkowej, w Dolinie Zimnej Wody. Ułożywszy posłanie z cetyny i ognisko — po góralsku „watrę" u wejścia, śpi się w nich wygodnie i ciepło. Natomiast ognisko roz¬łożone pod gołem niebem, nawet w lesie, niedostatecznie łagodzi chłód nocy, tak że zwykle nad ranem niepodobna już spać, chyba że się zaopatrzyło w dobre okrycie. Po¬dobnie ma się rzecz z nocowaniem w kolebie bez ognia. Najswobodniejszy jest taternik w wyborze miejsca na nocleg, gdy weźmie ze sobą worek do spania, kawał ba¬tystu, lub dwa płaszcze, z których jeden służy do okrycia nóg. Nie potrzeba w takim razie szukać koleby, gdy noc pogodna i niezbyt zimna; wystarczy kępa borówek, lub bujnej trawy. Miejsca położone na południowych stokach są z reguły lepsze, bo cieplejsze, od dna dolin, w które spływa nocą zimne powietrze. Jeśli się niema dostate¬cznego okrycia, lub w deszczu, lepiej jest iść choćby po¬woli doliną, niż spędzić całą noc na szczękaniu zębami,

— 55 —
poczem jest i tak następny dzień z reguły stracony. Nie odnosi się to oczywiście do przypadków, w których noc zaskoczy turystę w trudnych skałach. Jak sobie wtedy radzić, będzie mowa w rozdziale siódmym.
Do typowych schorzeń, na jakie turysta w górach jest narażony, należą: choroba górska, udar z gorąca i porażenie serca.
Pierwsza z tych chorób, spowodowana zmniejszeniem się gęstości powietrza, występuje w tatrzańskich wysoko¬ściach rzadko, tylko u osób szczególnie do niej skłonnych. Objawia się bólem głowy, osłabieniem, nudnościami. Po¬ważniejszych następstw nie sprowadza górska choroba, może jednak stać się przeszkodą nie do przezwyciężenia, w osiągnięciu celu wycieczki. Jeśli bowiem, mimo odpo¬czynku, objawy jej nie ustępują, to nie pozostaje nic innego, jak zawrócić. Często, już po obniżeniu się o kilkanaście metrów, następuje polepszenie.
Wypadki udaru z gorąca nie są również w Ta¬trach częste, mogą się jednak zdarzyć u osób skłonnych do tego: anemicznych a otyłych, z osłabionem sercem, szczególnie podczas męczącego wchodzenia z ciężkim workiem, a także przy szybkiem schodzeniu, które jak każdy niewątpliwie zauważył — silnie rozgrzewa ciało. Usposabia do udaru parne powietrze, zbyt ciepłe ubranie, dłuższe zimne kąpiele i obfite picie zimnej wody. Począ¬tkowym objawem jest niezwykła suchość skóry i błon śluzowych, przekrwienie twarzy, uczucie duszności. Jeśli się w tem stadyum zaniedba ratunku, dochodzi do pora¬żenia akcyi serca, objawiającego się nieregularnem, słabem i powolnem tętnem, a w następstwie do śmierci. W razie dostrzeżenia pierwszych objawów, należy chorego natych-miast położyć w cieniu, rozpiąć ubranie na szyi i piersi, czyniąc okład ze śniegu na głowie. Gdyby nastąpiło osła-

— 56 —
bienie akcyi serca, należy ją podnieść dawkami koniaku, silnej czarnej kawy, lub herbaty, ewentualnie odpowiednich leków (kamfora, kodeina).
Najczęściej dochodzi do porażenia serca z przy¬czyn innych, niż udar z gorąca, wskutek wielkiego prze¬męczenia, walki z zimnem i burzą, po przymusowym bi¬waku w niekorzystnych warunkach. Giną tak nawet ludzie z żelaznemi na pozór siłami, tem łatwiej niewprawni, słabej kompleksyi lub starsi. Objawia się porażenie serca sennością, dusznością, nudnościami, apatyą i osłabieniem tętna. Ratunek polega na rozcieraniu ciała w okolicy serca, ciepłem przykryciu (zimny okład na serce), doprowadzeniu ciepłego pożywienia i środków pobudzających akcyę serca, które wymieniliśmy w poprzednim ustępie. O ile użycie ich w takim wypadku jest konieczne, to natomiast prze-strzedz należy przed uciekaniem się do nich, w celu przy¬głuszenia zmęczenia w takich razach, gdzie właściwiej jest przerwać wycieczkę, skoro się nie ma sił do jej pokonania. Krzepienie się alkoholem, czarną kawą, pastylkami „koła" i innymi środkami, zachwalanymi nieraz przez re¬klamę, wywołuje, po przeminięciu krótkotrwałego podnie¬cenia, zupełny upadek sił i może łatwo spowodować porażenie serca.
Do najczęstszych przypadków należą złamania, zwi¬chnięcia, lub naciągnięcia członków, tudzież stłuczenia i skaleczenia. Powstają one bądźto wskutek upadku, złego stąpnięcia, lub też wywołane są przyczynami zewnętrznemi jak: spadające kamienie, lawiny etc.
Złamanie jest to pęknięcie kości w jednem lub więcej miejscach; poznaje się je po niewłaściwej ruchli¬wości i zmienionym kształcie danego członka. Ostre końce złamanej kości często przebijają mięśnie i ścięgna, a cza¬sami wychodzą przez skórę na wierzch. Tego rodzaju

— 57 —
skomplikowane złamanie jest przypadkiem daleko cięższym, podobnie jak złamanie połączone ze zmiażdżeniem. W razie skonstatowania złamania, trzeba przedewszystkiem część złamaną ustalić zapomocą odpowiednich deszczułek, paty¬ków, a w razie ich braku, ciupag, czekanów etc. Postępuje się przy tem tak, że naprzód owija się ciało czemś mięk-kiem, na to kładzie się części ustalające, a wszystko razem obwiązuje się chustkami, liną lub pętlą. Jeśli ze złama¬niem połączony jest krwotok zewnętrzny, należy go zata¬mować (jak niżej przy skaleczeniach podano). •
Zwichnięcie polega na wyskoczeniu kończyny kości (główki) ze stawu i jest często połączone z zerwa¬niem ścięgien a zawsze z ich naciągnięciem. Objawia się kurczowym bólem, odmiennym kształtem stawu i niemo¬żnością ruchu, poczem występuje opuchnięcie. Należy stanowczo powstrzymać się od zalecanego zwykle w tych razach „naciągania". Jedyną rzeczą, jaką laik zastosować może, jest zimny okład i unieruchomienie stawu.
Naciągnięcie ścięgna, szczególnie w nodze, tra¬fia się bardzo często. Najlepiej użyć zrazu zimnego okładu, a potem starać się mimo bólu iść dalej, ruch bowiem stanowi skuteczny masaż. Przy cięższych wypadkach jest to jednak czasami niemożliwe.
Skutki zwichnięcia, a nawet naciągnięcia, dają się naogół odczuwać dłużej, niż następstwa złamania i wyma¬gają troskliwej kuracyi, a potem jeszcze dłuższej ostro-żności. Szczególnie pewne rodzaje zwichnięć skłonne są do odnowy i trzeba się w takich razach wyrzec taternictwa na pewien czas zupełnie.
Stłuczenia są na wycieczkach bardzo częste. Z początku pomaga zimny okład, potem, po kilku godzi¬nach, lekki masaż i wcieranie resorbolu *).
*) Preparat jodowo-mydlany Dra Panka.

— 58 —
Małe skaleczenia najlepiej zostawić, aż zaschną i chronić od zdrapania kollodyonem. Większe odkaża się (roztwór nadmanganianu potasu, jodyna, dermatol) i zakłada watą, poczem zawiązuje opaską kalikotową. Jeśli przy skaleczeniu naruszone zostały naczynia krwionośne, występuje krwotok, który trzeba zatamować. Krew ze zranionych tętnic ma barwę jasną i tryska ciągłym stru¬mieniem, krew z żył — ciemna, wylewa się strugą. Krwo¬tok żylny tamuje się tuż za, tętniczy przed miejscem zranienia {licząc od środka ciała ku kończynom), kładąc na zranione naczynie mały kamyk, który przywiązuje się silnie chustką, lub opaską. Gdyby to nie wystarczyło, trzeba cały członek obwiązać silnie liną, chociaż sprawia to zra¬nionemu ogromny ból.
Wszystkie zabiegi koło otwartych ran wykonywa się tylko czystemi rękoma, umytemi poprzednio w roz czynie odkażającym. Również ranę i jej otoczenie trzeba odkazić i uważać, by nie zetknęła się z częściami ubrania.
W Tatrach nie brak w dolinach żmij, trzeba się więc liczyć z możliwością ukąszenia. W takim wypadku trzeba ranę możliwie jaknajszybciej wyssać (jeśli się nie ma warg skaleczonych), ściskając równocześnie silnie ukąszony członek powyżej rany, a potem obwiązać go, dla zatamowania krążenia krwi. W rankę wsadza się kryształek nadmanganianu potasu i stara jaknajszybciej o pomoc lekarską. Zanim to nastąpi, dobrze jest dawać choremu jaknajwięcej alkoholu.
O wypadkach odmrożenia, typowych dla wycieczek zimo¬wych, będzie mowa w rozdziale dziewiątym. Zdarzają się one także czasami w lecie, przy braku odpowiedniego odzienia.
Jedna z często spotykanych dolegliwości — otarcie nóg — spowodowana jest również najczęściej niedosta-

— 59 —
tkami odzieży, a mianowicie źle dobranymi butami, lub brakiem grubych skarpetek. Ludzie z delikatną skórą po¬winni rano dobrze nogi wysmarować salicylowym łojem (patrz str. 41). Miejsca otarte zasypuje się, po wymyciu, pudrem antyseptycznym, dermatolem, lub specyalnym proszkiem do nóg, zakłada watą i zalepia plastrem żywi¬cznym. Jeśli miejsce jakieś stale okazuje skłonność do ocierania się, to można je już z góry, przed wycieczką, zakryć tymże plastrem. Ciepłe kąpiele wydelikacają skórę, hartuje ją natomiast zimna woda.
Walka, tocząca się między szorstkim granitem tatrzań¬skim i bardziej jeszcze szorstkimi jego porostami a naszymi palcami, odbija się na tych ostatnich zdarciem na-skórka na końcach, postępuj ącem nieraz aż do mięśni. Ranki takie trzeba odkazić, zawinąć watą i chronić od dalszych uszkodzeń przez zalanie kollodyonem, lub nosze¬nie skórzanych rękawiczek (czystych wewnątrz!).
Jak z tego pobieżnego przeglądu widać, może tater¬nik podczas swej działalności uledz, czasami nawet bez winy własnej, szeregowi lżejszych i cięższych obrażeń i schorzeń. W wielu takich wypadkaeh ratunek natych¬miastowy stanowi o życiu i śmierci, gdy tymczasem sprowadzenie w górach pomocy lekarskiej wymaga z re¬guły dłuższego czasu. Dlatego jest rzeczą nieodzowną, by każdy taternik, w interesie własnym i towarzyszy, za¬poznał się, przynajmniej w ogólnym zarysie, z zasadami pomocy w nagłych wypadkach, czyto przez ucze¬stnictwo w odpowiednim kursie, czy—w ostatecznym razie z lektury odpowiednich podręczników *). Skreślone tutaj
*) Dr. H. A. M. Samarytanin w nagłych wypadkach. Lwów 1913. — Dr. O. Bernhard. Samariterdienst mit besonderer Be-rucksichtigung d. Verhaltnisse im Hochgebirge. 2 wyd. Samaden (Szwajcarya) 1898. Tannerscher Verlag.

— 60 —
pobieżne wskazówki nie mają bynajmniej na celu zastąpić takiego studyum, lecz właśnie zwrócić uwagę na jego ko¬nieczność.
Jeśli wypadek przydarzy się uczestnikowi liczniejszego towarzystwa i na terenie niezbyt trudnym, wtedy towa¬rzysze mogą, o własnych siłach, dostawić chorego do naj-bliższego schroniska, dokąd należy równocześnie wezwać lekarza. Nosze prowizoryczne robi się, plotąc linę między dwiema gałęziami lub czekanami. Użyć również można do tego celu płaszcza lub surduta, który zapina się na guziki, a przez rękawy, wywrócone do środka, przesuwa czekany. Jeśli jest tylko dwu ludzi do niesienia, można zrobić w pośrodku niosących rodzaj siedzenia z liny, zawieszonej na ich barkach. Po niezbyt stromym śniegu najlepiej chorego spuszczać na linie, asekurując go troskliwie na wbitym czekanie. We wszystkich zagospodarowa¬nych schroniskach, tak po polskiej jak i po węgier¬skiej stronie Tatr, znajdują się dziś nosze, apteczki i inne przybory ratunkowe.
Gdy liczba ocalonych uczestników wycieczki jest za-mała, lub teren zbyt trudny, ażeby samemu uskutecznić transport, należy wezwać pomocy turystów, którzy mogą się znajdować w pobliżu, zapomocą międzynarodowego sygnału ratunkowego. Polega on na tem, że jaki¬kolwiek znak akustyczny: okrzyk, gwizd, strzał etc, lub optyczny: błysk światła słonecznego lusterkiem, w nocy latarką, wiewanie barwną chustką etc, powtarza się sześć razy na minutę t. j. mniej więcej w odstępach 10 sekund (w razie braku zegarka liczy się wolno do dziesięciu). Następnie czeka się minutę i znowu powtarza sygnał sześć razy, znów czeka i t. d., dopóki nie odezwie się od kogoś odpowiedź, że sygnał dostrzegł i idzie z pomocą. Odpo¬wiedź polega na tej samej zasadzie z tą różnicą, że znak

— 61 —
daje się tylko trzy razy na minutę t. j. w odstępach 20 sekund. Powtarza się to z przerwami minutowemi tak długo, póki wołanie o pomoc nie ustanie, co ozna-cza, że odpowiedź dotarła do wiadomości potrzebujących pomocy.
W przypadkach poważnych należy zawezwać pomocy Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ra-tunkowego w Zakopanem a to telefonicznie ze schroniska T. T. przy Morskiem Oku, domku dróżnika przy Wodogrzmotach Mickiewicza, Kuźnic, względnie z Hali Gąsienicowej zapomocą sygnału optycznego, obsługiwanego przez dzierżawcę schroniska T. T. W Zakopanem daje się znać w biurze Tow. Tatrzańskiego, willi „Krywań" (ul. Ogrodowa 5), Stacyi Klimatycznej, lub innych miejscach, oznaczonych tablicą Pogotowia (niebieski krzyż).
Jeśli wypadek zdarzył się bliżej miejscowości wę¬gierskich, wystarczy zwrócić się do dyrekcyi kąpie¬lowej w Starym Szmeksie (Ó — Tatrafiired), także tele-fonicznie z najbliższego schroniska, urzędu pocztowego w Szczyrbskiem Jeziorze, leśniczówki w Pod Bańskiej, za¬rządu dóbr w Jaworzynie Spiskiej i t. d.
Ponieważ zdarza się często, iż nieszczęśliwy wypadek spotyka taternika samotnego, lub wszystkich uczestników wycieczki, przeto powinno się, dla ułatwienia ewentualnych poszukiwań, przed wyruszeniem ze Zakopanego zawiado¬mić rodzinę, znajomych, właściciela pensyonatu etc. o celu wycieczki i terminie powrotu. Jeśli się wyrusza ze schroniska, należy to samo zapisać krótko w księdze gości, lub powiedzieć gospodarzowi schroniska, czy obecnym tamże znajomym. Na biletach, zostawianych na szczycie, dobrze jest również zanotować zamierzoną drogę powrotną. W razie gdyby się zmieniło plan i postanowiło wrócić później, należy o tem donieść pozostałym w domu. Dziś,

— 62 —
gdy prawie wszystkie schroniska połączone są telefonicznie, nie jest to rzeczą trudną *). Jak skwalifikować postę¬powanie ludzi, którzy, wyszedłszy z domu na dzień lub dwa, zostają tydzień w górach i bawią się dobrze, podczas gdy szuka ich Pogotowie, a rodzina ginie z nie¬pokoju !
Z drugiej strony trzeba pamiętać, że Pogotowie po¬winno być wzywane tylko w razie rzeczywistej po¬trzeby. Fałszywe alarmy osłabiają sprawność organizacyi, nie mówiąc już o niepotrzebnej stracie czasu i sił, i zna-cznych wydatkach.
O tem, czy należy chorego znosić z pomocą znaj¬dujących się pod ręką osób, czy też zaczekać z tem na pomoc, rozstrzygać powinien stan jego i warunki, w jakichby miał czekać. Jeśli mamy naprzykład do czy¬nienia z wstrząsem mózgowym a pogoda nie jest zła, to lepiej okryć chorego ciepło i czekać z n im, na miejscu, przybycia oddziału ratunkowego, który może z pomocą przyrządów dokonać lepiej transportu. Przeciwnie ciężko ranny, ze strzaskaną kością, zwłaszcza przy upływie krwi, powinien być za wszelką cenę natychmiast zniesiony i od¬dany pod opiekę lekarza. W każdym razie jest regułą, aby chorego n i e zostawiać samego, zwłaszcza na noc. W razach gdzie to jest konieczne, gdy n. p. tylko jeden z uczestników wyszedł bez szwanku i musi biedź po po¬moc, gdyż na sygnał nikt nie odpowiada, powinien on przedtem umieścić rannego w miejscu możliwie zasłonię-tem od deszczu, wiatru i spadających kamieni, przykryć go, czem się da, nawet częściami własnego ubrania, bez
*) Nie trzeba tylko załatwiać takich spraw zapomocą wi¬dokówki, która z reguły wędruje kilka dni z jednej strony Tatr na drugą.

— 63 —
których można się obejść, zaopatrzyć w żywność i wodę i ewentualnie liną przywiązać do skały, aby we śnie lub w gorączce nie spadł. Miejsce, w którem zostawił towa¬rzysza i drogę do niego powinien odchodząc oznaczyć jak-najlepiej, zdarzało się już bowiem, że oddział ratunkowy nie mógł do pozostawionych trafić.

V. TRUDNOŚCI TERENU I ICH POKONYWANIE.
Szczyty Tatr zbudowane są z dwu rodzajów skał: krys talicznych (granity, gnajsy, łupki krystaliczne) i osadowych (wapień, dolomit). Z pierwszych utworzone są Tatry Wysokie, z wyjątkiem części Szerokiej Jawo¬rzyńskiej, dalej grupa Rohaczów, tudzież części Beskidu, Kasprowego i wierzchołki Czerwonych Wierchów. Reszta, to jest głównie Tatry Bielskie i północna część Tatr Za¬chodnich, ma za materyał skały osadowe. Charakter gór wysokich mają w Tatrach wyłącznie szczyty granitowe i one to stanowią cel przeważającej części wycieczek. Ściany wapienne w Tatrach Bielskich i Zachodnich są wprawdzie nieraz bardzo strome, lecz dadzą się zawsze obejść po łatwych, trawiastych uboczach, nie przedstawiają więc ponętnego celu dla taternika. Przytem wapień ta¬trzański, nadzwyczaj słabo rzeźbiony, nie nadaje się do tu¬rystyki tak dobrze jak granit. Tylko dolomit, tworzący ściany dolinek w pobliżu Zakopanego, stanowi dobry teren do ćwiczeń we wspinaniu się, jakkolwiek jest bardzo kruchy. Skały krystaliczne występują w wielu formach i odmianach, mniej lub więcej łatwo ulegających wpływom czynników atmosferycznych, która to własność wielkie ma dla tater¬nika znaczenie. Najsolidniejszy materyał stanowi granit, podczas gdy przeciwnie łupki ulegają daleko idącemu zwietrzeniu i rozdrobnieniu. Stoki zwietrzałe przykryte są, po stronie słonecznej, mniej lub więcej bujną trawą i zio-łami. Od północy porasta skąpa trawka i mchy. W dol¬nych częściach pojawia się kosówka.

— 65 —
Właściwością gór tatrzańskich jest tworzenie łańcu¬chów czyli grani. Najdłuższa z nich, ciągnąca się wy¬giętym ku południowi łukiem ze wschodu na zachód — to główny grzbiet Tatr. Odgałęzienia jej i odgałęzienia odgałęzień tworzą granie boczne. Większe samoistne wznie¬sienia grani noszą nazwę szczytów, mniejsze zowiemy turniami*). Zagłębienia nazywają się przełęczami, siodłami, karbami lub — jeśli są wązkie — szczerbami. Miejsca, w których się grań rozgałęzia, zwą się punktami zwornikowymi. Zwykle są nimi szczyty lub większe turnie, często jednak tylko nieznaczne turnie, albo nawet szerokie przełęcze. W miejscach, gdzie leżą szczyty, zwłaszcza zwornikowe, grań zmienia najcz꬜ciej kierunek, wskutek czego nawet główne granie nie ciągną się w liniach prostych, ale falisto.
Stromsze stoki szczytu nazywamy ścianami. Dwie ściany, przecinając się, tworzą grań lub mniej ostrą krawędź. Z geometryi wynika, że każdy szczyt ma tyleż ścian, ile grani (krawędzi). Poziome części grani w pobliżu wierzchołka zowiemy często ramionami. Ściany są albo gładkie — krzesa nice, albo rzeźbione — poszarpane. Na rzeźbę skał składają się utwory wklęsłe i wypukłe, a te ostatnie można jeszcze podzielić na poziome i pio-nowe. Do utworów wklęsłych należą przedewszystkiem żleby — szerokie i głębokie koryta, spadające w kie¬runku pionowym lub nieco ukośnym, węższe od nich i płytsze rynny, dalej wązkie często tak, że się w nich zapierać można — o przekroju prostokątnym — k o miny, wreszcie całkiem wązkie rysy**), szpary i pęknięcia.
*) Nazwa ta oznacza także w obszerniejszem znaczeniu skały wogóle, w przeciwieństwie do hal i piargów.
**) Rysą nazywają także czasem długie, zwykle wygięte, kominy lub nawet rynny.
5

— 66 —
Żleby i rynny sięgają dolnymi końcami stóp ściany, albo gubią się już wyżej; mówimy wtedy, że są podcięte. W górze okazują zwykle rozgałęzienia. Wklęśnięcia ściany, często z rozszerzenia się żlebu powstałe, nazywamy wgłę-b i e n i a m i, gdy są wielkie — kotłami. Żleby i rynny ograniczone są zwykle z boków szerokiemi, w kierunku pionowym biegnącemi wypukłościami — grz.ędami lub też węższymi — żebrami. Poziome lub słabo po¬chyłe części ściany nazywają się, stosownie do roz¬miarów, terasami i platformami, a po góralsku pól¬kami i płaśniami; mogą one być piarżyste, tra¬wiaste, lub śniegiem pokryte. Poziome lub lekko pochyłe chodniki zwiemy półkami, bardziej strome i dłuższe — zachodami; wązka regularna półeczka zwie się gzym¬sem, jeszcze węższa - - listwą. Półki i zachody zwą górale także ławami lub ławicami. Kompleks łą¬czących się ze sobą półek, płaśni i zachodów nazywają z a p o ł e m. Ograniczone strome części ściany są to ścianki. Ścianki bardziej nachylone, wśród połogiego stoku, tworzą progi lub stopnie. Przewieszki są to ścianki nachylone pod kątem większym, niż 90°. Gdzie dwie ścianki schodzą się pod kątem rozwartym, tworzą zacięcie. Załupa zbliżona jest, z jednej strony, do głębokiego ukośnego zacięcia, z drugiej do zachodu, na¬krytego przewieszonemi skałami. Przypomina to kształtem bliznę pozostającą w drzewie po zacięciu siekierą. Skały gładkie nazywamy płytami, po góralsku skrzyżalami, wielkie gładkie ścianki — spasztami. Części stoków skalistych, słabo pochyłe, a poszarpane, zowią się skał¬kami, takież miejsca trawą porosłe — trawkami. Okruchy skał, ze ścian i grani spadające, gromadzą się na płaśniach, półkach i zachodach, w żlebach, rynnach i u stóp ścian, tworząc zwały rumowisk różnej grubości —

— 67 —
tak zwane piargi*). Drobniejszym od piargu jest żwir. Wielkie złomy, dochodzące wielkości pokoju, które wypeł¬niają najczęściej dno dolin w górnych częściach — to maliniaki. W dolinach potworzyły się kopulaste wzniesienia, zwane bułami; stanowią one często groble jezior tatrzańskich, po góralsku stawów. Gdzieniegdzie potoki rozlewają się szeroko w dolinie, tworząc bagniste m ł a k i. Do połowy czerwca mniejwięcej zalega żleby i górne piętra dolin śnieg, później ilość jego maleje zna¬cznie, lecz po północnej stronie, w żlebach i pod wyso-kiemi ścianami, utrzymują się szczątki do zimy. Odstając od skał tworzą śniegi głębokie i trudne często do prze¬bycia szczeliny brzeżne.
Miejsce, dające oparcie nodze, nazywa się sto-pniem, a takież dla ręki chwytem. Wspinając się używamy jednak najczęściej tychsamych punktów oparcia
*) Najczęściej oznacza ten wyraz właśnie pola rumowisk u stóp ścian.

— 68 —
po kolei, jako chwytów i stopni. Na ilość i jakość chwytów wpływa, prócz rodzaju skały i przypadkowych okoliczności, także jej uwarstwienie (patrz rysunek str. 67). Jeśli warstwy spadają dachówkowato o d wnętrza skały, to stopnie i chwyty są pochyłe i dają tylko dzięki tarciu niepewne oparcie. Natomiast na ścianach, gdzie warstwy opadają k u skale, tworzy się obfitość zadzierżystych chwytów i stopni. Miej¬sce, w którem brak dobrych punktów oparcia, nazywamy technicznie trudne m. Miejsce, z którego w razie upadku spadłoby się w sposób grożący życiu, zwać bę¬dziemy eksponowane m. Ścisłej granicy podać tu niepodobna, zdarzało się bowiem już, że upadek z wyso¬kości kilkudziesięciu metrów (coprawda nie wolno w po¬wietrzu), powodował tylko nieznaczne obrażenia, gdy z drugiej strony i trzy metry mogą wystarczyć do zabicia się. Oprócz wysokości upadku odgrywa tu rolę i rodzaj terenu. Ekspozycya może być ukryta — naprzykład na po-chyłym stoku, który się poniżej urywa, lub widoczna; w tym ostatnim wypadku mówi się o powietrzności. Miejsce zarazem trudne i eksponowane, jest temsamem (subjektywnie) mniej lub więcej niebezpieczne, za¬leżnie od sprawności taternika, który je przechodzi. Nie¬bezpieczeństwo takie można usunąć lub zmniejszyć, zapo-mocą umiejętnego zabezpieczenia się wzajemnego liną (patrz rozdział VI.).
Następstwo miejsc możliwych do przejścia, a stanowiących logiczną całość, podporządkowaną pewnemu celowi, nazywają taternicy drogą. Takim celem bywa z reguły osiągnięcie szczytu w sposób najłatwiejszy, najkrótszy, daną granią lub ścianą etc, przejście przełę¬czy, rzadziej zwiedzenie kawałka grani, wyjątkowo prze¬dostanie się z jednej przełęczy na drugą z ominięciem szczytu etc. Temsamem nie jest drogą żadną ślad ludzi,

— 69 —
błądzących po ścianie, lub następstwo miejsc, z których jedne tylko w jedną stronę a inne tylko w przeciwną da¬dzą się przejść; nie można również mówić o drodze na stoku wszędzie zupełnie łatwym, chyba, że pewne miejsca zostaną przez zrobienie ścieżki wyróżnione. Każda droga jest praktycznem rozwiązaniem pewnego zadania, czyli problemu taternickiego. Drogi uczęszczane i z tego po¬wodu łatwiejsze do znalezienia — nazywamy szlakami. Szlaki wydeptane, poznaczone farbą, lub ułatwione sztu¬cznie zapomocą klamer, łańcuchów etc, zwą się ście¬żkami lub perciami. Czem się różnią drogi proste od powikłanych, to mówi już sama nazwa. Często problem jakiś da się w pewnej części rozwiązać na kilka sposobów, równie uzasadnionych. Wtedy droga rozdziela się i tworzą się odmiany czyli w a rya nty. Daleko częstsze są pseudowaryanty, które powstanie swoje zawdzięczają tylko temu, że jakaś partya nie umie znaleźć właściwej drogi.
Ze względu na sumę trudności poszczególnych miejsc, dzielimy drogi od najłatwiejszych do najtru¬dniejszych na grupy czy klasy. Klasom tym nadaje się dla odróżnienia pewne oznaczenia, tworząc w ten sposób skalę trudności. Nożna do tego użyć cyfr porządko¬wych, powstaje wtedy skala cyfrowa. Skale przy¬miotnikowe, używane u nas w Tatrach powszechnie, posługują się w tym samym celu stosownym doborem przy¬miotników : łatwy, dość trudny, trudny etc. Oczywiście, że te nazwy nie mają i nie mogą mieć wartości bezwzglę¬dnych określeń, bo co dla jednego jest łatwe, dla innych może być nawet bardzo trudne. Są to wyłącznie etykiety, które trzeba przyjmować tak, jak n. p. określenia kupie¬ckie „najlepsza herbata" etc. Podobnie jak tego rodzaju nazwa nie oznacza (nawet abstrahując od częstej w tym wypadku blagi reklamiarskiej) najlepszej bezwzględnie her-

— 70 —
baty, lecz tylko najlepszy z gatunków, które dany kupiec ma na składzie, tak i określenie „nadzwyczaj trudny" oznacza wycieczkę, przedstawiającą trudności niezwykle wielkie nie dla każdego, lecz dla taternika (fikcyjnego), o pewnej typowej sprawności, będącej podstawą tej właśnie skali. Za tę ty¬pową sprawność obiera się nie — jakby myśleć można — sprawność przeciętną, lecz owszem sprawność maksymalną, to jest taką, która właśnie jeszcze pozwala na pokonanie najtrudniejszych wycieczek, daną skalą objętych. Jest to zupełnie logiczne, gdyż dla każdego taternika o mniejszej sprawności, niż określona wyżej, byłyby wszy-stkie wycieczki, od pewnego stopnia począwszy, już nie trudne, bardzo trudne eta, lecz wszystkie jednakowo nie¬możliwe. Ta konieczność przyjęcia najwyższego typu spra-wności za podstawę, pociąga za sobą nieuchronnie dwie niedogodności. Po pierwsze skale w różnych przewodni¬kach mogłyby być tylko wówczas identyczne, gdyby te przewodniki uwzględniały ten sam zakres wycieczek. W rzeczywistości rzecz się ma przeciwnie, gdyż — co jest niewątpliwie racyonalne — każdy przewodnik przeznaczony jest dla pewnej kategoryi turystów. Ponadto u różnych autorów skala trudności ma rozmaitą liczbę stopni, a te stopnie rozmaicie są określone, zrozumiemy więc, że oceny stopnia trudności tychsamych wycieczek w różnych przewodnikach n i e mogą być takie same. Co więcej, będą się one różnić w rozmaitych tomach i wydaniach tego samego przewodnika, jeśli w międzyczasie granica możli¬wych do pokonania trudności ulegnie podwyższeniu. Drugą niedogodnością jest to, że określenia, tak zbudowanej skali przymiotnikowej, nie odpowiadają sprawności spotykanej przeciętnie wśród tej kategoryi turystów, dla której dany przewodnik jest przeznaczony, lecz sprawności n a j-wyższej, są więc dla ogółu korzystających istotnie

— 71 —
zbyt wstrzemięźliwe. Trudności tych uniknąćby można jedynie przez wprowadzenie uniwersalnej skali cyfrowej. Posiadałaby ona już tylko te braki, które mają swe źródło w konieczności przydzielania poszczególnym drogom — pewnych stopni skali, na podstawie subjektywnych wrażeń jednostek. Na ocenę bowiem trudności wpływa nietylko stosunek, jaki zachodzi między normalnemi, rze-czywistemi, trudnościami technicznemi drogi—a normalną sprawnością przechodzącego ją taternika, lecz niemniej warunki pogody, skład towarzystwa, usposobienie chwilowe i t. d. Trzeba także pamiętać, że same trudności techni¬czne nie mogą stanowić jedynej miary; wszak ważną rolę odgrywają również trudności orjentacyjne, długość drogi, ewentualne niebezpieczeństwa objektywne (patrz rozdział siódmy). Zachodzi z tego powodu potrzeba rozróżniania między wspinaczkami — krótkiemi przejściami, na których pokonać trzeba jedynie trudności techniczne, bar¬dzo znaczne zresztą z reguły, a wyprawami tatrzań-skiemi, gdzie walczyć się musi, na długiej przestrzeni, z wszystkiemi trudnościami i niebezpieczeństwami terenu górskiego.
Tak okazuje się, że brak nam wspólnej miary, ko¬niecznej do jednolitego, a dokładnego oceniania trudności wycieczek górskich; jakakolwiek więc „bezwzględna" skala jest zasadniczo niemożliwa, istniejące zaś skale są tylko o tyle użyteczne, o ile się niemi posługujemy ze zrozumie¬niem założeń, na jakich są oparte i w granicach dokła¬dności, która zbyt wielką być nie może.
Zanim taternik „wejdzie w skały", czeka go długie „podchodzenie" przez lasy, kosówki, hale, maliniaki, wre¬szcie piargi i śniegi. Wszystkie te utwory zajmują w Ta¬trach znaczną stosunkowo część różnicy wzniesienia mię¬dzy doliną a szczytem, tak, że same ściany rzadko kiedy

— 72 —
przekraczają wysokość półtysiąca metrów, a często i trzech setek niedosięgają.
Przechodzenie lasów i kosówek nastręcza jedynie trudności orjentacyjne, będzie więc o niem mowa w roz¬dziale ósmym.
Chodzenie po maliniakach wymaga natomiast specyalnej umiejętności, której się dopiero z czasem na¬biera. W niczem nie różni się tak widocznie wprawny ta¬ternik od nowicyusza, jak właśnie w szybkości, z którą jest w stanie przebiegać pola złomisk. Składa się na to pewność stąpnięcia i umiejętność utrzymywania równowagi. Robiąc długie kroki stąpa się po czubkach, mając zawsze kilka następnych poruszeń z góry upatrzonych, aby w ra¬zie pośliznięcia się lub zachwiania kamienia, szybkim ru¬chem osiągnąć następne stanowisko. W żadnym zaś razie nie należy wdrapywać się i schodzić, z każdego maliniaka osobno, jak to czynią niewprawni.
Jeśli po maliniakach wygodniej jest iść do góry, niż schodzić, to przeciwnie wychodzenie po piargach jest, nawet dla wprawnego taternika, dość męczące. Cóż do¬piero dla początkującego; dla niego to prawdziwa droga krzyżowa. Oblany potem, z wysiłkiem rzuca się gwałto¬wnymi ruchami w górę, wspiera co sił na czekanie, aby w tej samej chwili odbyć drogę powrotną z ruchomym żywiołem. Przedewszystkiem pozbyć się trzeba pośpiechu i niepokoju. Spokojnie, flegmatycznie, stawia się całą stopę (nie zawysoko), na upatrzonem poprzednio miejscu, naj¬lepiej na większym od innych, głębiej tkwiącym, lub po¬ziomym kamieniu. Ruch należy wykonywać taki, jakby się chciało stopień wtłoczyć w ziemię; jeśli się to zręcznie uczyni, to nawet bardzo ruchliwy kamień wytrzyma nasz ciężar. Gdyby się zaczął obsuwać, trzeba spokojnie dać się uwieźć, a równocześnie postawić drugą nogę na następnym

— 73 —
stopniu. Takim sposobem oszczędza się sił i czasu. Schodzi się zato po piargu możliwie brutalnie, stawiając wielkie, mocne kroki, tak, aby za każdym razem jaknaj-więcej w dół się obsunąć *). Zwłaszcza po drobnym piargu można wyśmienicie zjeżdżać w pozycyi podobnej, jak na śniegu (patrz rys. na str. 76). Strzedz się tylko trzeba ukrytych pod piargiem płyt, na których łatwo się w tył wyśliznąć. Zarówno przy wchodzeniu, jak i przy zjeżdżaniu po piargach, powinni się uczestnicy wycieczki trzymać w poziomej linii, w pewnej odległości od siebie, aby na-wzajem nie strącać na się kamieni.
Taternicy posiadają naogół mało wprawy w chodze¬niu po śniegu i dlatego, albo się go boją, albo też wpadają w drugą ostateczność i zawiele sobie pozwalają. Tymczasem dla wprawnego turysty, ale tylko dla takiego, śnieg tego rodzaju, jaki się w Tatrach w porze letniej spotyka najczęściej, stanowi bezpieczny i wygodny teren. Jeśli śnieg jest płaski, albo mało pochyły, idzie się po nim dowolnie, uważać tylko trzeba by — jeśli jest miękki — nie stąpać w pobliżu skał i kamieni, tworzą się tam bo¬wiem pod powierzchnią wielkie jamy. Gdy śnieg jest stro-my, a przytem miękki, to posuwamy się po nim do góry najczęściej w zakosy, stawiając silnie stopę tak, aby ude¬ptać poziomy stopień. Schodząc staje się silnie na obca¬sach w postawie wyprostowanej. Nowicyusze często w ta¬kich razach zginają nogi w kolanach, lub przysiadają nawet; zdaje im się bowiem, że są tak pewniejsi, gdy tymczasem właśnie taka pozycya sprzyja wyśliznięciu się. W razie napotkania twardszego śniegu, musi idący na-
*) Nie należy tego oczywiście praktykować na małych pólkach piarżystych na skraju przepaści j tam wskazana jest ostrożność.

— 74 —-
przód wybijać, a raczej wygrzebywać stopnie podkutą po¬deszwą buta, wykonując goleniem nogi, podniesionej i zgię¬tej w kolanie, ruch wahadłowy. Jeśli to nie wystarcza do utworzenia dostatecznie głębokiego, po-ziomego stopnia, to trzeba użyć cze¬kana, względnie ciupagi. W śniegu robi się stopnie łopatką czekana, lub obu¬chem ciupagi, w lodzie dziobem cze¬kana lub ostrzem ciupagi. Przytem trzyma się narzędzie blizko końca, obu wyprostowanemi rękoma i opuszcza z rozmachem tak, aby uderzenie dzia¬łało więcej bezwładnością, niż siłą ra¬mion. Oczywiście, że działanie jest tem intenzywniejsze, im większy ciꬿar narzędzia. Uderzać trzeba mniej-więcej prostopadle do stoku, lub na-wet bardziej bokiem. Szybkie wybija¬nie stopni w lodzie i twardym śniegu wymaga, oprócz siły i wytrwałości, także wprawy, gdyż często niezręczne uderzenie może gotowy prawie stopień popsuć. Dobry stopień ma powie-rzchnię nachyloną k u stokowi (do wnętrza). W Tatrach trafiają się wię¬ksze przestrzenie szczerego lodu chyba tylko wyjątkowo, częściej mamy do
Bicie stopni w ziodowa- czynienia z twardym, lub zlodowacia-
ciałym śniegu z zabezpie- łym na powierzchni śniegiem, naogół
czeniem na czekanie .._.,__, ». :„„. ^ ÓQ rozwinięda
tej techniki. Wybijać trzeba stopnie w odpowiedniej odle¬głości, to znaczy tak, aby kroki wypadały raczej zamałe, niż zaduże. Ponieważ rąbanie stopni wprost w górę jest

— 75 —
niewygodne, przeto wchodzi się najczęściej zakosami, chyba że szczególne warunki miejscowe wymagają cze¬goś przeciwnego. Podobnie i schodzenie odbywa się rzadko wprost w dół. Przytem zwrócić należy uwagę, aby stopnie przeznaczone na nogę wewnętrzną (t. j. od strony stoku) robić wyżej, stosunkowo do osi śladu, niż przezna¬czone na nogę zewnętrzną. Te ostatnie muszą być zato staranniej wyrobione, gdyż na zewnętrznej nodze spoczywa ciężar ciała, podczas gdy druga często opiera się kolanem
0 śnieg. Wybija się zawsze po dwa stopnie i o tyleż po¬
suwa się naprzód. Schodząc prosto w dół, co praktyczne
jest tylko na bardzo twardym śniegu, można bić stopnie
na obie nogi obok siebie. W tym wypadku opuszcza się
czasem twarzą do stoku. Uczestnicy idący z tyłu powinni
tak używać stopni, ażeby ich nie popsuć, a zwłaszcza nie
nadać im nachylenia nazewnątrz.
Użycie raków pozwala pokonywać daleko strom-sze i twardsze śniegi — bez robienia stopni, niżby to było możliwe w butach.
Czekan i ciupaga służą na śniegu nietylko do wybijania stopni, lecz także do zabezpieczania się w pochodzie, co się wykonuje w następujący sposób : Na mniej stromych stokach chwyta się czekan, lub ciupagę, ręką zewnętrzną za głownię, lub blizko niej, zaś ręką we¬wnętrzną nachwytem za drzewce w odległości 1I3 od końca
1 trzymając przed sobą ukośnie, wsadza koniec w śnieg.
Na bardziej stromych śniegach ujmuje się czekan *) ręką
wewnętrzną podchwytem bliżej głowni, zaś zewnętrzną na¬
chwytem bliżej końca i wbija w śnieg twardy — dziób,
zaś w miękki — łopatkę (por. rys. na str. 90). Na
*) Ciupaga nie nadaje się do tego rodzaju zabezpiecza¬nia ; używa się jej zawsze tak, jak w opisanym poprzednio przypadku.

76 —
najstromszym śniegu postępuje się taksamo, z tą różnicą tylko, że ręka wewnętrzna obejmuje nie drzewce, lecz ło-patkę. Podobnie zabezpieczać się trzeba schodząc, lub wchodząc w kierunku spadku stoku.
Jeśli śnieg jest nietylko trudny, lecz i eksponowany, to powinno się ponadto użyć do zabezpieczenia wza¬jemnego liny, w sposób podany na str. 90.
Na średnio stromym a bez¬piecznym śniegu można zjeżdżać. Zyskuje się w ten sposób na czasie i używa przyjemności, coprawda dość męczącej. Kto jednakże niema w tem wprawy, powinien za-niechać trudniejszych zja¬zdów. Zjeżdża się tylko w postawie stojącej, plecami do stoku. Obie stopy razem w kierunku jazdy, nogi zgięte w kolanach lekko. Czekan lub ciupagę, ujmuje się jedną ręką za głownię w okolicy biodra, drugą zaś w połowie drzewca niżej i za sobą. Jadąc trzyma się podeszwy płasko na śniegu, chcąc zwolnić jazdę lub zatrzymać, staje się na obcasach i wspiera na kiju. Pa¬trzyć trzeba uważnie przed siebie, by nie wpaść na lód, na którym jazda przybiera niebezpieczną szybkość i pro¬wadzi do wyśliznięcia się i upadku w tył. Zdradliwe są też ukryte tuż pod powierzchnią kamienie i wytajałe jamy, na które wpadłszy przewraca się koziołka, jeśli jazda była zbyt szybka. Nawet gdy się umie dobrze zjeżdżać, nie

— 77 —
zawsze jest się w stanie ustrzedz od upadku, z drugiej strony można się i przy zwykłem przechodzeniu śniegu wyśliznąć. Z tego powodu uważam umiejętność zatrzy-mywania się po upadku za daleko ważniejszą, niż wprawę w zjeździe. Zwykle ludzie, skiełznąwszy na śniegu, tracą zupełnie przytomność. Wypuszczają z rąk jedyną deskę ratunku, jaką jest czekan czy ciupaga i starają się zatrzymać palcami, co ma tylko ten skutek, że ranią ręce, sami zaś spadają, coraz szybciej, w koziołkach. Jeśli mają szczęście, zatrzymują się na piargu, zdzierając ubranie i skórę z ciała, lub łamiąc członki, lecz byli i tacy, któ¬rzy taką jazdę przypłacili życiem. Ten rodzaj nieszcz꬜liwych wypadków jest dla Tatr wprost typowy, a w nie-których miejscach (n. p. żleb Zawratu) powtarza się rok¬rocznie. Tymczasem zatrzymanie się - zwłaszcza w pierw¬szej chwili po upadku — jest rzeczą bardzo łatwą. Trzeba tylko, niewypuszczając czekana z ręki, obrócić się twarzą do stoku i trzymając za głownię, przyłożyć dziób, lub gdy śnieg miękki — łopatkę, do powierzchni pola. Wskutek ruchu czekan wchodzi w śnieg i żłobiąc coraz głębszą bruzdę, powoduje po kilku metrach zatrzy¬manie się. Jest to lepsze niż nagłe zatrzymywanie, przy którem może się czekan łatwo wyśliznąć, zwłaszcza gdy się go trzyma tylko za drzewce. Ciupagą zatrzymuje się inaczej, a to wbijając toporzysko prostopadle do stoku, najlepiej pod pachą; to samo można w razie potrzeby wykonać ze zwykłą laską, byle dobrze okutą i mocną, lub kijem alpejskim. Zatrzymywanie się takie należy wy-ćwiczyć, na bezpiecznych stokach, upadając umyślnie. Kto się tego raz nauczy, ten w chwili rzeczywistej po¬trzeby wykona manewr cały niemal automatycznie i z po-trzebną tu błyskawiczną szybkością. Gdyby ktoś, czego mu nie życzę, zgubił przy upadku czekan, to niech mi-

— 78 —
moto nie traci głowy, lecz stara się jechać na grzbiecie i utrzymać głową ku górze, hamując ile się da łokciami. Być może, że uda mu się w ten sposób zaryć w piarg nie głową, lecz butami.
Taternik może się czasem znaleźć w położeniu, gdzie trzeba nieduży kawałek śniegu przejść bez pomocy cze¬kana lub ciupagi, a nawet w trzewiczkach. Da się to zrobić bez niebezpieczeństwa przy zachowaniu następują¬cych ostrożności. Każdy przechodzi osobno, zabezpieczony liną, o ile możności z miejsca wyższego, przez towarzyszy, mających dobre stanowisko na skale lub w szczelinie brzeżnej. Dobrze jest pomagać sobie przytem, ujmując w każdą rękę ostry i wązki kamień, którym od biedy można wygrzebać stopień i zabezpieczyć się w ruchu, wbijając go jak czekan w śnieg. Sposób ten, wyjątkowy oczywiście, przydać się może niekiedy.
Nie powinno być chyba dwu zdań co do tego, że dobrowolne puszczanie się na z j a z d po niebezpie¬cznym śniegu, bez czekana i ciupagi, jest prostem sza¬leństwem. A jednak znaleźli się już tacy, którzy tego próbowali!
Chodzenie po stromych trawkach przedstawia podobne trudności i niebezpieczeństwa jak przechodzenie śniegów. I tu główną rzeczą jest umiejętne i pewne sta¬wianie kroków. Zabezpieczać się trzeba czekanem lub ciu¬pagą, w tensam sposób jak na śniegu; ciężkim błędem jest natomiast chwytanie rękami za trawy, tudzież wycią¬ganie się na wbitym wyżej czekanie. Szczególnie po de¬szczu trzymają się kępy trawy bardzo słabo podłoża i dają wysoce zdradzieckie oparcie. Przechodzenie stromych tra¬wiastych stoków w trzewiczkach jest rzeczą niemiłą i nie¬bezpieczną. Powinno się odbywać z pomocą liny, dobrze jest przy tem trzymać się o ile możności przy skale. Raki

— 79 —
ułatwiają posuwanie się na stromych trawach również w znakomity sposób i są w tym celu w niektórych okoli¬cach Alp powszechnie używane. W naszych warunkach nie opłaci ich się w lecie nosić, zato w zimie korzystamy z ich pomocy szczególnie wydatnie na zmarzniętej ziemi i trawie (patrz rozdz. IX.).
Przejście do właściwej wspinaczki stanowią mało stosunkowo pochyłe a dobrze poszarpane skałki, często trawą przetykane. Wchodzi się po nich, pomagając sobie ręką, zwykle jedną tylko. Schodzić najlepiej bokiem do skały, w postawie wyprostowanej, przyczem jedna ręka czepia się skały, zaś druga z pomocą wyciągniętego czekana wyzyskuje niżej położone punkty oparcia. Przy¬siadanie praktykowane w takich miejscach przez niewpra¬wnych jest zupełnie zbyteczne i prowadzi tylko do nadwy-rężenia pewnych części garderoby. Natomiast wskazane może być w miejscach eksponowanych zabezpieczenie liną. Do przechodzenia skałek nadają się buty podkute lepiej od trzewiczków w razach, gdy skała jest przetykana trawą, pokryta piargiem lub bardzo krucha. Wtedy trzeba bowiem nieraz wydłubywać stopnie butem. Podobnie jak skałki przechodzi się też stopnie z dużych głazów, tak często spotykane na graniach tatrzańskich i w pobliżu szczytów. I tutaj niema zwykle właściwej wspinaczki, a użycie liny często jest zbyteczne.
Najmilszym sercu taternika terenem jest stroma, lita skała. Tu obowiązuje zasada używania obu rąk i nóg, w niektórych wypadkach ponadto grzbietu, brzucha a czasem karku. Chcąc się poruszyć, podnosi się rękę lub nogę, podpierając ciało w pozostałych trzech pun-ktach. Miejsca, w których — dla gładkości skały — mu¬simy się z konieczności zadowolić mniejszą liczbą punktów oparcia, przedstawiają najczęściej poważne niebezpieczeń-

— 80 —
stwo, ze względu na następstwa możliwego urwania się chwytu lub obsunięcia stopnia (patrz rozdz. VII.). Zanim opuścimy dobre stanowisko, trzeba drogę czekającą nas do następnego stanowiska przejść oczami, to znaczy dokładnie przepatrzyć, obmyślając sobie, gdzie którą nogę postawić i jak chwytać rękoma. Nieraz miejsce ja¬kieś wydaje się tylko dlatego bardzo trudne, lub zgoła nie¬możliwe, że zaczęliśmy wspinanie z przeciwnej nogi albo ręki. Umiejętność wspinania się nie polega na tem, aby robić ko-niecznie wspierania, wyciągania się na jednej ręce i inne tego rodzaju gimnastyczne sztuki, lecz aby dany odcinek drogi przejść w sposób najłatwiejszy, przy najmniej-szem zużyciu sił i czasu. Chytrość jest tu równie ważna, jak zręczność i siła. Nieraz tam, gdzie jeden się na-próżno biedzi, odkrywa drugi o kilka kroków z boku — wygodne przejście.
Zanim użyje się stopnia lub chwytu, trzeba go do¬kładnie obejrzeć i wypróbować, starając się poruszyć lekko na rozmaite strony. Jeśli napotkamy ruchomy, powinno go się, podobnie jak luźne kamienie słabo się trzymające, usunąć z drogi, by nie spadł na następców. Robi się to, kładąc je na większych stopniach obok drogi, lub też wyrzucając w stronę, w której nie mogą nikomu zaszko¬dzić. Wgłębienia w skale są z natury rzeczy pewniejszymi stopniami i chwytami, niż wypukłości. Używając tych dru-gich, trzeba się starać przyciskać je do skały, a nie od¬rywać. Dlatego z reguły chwyta się z góry. Chwyty, które się ujmuje podchwytem, są tylko przy pewnej skale bez-pieczne i dopiero w braku innych używane.
Ludzie obdarzeni znaczną siłą i wprawą gimnasty¬czną, a małem doświadczeniem turystycznem, wchodzą na skały tak, jak na przyrząd gimnastyczny — nagłymi rzutami, używając przytem głównie rąk, na których się

— 81 —
podciągają. Metoda ta zasługuje na jaknajostrzejsze potę¬pienie, męczy bowiem a w razie urwania się chwytu, pro¬wadzi do zguby. Przeciwnie posuwać się trzeba ruchem powolnym a ciągłym, podobnym raczej do pełzania i uży¬wać nóg do podnoszenia ciężaru ciała, zaś rąk o ile możności — tylko do podtrzymywania równowagi. Nie należy przymykać za blizko do skały — „lepić się", jak mówią przewodnicy, gdyż powstałe stąd tarcie powoduje znaczną stratę sił. Celują w tem bojaźliwi nowicyusze, podobnie jak w niepotrzebnem nadużywaniu kolan i łokci. Tymczasem „eleganckie" wspinanie się polega na prawie wyłącznem używaniu stóp i dłoni, chyba, że okoliczności wymagają czego innego *). Jeśli się na trudnem miejscu uczuje zmęczenie, to należy raczej — przybrawszy naj-wygodniejszą i najbezpieczniejszą pozycyę, przylepioną do skały — odpocząć, niż nagłym wysiłkiem, byle jak, przez trudności się przedzierać. Często, po bliższem przyjrzeniu się, można w miejscu pozornie gładkiem, znaleźć punkt zaczepienia, naprzykład przez wyrwanie tkwiącego w ścianie kamienia, usunięcie kępki trawy i tym podobne sposoby, jakich dziesiątki rodzi potrzeba.
Idąc do góry po ścianie, staramy się używać stopni i chwytów po obu stronach ciała, nie zaś leżących w jednej linii pionowej. Taka szeroka pozycya jest daleko pewniejsza. Nie należy jednak chwytać i stąpać zadaleko, gdyż to męczy, ani za nizko, co znowu nie daje pewności. Chwyty na wysokości pasa są przy wychodzeniu przeważnie do niczego. Szczególnie niepomyślne są takie sytuacye, w których oba chwyty, lub oba stopnie, znajdują się po
*) Odpowiednim terenem do takiego wspinania się jest pewna, obfitująca w chwyty skała. Na kruchych turniach prze¬waża wzgląd na bezpieczeństwo i zmusza do mniej estetycznych ruchów.

— 82 —
jednej stronie tak, że ciało zwiesza się w położeniu uko-śnem. W miejscach, gdzie posuwanie się do góry natrafia na przeszkody, wykonuje się t. zw. tra¬wersowanie, to znaczy poru¬sza się bokiem, mniejwięcej pozio-mo — co wymaga w wyższym może jeszcze stopniu zręczności. Nie¬wprawni nie widzą najczęściej ta¬kich trawersów, lub boją się ich i „pchają się" wszędzie prosto do góry. Najtrudniejszą część drogi stanowią zwykle przewieszki, na które wciągać się trzeba przeważnie na rękach, odbijając się nogami od skały. Czasami pomódz sobie mo¬żna, stając na głowie czekana, wbitego w pęknięcie, lub opartego
0 skałę i przytrzymywanego przez
towarzysza. Krótkie ścianki, pozba¬
wione chwytów, dadzą się wziąć
przy pomocy „żywej drabiny".
Jeden z uczestników, najlepiej wyż¬
szy i cięższy, ustawia się mocno
1 opiera o skałę, zaczem towarzysz
wchodzi po nim, stając mu na bar¬
kach (czasem nawet na głowie, lub
na dłoniach wyprostowanych rąk).
„Drabinę" trzeba potem wyciągnąć
na linie. Przy tego rodzaju mane-
a ścianie wrach musi się położyć wielką wagę
na należyte zabezpieczenie obydwu, n. p. zapomocą wbitego haka, inaczej łatwo o wypadek. Dlatego początkujący zro¬bią najlepiej, obywając się bez tego rodzaju trick'ów,

— 83 —
zwłaszcza, że są one tylko wyjątkowo konieczne. Innego rodzaju osobliwość stanowią przejścia półek i załup, nad któremi ściana tak się przewiesza, że trzeba je przebywać na kolanach, lub czołgając się *), co zwłaszcza wtedy jest niemiłe i niebezpieczne, gdy powierzchnia ich opada ku przepaści. Podobnie ma się rzecz z „okraczaniem" wystających ze ściany krawędzi i wypukłości, które zmu¬szają do wychylenia się górną częścią ciała w powietrze.
Schodzenie stromemi ściankami jest od wycho¬dzenia trudniejsze, nie widzi się bowiem pod sobą drogi, a to z powodu, że schodzić trzeba twarzą do ściany. Kto schodzi jako pierwszy, jest z góry zabezpieczony, może więc od czasu do czasu wychylić się śmiało, w celu obej¬rzenia dalszej drogi. Ruchami ostatniego kieruje z dołu towarzysz, pokazując mu kierunek, a w razie potrzeby i poszczególne stopnie.
Gładkie, pochyłe płyty pokonywa się, wyzyskując jaknajwydatniej tarcie. Idąc w górę, czołgamy się na ko¬lanach, przy trawersowaniu suniemy na boku, zaś scho-dzić najlepiej, ześlizgując się w pozycyi siedzącej. Rozmaite pęknięcia i listwy ułatwiają często ogromnie przechodzenie płyt, odstraszających zdała swą pozorną gładkością.
Wędrówki granią, tak typowe dla tatrzańskich stosunków, składają się na ogół z przechodzenia małych ścianek, płyt, stopni. Charakterystycznemi miejscami są tak zwane konie —wązkie, poziome, lub pochyłe, grzbiety. Przechodzi się je jadąc okrakiem, lub też — co jest wy¬godniejsze, choć może nie tak bezpieczne — sunąc kolanami po mniej stromym boku, zaś rękami chwytając za krawędź grani. Jeśli koń schodzi w dół, musi się zje¬żdżać tyłem.
*) Worek trzeba w takich razach osobno przeciągać na linie.

84 —
W szerokich żlebach i rynnach główną trudność stanowią strome, czasem przewieszone, stopnie, będące właściwie ściankami. Podobnież przechodzenie szerokich kominów odbywa się najczęściej po ścia¬nie. Odmienną technikę trzeba natomiast zastosować w ważkich kominach i ry-sach, naogół w Tatrach niezbyt częstych, tembardziej zato cenionych — jako zajmu¬jące urozmaicenie. Główną rolę odgrywa tu grzbiet, którym zapieramy się o jedną ze ścian (wybiera się do tego gładszą), posu¬wając się po drugiej rękoma i stopami lub kolanami — stosownie do szerokości miej¬sca. Ze względu na konieczność oszczę¬dzania sił i tak już obficie pochłanianych przy tym rodzaju wspinania się, unikać trzeba zbyt silnego rozpierania się i tarcia, podobnie jak i wchodzenia w samą głąb ko¬mina, gdzie tenże jest ciasny. Ponieważ nie zawsze jest rzeczą obojętną, na której z dwu ścian oprze się grzbiet, a na której kończyny, więc trzeba to naprzód rozważyć. Jeśli, w miarę posuwania się, ulegnie zmianie konfiguracya komina, dobrze jest czasem nawet obrócić się o 180 stopni. Bardzo szerokie kominy lepiej przechodzić w posta¬wie rozkrocznej, oparłszy grzbiet o tylną ścianę. Schodzenie odbywa się podobnie jak wychodzenie, w rozwartych kominach
i rynnach zawsze twarzą do powietrza, i jest często ła¬twiejsze a zawsze mniej męczące, niż droga do góry.
Największą trudność stanowi mijanie tkwiących w kominie, wielkich głazów. Jeśli nie zajmują one całej

— 85 —
szerokości przekroju, to się je podjeżdża, prześlizgując się między głazem a ścianą tylną, lub obchodząc od zewnątrz. Często jednak tworzą się olbrzymie platformy, zamykające komin na całej szerokości, które zmuszają do wyjścia na-zewnątrz. Jeżeli głaz taki posiada na brzegu pewne chwyty, można się nań wciągnąć na rękach, uważając tylko na luźny żwir, zalegający zwykle górną jego powierzchnię. W przeciwnym razie trzeba go minąć, wychodząc na jedną ze ścian bocznych. Ciemną stronę przeważnej ilości żlebów, rynien i kominów stanowi okoliczność, że są one natura¬lnymi ściekami dla wód, z deszczu i topniejącego śniegu po¬chodzących, wskutek czego spotykamy w nich często oślizłe skały.
Czasami trafiają się kominy, lub raczej rysy, tak wązkie, że ledwie się w nich zmieścić można. Tutaj niema oczywiście mowy o zapieraniu się, jeśli więc ściany nie dają punktów oparcia, posuwać się tylko można jakimś trudnym do opisania ruchem robaczkowym lub śrubowym, co jest nadzwyczaj męczące. Z tego powodu przejścia takie możliwe są tylko na długość niewielu metrów. Jeszcze węższe rysy przechodzi się, wsuwając w nie jedną rękę i nogę, drugą zaś szukając oparcia na ścianie. Tego ro¬dzaju wązkie pęknięcia nie stanowią samodzielnych skła¬dników drogi, lecz części ścianek lub kominów.
Do trudnych wspinaczek na litej skale, używa się zwykle trzewiczków ; jednakże i w butach, zwłaszcza gdy mają niezbyt ogładzone podkucie, można większą część trudnych miejsc pokonać, jeśli mianowicie uwarstwienie jest korzystne, a punkty oparcia niezbyt drobne. Nie jest nawet dobrze przyzwyczajać się do robienia trudnych wspi¬naczek tylko w trzewiczkach, gdyż w deszczu i na ska¬łach pokrytych cienką warstewką lodu, jest użycie butów ko¬nieczne. Podobnie ma się rzecz z noszeniem worków i cze-

— 86 —
kanów. Najprzyjemniej i najłatwiej jest wspinać się bez tych dodatków, trzeba jednak umieć i w takim wypadku dać sobie radę, gdy nie można rzeczy zostawić u stóp skały. Czekan zawieszają jedni na pętli (patrz str. 34) u ręki, inni wolą go trzymać i w razie potrzeby stawiać, lub wbijać przed sobą. Na ciężki worek szczególnie zwra¬cać trzeba uwagę przy przebywaniu przewieszek, okracza-niu a z drugiej strony, gdy się schodzi plecami do skały. Zaczepia on się w takich razach często tak, że przestaje ciężyć, aby nagle spaść na plecy, lub przechylić się, po¬wodując tem przesunięcie środka ciężkości i możliwość utraty równowagi. Na bardzo trudnych miejscach konieczne jest transportowanie rzeczy z pomocą liny, w sposób po¬dany w następnym rozdziale.

VI. O UŻYWANIU LINY.
Wobec licznych niebezpieczeństw, na jakie zwiedza¬nie gór wysokich naraża, stała się jedną z podstaw umie¬jętności taternickiej zasada, która każe najśmielsze choćby plany wykonywać z pomocą środków zmniejszają¬cych, o ile możności, niebezpieczeństwo. Jasną jest rzeczą, że bez tej zasady doszłoby taternictwo do absurdu. Jednym z takich środków jest umiejętne zasto¬sowanie liny, a zakres użyteczności tego przyrządu ogra¬niczony jest powyższą zasadą. Wynika z niej, że nie¬ma potrzeby i celu wiązanie się liną w następujących wypadkach :
Gdy teren jest łatwy, względnie do umiejętności taterników biorących udział we wycieczce, lub gdy jest trudny wprawdzie, lecz nie eksponowany.
Powtóre, jeśli okoliczności są tego rodzaju, że za¬bezpieczenie jest niemożliwe i upadek jednego pociągnąłby za sobą nieuchronną zgubę wszystkich.
Wreszcie.... gdy uczestnicy wycieczki nie umieją się posługiwać liną.
Dopóki taternik początkujący nie nabę¬dzie tej umiejętności w jakim takim stopniu, nie

powinien brać udziału w wycieczkach tru¬dniejszych. Nie jest bowiem w stanie zapewnić swoim towarzyszom należytego zabezpieczenia, a temsamem nie może wypełnić obowiązków uczestnika wyprawy, co gorsza nawet, wskutek swej niewiedzy, stanowi dla wszystkich poważne niebezpieczeństwo.
Zanim kandydat na taternika wyruszy z liną w góry, powinien się nauczyć wiązać ją, co najlepiej wypró¬bować w zaciszu domowem. Pętla, którą z niedocieczo-nych powodów zaopatrują zwykle fabrykanci koniec liny, nie odgrywa przy wiązaniu żadnej roli, a że jest w nie¬których okolicznościach zawadą, więc najlepiej ją obciąć, zawiązawszy powstały koniec sznurkiem, by się nie strzępił. Dobrze jest natomiast odmierzyć środek liny i oznaczyć go trwale i widocznie, zapomocą wplecionego czerwonego sznurka.
Od węzła górskiego wymaga się, by był absolutnie pewny t. j. sam nie mógł się rozwiązać, by przy ciągnie¬niu nie ściskał ciała i wreszcie, by nie był zbyt trudny do zawiązania i rozwiązania. Warunkom tym odpowiadają wszystkie podane tutaj węzły; ryciny objaśnią najlepiej sposób ich zadzierzgania. Węzły a i e nadają się do przywiązywania na końcu liny, b jest uniwersalny, c i d służą do łączenia dwu lin, lub końców pętli ze sobą. Nie należy jednak mniemać, jakoby było obowiązkiem każdego taternika umieć wszystkie wyżej wymienione sposoby. Owszem, wystarczy znać jeden z węzłów końcowych, ale zato umieć go robić, choćby z zawiązanemi oczyma; na skale nie czas na uczenie się tego. Są ludzie, okazu¬jący wybitny brak zdolności w tym kierunku, ci mogą sobie poradzić węzłem b, który chyba każdemu jest znany.
Opasuje się linę na piersi, popod workiem i o tyle ciasno, aby w razie upadku wykluczone było wysunięcie się ciała z liny.

— 89 —
Używać można liny w trojakim celu: do wzajemnego zabezpieczania się, do spuszczania się przy schodzeniu i wreszcie do wyciągania i spuszczania worków, czekanów i innych części rynsztunku.

— 90 —
Do zabezpieczania się używamy liny w rozmaity sposób, zależnie od rodzaju terenu.
Do przechodzenia stromych śniegów, lub takichże trawek, wiążą się uczestnicy w odstępach 6 do 8 metrów
a w liczbie nie większej niż 4 u jednej liny. W razie, gdyby było osób wię-cej, dzielą się na partye. Na miejscach tru¬dnych poruszać się ma w każ¬dej chwili tyl¬ko jedna oso¬ba ; pozostali asekurują ją, przeciągając li¬nę za wbity w śnieg lub trawę czekan (patrz rys. na str. 74).
Częściej da¬leko używa się w Tatrach liny na skałach. W tym razie
odstępy między uczestnikami muszą być większe, często do kilkunastu metrów i więcej, a liczba osób na je¬dnej linie w żadnym razie nie może przekraczać trzech. Owszem nieraz praktyczniej jest nawet, gdy

wiąże się tylko dwu, zaś trzeciemu, który czeka w miejscu bezpiecznem, rzuca się linę po wyjściu drugiego.
Typowy wypadek mamy więc, gdy taterników jest dwu tylko i mają zamiar przejść, dajmy na to, trudną ścianę. Przedewszystkiem powinni rozwinąć całą linę i uwiązać się na jej końcach, bowiem trzymanie liny w ręce nie stanowi żadnego zabezpieczenia i może doprowadzić do katastrofy. Następnie ten, który ma iść jako drugi, zajmuje dogodne stanowisko i przyciągnąwszy linę, która go łączy z towarzyszem, do siebie, aż będzie lekko naprężona, przekłada ją za wystający ze ściany ząb, odpęknięty głaz, lub podobny punkt oparcia (rys. na str. 87 i 90). Przy wyborze tegoż na¬leży mieć na uwadze następujące trzy okoliczności: 1) aby lina, w razie upadku pierwszego, nie mogła się ześliznąć,
2) by nie groziła przecięciem się na ostrych krawędziach,
3) punkt oparcia musi sam tkwić zupełnie pewnie. Gła¬
zom zamało zadzierżystym można nadać korzystniejszy
kształt przez obkuwanie kamieniem.
Trafiają się jednak miejsca, gdzie z powodu złego uwar¬stwienia, kruchości lub gładkości skały, odpowiadającego powyższym warunkom punktu oparcia znaleźć nie można. Tam uciekamy się do środka, bądźcobądź sztucznego, ja¬kim jest wbicie haka (patrz rys. na str. 82). Obiera się do tego celu poziome, bardzo wązkie pęknięcie, które ponadto powinno ciągnąć się wgłąb skały ku dołowi, a nie ku górze; inaczej mógłby hak, przy szarpnięciu, w dół wylecieć. Wbija go się z pomocą kamienia na głę¬bokość najmniej 2/3 długości, poczem jeszcze trzeba spró-bować, czy się nie chwieje i czy skała wokoło nie została przez tę operacyę podważona. Chcąc zabezpieczyć na haku, trzeba przeciągnąć linę przez pierścień, co wymaga od¬wiązania się. Praktyczniejszy sposób polega na tem, że

— 92 —
przez pierścień zakłada się pętlę (str. 36) tak, ażeby przez nią i lina przechodziła. Niektórzy posługują się wbi¬janiem haków również w celu uzyskania stopni i chwytów na miejscach gładkich; jest to w każdym razie sposób wątpliwej wartości ze stanowiska czystego taternictwa. Haki wbite przez poprzedników, nadają się najczęściej zu¬pełnie dobrze do użytku, o ile nie zostały uszkodzone przez spadające kamienie... no i o ile od początku nie¬udolnie nie były wprawione. Przestrzedz natomiast trzeba przed użyciem starych pętli, z któ¬rych zewnętrznego wyglądu trudno nieraz poznać, jak da¬leko posunął się proces butwienia.
Miejsce, w którem się zaczepia linę, po-winno być obrane ze względu na przypuszczalną drogę pierwszego tak, aby tenże, w razie odpadnięcia od skały, spadł o jaknaj mniejszą wysokość. Nieraz — na bardzo ciężkich miejscach — musi się drugi towarzysz -wspiąć, w celu wybrania takiego możliwie wysoko położonego punktu oparcia, w kierunku leżącym z boku od danej drogi. Niedobrze jest, gdy stanowisko leży w linii spadku drogi; wtedy bowiem narażony jest ubezpieczający na ude¬rzenia kamieni, strąconych przez pierwszego lub przez linę. Gdy stanowisko nie jest zupełnie pewne, uciec się trzeba często do środka, aby i ubezpieczający przywiązał się za-pomocą pętli n. p. do haka.
Przypuśćmy teraz, że znaleziono odpowiednie stano¬wisko i lina przełożona jest przez naturalny, czy sztuczny, punkt oparcia. Wówczas, na znak, że już wszystko gotowe (ale nie przedtem!), rozpoczyna pierwszy wspinanie się. W miarę jak się wznosi, popuszcza zabezpieczający linę, starając się uprzedzać ruchy towarzysza, tak, by tenże nie doznał — z powodu naprężenia się liny — szarpnięcia, które w trudnem miejscu mogłoby

— 93 —
spowodować utratę równowagi i upadek. Obowiązkiem za¬bezpieczającego jest również baczenie, by się lina nie zaczepiła, tudzież oznajmianie pod koniec, ile je¬szcze metrów liny jest do dyspozycyi. Rzecz odbywa się składnie, jeśli zabezpieczający widzi ze swego stanowiska towarzysza, w przeciwnym razie są te manipulacye często źródłem irytacyi dla obu. Jeśli wspinający się napotka wyżej odpowiednie miejsce, przekłada przez nie linę i tak, zmniejszając w miarę możności wysokość ewentualnego upadku, dochodzi wreszcie do dogodnego stanowiska, z którego może z kolei ubezpieczyć pochód towarzysza.
Miejsce takie powinno już być z góry upatrzone, w odległości liny, a na trudnych przejściach — o ile mo¬żności — mniejszej. Gdyby mimoto zdarzyło się, że lina się wyczerpała przed dojściem pierwszego do stanowiska, to zabezpieczający musi przywiązać linę rezerwo-w ą. Trafia się czasami, że takiej liny niema, a powrót dla pierwszego byłby bardzo ryzykowny, zwykle więc w takim wypadku zabezpieczający opuszcza swe stanowisko i podchodzi na wysokość tylu metrów, ile pierwszemu po¬trzeba do osiągnięcia stanowiska. Takie postępowanie jest jednak ciężkim błędem, gdyż wtedy ani jeden, ani drugi, nie ma pewnego oparcia i w razie wypadku obaj są zgubieni. Z dwojga złego należy wybrać mniejsze, to jest ubezpieczający powinien się odwiązać, poczem pier-wszy dochodzi do stanowiska bez ubezpieczenia. Równocze¬śnie drugi wspina się do miejsca, do którego sięga lina i przywiązuje się do niej, skoro pierwszy znajdzie punkt oparcia.
Do zabezpieczenia drugiego z góry niepotrzeba koniecznie wyszukiwać zadzierżystego zęba. Wystarczy, jeśli można usiąść, zaparłszy się dobrze nogami, a linę prze¬łożyć przez krawędź skały, lub oprzeć o nogę. Nie jest

— 94 —
jednak żadnem zabezpieczeniem, jeśli się stoi na-przykład na ważkiej półce i trzyma linę wolno w ręku; o ile bowiem utrzymanie ciężaru człowieka na linie, idącej po skale, jest wprost igra¬szką — dzięki wielkiemu tarciu — o tyle do utrzymania takiego ciężaru wolno potrzeba wielkiej siły i znakomitego opar¬cia. Kto nie wierzy, niech spróbuje wy¬ciągnąć wolno w powietrzu, choćby dwa worki razem związane. W miarę jak drugi wspina się, ściąga pierwszy lekko linę, poświęcając swą uwagę wyłącznie temu prze¬dmiotowi, tak aby zabezpieczenie było rzeczywiste. Mimoto drugi powi¬nien wspinać się z niemniej-szą ostrożnością, nie używając liny jako chwytu, inaczej łatwo może popaść w nałóg niedbałego i gorączko¬wego wspinania się, który często prowa¬dzi do zguby.
Przy przechodzeniu trawersów zabezpieczenie ostatniego jest podobnie niedoskonałe, jak pierwszego. Wartość jego podnosi się znacznie, jeśli uda się uzyskać punkt oparcia powyżej tra-wersu. Natomiast trzeci uczestnik może być zabezpieczony równocześnie z obu stron, a więc zupełnie pewnie. Zabez¬pieczanie w kominach odbywa się podobnie jak na ścianach. Na grani zwykle bardzo łatwo jest zabez¬pieczać, trzeba tylko idąc przewijać linę między zęby grzbietu.

— 95 —
Zabezpieczanie przy schodzeniu odbywa się w ten-sam sposób, tylko w przeciwnym porządku, gdyż ten który schodzi pierwszy zabezpieczony jest z góry, zaś ostatni z dołu.
Zdarza się z reguły, że trudne przejścia przegrodzone są krótkiemi miejscami, zupełnie łatwemi, na które nie opłaci się liny zdejmować. W tych wypadkach odstępuje się od zasady, która powiada, że tylko jedna z osób uwią¬zanych na linie powinna się w danej chwili poruszać i idzie się równocześnie. Aby uniknąć zaczepiania liny i wzajemnego szarpania, trzeba się trzymać w małych odstępach a zbywającą długość liny, zwiniętą w kilka pętli, bierze każdy uczestnik w rękę, co pozwala łatwo regu¬lować wzajemną odległość. Strzedz się natomiast należy — spotykanego często zwyczaju owijania zbytecznej liny, nawet na trudnych miejscach, na piersiach. W razie upadku lina taka zesuwa się na szyję i może spowodować uduszenie.
Zdjąwszy linę powinno się ją zaraz zwinąć; wleczenie liny za sobą niszczy ją i powoduje splątanie się w węzły, których uporządkowanie zabiera potem dużo czasu. Najlepiej linę zwijać siedząco, naokoło stopy i ko¬lana, poczem spina się ją w dwu miejscach rzemyczkami.
Nieraz, odbywając wycieczkę z workami i czekanami, stajemy przed trudnem miejscem; aby je sobie ułatwić, zostawia pierwszy swe obciążenie na dole i w y-ciąga je później na linie. Następni powinni o ile możności wychodzić z rzeczami, skoro są z góry zabez¬pieczeni, gdyż windowanie całego taboru męczy bardzo i zabiera dużo czasu. Najlepiej przywiązywać worki i czekany*) w środku liny, by pozostali na dole
*) Poleca się przedtem zbadać stan sznurka ściągającego worek a czekany wiązać za głownię, nie za pętlę do noszenia.

— 96 -
mogli niemi kierować. Przy schodzeniu jeszcze częściej spuszcza się rzeczy, zwłaszcza ostatniego, aby miał swo¬bodę ruchów.
Liny używają taternicy również do zjazdu — przy pokonywaniu w dół miejsc, nie dających się inaczej zrobić, lub też dla ułatwienia sobie czy skrócenia takich, które i bez tego środka dałyby się przejść. W tym ostatnim wypadku polecamy wstrzemięźliwość. W celu zjazdu wiesza się linę, podwójnie złożoną, w środku tak, aby dolnymi końcami dochodziła do mo-żliwie wygodnego stanowiska. Do zawie¬szania używa się, podobnie jak do zabez¬pieczania, naturalnego występu lub haka. Jeśli za głazem użytym do tego celu znaj¬duje się wązka szpara, należy ją zatkać papierem w kilkoro złożonym, lub płaskim kamieniem, aby lina nie mogła się tam dostać i zaciąć. Radykalniej unika się tego niebezpieczeństwa, obwiązując głaz pętlą, przez którą dopiero przekłada się linę. Końce pętli łączy się węzłem c lub d; powinna ona zwisać luźno, w ten sposób bowiem wytrzyma lepiej silne szarpnięcie. Gdy już lina jest zaczepiona, przy¬stępuje pierwszy ze schodzących do spu¬szczania się, zabezpieczony z góry liną rezerwową w taki sam sposób, jak-gdyby schodził wolno. Jeśli miejsce nie jest przewieszone, chwyta linę oburącz, zaś no¬gami idzie po turni (rys.). Po ścianach, nie-mających punktów zaczepienia, trzeba się zesuwać, trąc kolanami.

— 97 —
W miejscach przewieszonych następuje wolny zjazd, wykonywany zapomocą klucza przedstawionego na rysunkach poniżej. Liny okręca się raz około nogi prawej i zaczepiając je poniżej lewą nogą, przyciska się podeszwą lewej nogi do podbicia prawej. Szybkość reguluje się siłą tego nacisku, ręce służą tylko do utrzymania ciała w postawie stojącej. Ru¬chy te należy w domu dobrze wyćwiczyć, gdyż zawsze chwila, w której trzeba klucz zro¬bić i puścić się skały a chwycić liny, jest z ca¬łego spuszczania się naj¬trudniejsza i najwięcej sprawia emocyi. Potem trzeba tylko uważać, by lina nie wyśliznęła się z pomiędzy stóp, zresztą sama jazda nie jest trudna ani męcząca i długość jej nie odgrywa wiel¬kiej roli. Nieprzyjemnie jest, gdy lina się chwieje lub kręci; łatwo wtedy dostać zawrotu głowy i stracić poczucie położenia. Można także zjeżdżać siedząco, owi¬nąwszy linę wokoło uda (patrz rys. str. 98). Pasy do spuszczania się, opatrzone auto¬matycznym hamulcem, spotkać można — jak dotąd — wyłącznie w cennikach. Zdarza się czasami, że stanowisko, do¬godne do wylądowania, nie leży w linii spadku liny. Pierwszy ze zjeżdżających musi je w takim razie osiągnąć ruchem wahadłowym, następni zostaną przez niego przy-
7

— 98 —
ciągnięci. Ostatni powinien być podczas zjazdu z a-bezpieczony również przez towarzyszy, a to przez przełożenie liny ubezpieczającej przez tensam, lub lepiej inny punkt oparcia, co lina służąca do zjazdu.
W razie gdyby nie było drugiej liny do zabezpieczania — co się zdarzyć nie powinno — trzeba się starać w inny sposób zmniejszyć wysokość możliwego upadku. W tym celu, po założeniu liny, wiąże się jej dolne końce ze sobą a ka¬żdy przystępujący do zjazdu opasuje się pętlą tak, by jedna lina zjazdowa przez nią przechodziła (jak na rysunku str. 99). W ten sposób, nawet w razie zgubienia chwytu na linie, może nastąpić upadek najwyżej na długość liny i wskutek tar-cia pęd jego jest zmniejszony.
Nim ostatni przystąpi do zjazdu, powinni się znajdujący na dole upewnić, czy dalsza droga w dół jest możliwa, aby po ściągnięciu liny nie znaleźć się w pułapce. Dobrze jest również już wte¬dy spróbować, czy się lina nie zacięła. Chcąc linę ściągnąć, próbuje się naprzód, przez kołysanie i podrzuca¬nie, wytrącić ją z oparcia, dopiero gdy się to nie uda, zaczyna się ją przeciągać. Uważać trzeba, by obie połówki biegły równolegle i na ewentualny węzeł, tu¬dzież na kamienie, które mogą być przy tem strącone. Zdarza się mimo wszystko dość często, że lina się zatnie i jeden z uczestników musi wrócić, by ją inaczej zaczepić. Najgorzej jest, gdy lina zaczepi się już po częściowem

— 99 —
ściągnięciu, wówczas bowiem używanie jej przy wchodzeniu jest mniej lub wię¬cej ryzykowne i najlepiej zadowolnić się wówczas odcięciem możliwie długiego kawałka.
Zjazd na pojedynczej linie, uczepionej jednym końcem, męczy bardzo r ę c e i prowadzi z reguły do utraty liny a temsamem możności za¬bezpieczenia podczas reszty wycieczki, chyba, że zaczepienie jest tego rodzaju, że można linę przez podrzucanie zdjąć. Wymyślono wprawdzie wiele chytrych urządzeń, mających umożliwić takie za¬czepienie pojedynczej liny, aby ją można było zapomocą sznurka ściągnąć, jednakże wszystkie te sposoby tem się odznaczają, że ich nikt w praktyce nie używa. Jeśli więc nie starczy liny na podwójne zaczepienie, to lepiej uniknąć wogóle zjazdu — przez obejście danego miejsca.
Pytanie, jaką wartość należy przypisać zjazdom na linie jako składnikowi wycieczek, jest przed-miotem sporu w sferach alpinistycznych i taternickich. Autor niniejszej książki jest zdania, ż e z j a z d u na linie p o-winno się używać gdzie jest koniecznie potrze-
bny i gdzie umożliwia przejście pewnej, znacznej w po¬równaniu ze samym zjazdem, drogi. Wycieczki składające się właściwie ze samego tylko zjazdu (w Alpach odbywają

— 100 —
już kilkudziesięciometrowe, wolne spuszczania), wykra-czają — mojem zdaniem — poza ramy taternictwa. Jeśli zaś idzie o nabycie wprawy w zjazdach, to właściwym te¬renem do tego są szkoły wspinania, a nie góry wysokie.
Dawniej posługiwano się również liną w celu poko¬nania trudnych miejsc w wyjściu, zarzucając ją w górę, często zapomocą specyalnych harpunów. Współcześni zaniechali tej metody jako niedającej należytego bezpieczeństwa. W pewnych wypadkach można sobie jednak pomódz, zarzucając linę lub pętlę na chwyt, którego dosięgnąć lub objąć nie możemy, jeśli tylko pe¬wność jego została poddana skrupulatnej ocenie.
Powyższy rozdział przekonał może czytelnika, że na¬leżyte obchodzenie się z liną wymaga raczej bystrości i przytomności umysłu, niż silnych mięśni. Przy pięknej pogodzie i gdy się ma dość czasu, jest to zajęcie przy jemne. Całkiem inaczej, gdy lina zmoknie a ręce kostnieją od zimna, gdy towarzysze się nie widzą, a wicher unie¬możliwia wszelkie porozumienie się, gdy noc zapada i należy się spieszyć; wtedy zaiste trzeba całego wysiłku woli, by wszystko wykonać sumiennie. A trzeba pamiętać, że drobny błąd, mała niedokładność w użyciu liny, mści się często straszliwie.

VII. NIEBEZPIECZEŃSTWA TATR.
Niebezpieczeństwa gór podzielić możemy na trzy grupy. Do pierwszej z nich zaliczamy te, których po¬jawienie się spowodowane jest wyłącznie przyczynami, od woli taternika niezależnemi. Tu należą naprzykład spada¬jące kamienie, burza i wiele rodzajów lawin. Nazywamy te niebezpieczeństwa zewnętrznemi lub przedmio¬tów e m i. Do drugiej grupy należą takie, które przy¬gotowane są wprawdzie przez przyczyny zewnętrzne, lecz do wyładowania się — że tak powiemy — potrzebują przyczy¬nienia się nas samych. Przykładem takich zewnętrznych, przedmiotowych, lecz podmiotowo wywoła¬nych niebezpieczeństw jest urwanie się kruchego chwytu, dalej niektóre rodzaje lawin (deski śnieżne). Trzecia wreszcie grupa obejmuje niebezpieczeństwa od turysty sa¬mego pochodzące, to jest spowodowane jego nieudolnością, brakiem doświadczenia, wogóle brakiem taternickich kwa-lifikacyj. Tu zaliczyć trzeba między innemi zabłądzenie, utratę równowagi na śniegu, skutki nieumiejętnego użycia

— 102 —
liny. Zowiemy takie niebezpieczeństwa wewnętrznemi, lub podmiotowemi.
Inny podział polega na rozróżnianiu niebezpieczeństw niezawinionych od zawinionych przez turystę samego.
Zauważyć tu należy, że żaden podział nie da się w praktyce zawsze zastosować. Często bowiem niebezpie¬czeństwa dwu pierwszych grup dają się przewidzieć, nie są więc ściśle zewnętrzne, gdyż popada się w nie — cz꬜ciowo przynajmniej — z własnej winy. Trudno również w każdym wypadku orzec, czy — dajmy na to — urwa¬nie się chwytu musiało nastąpić, czy też tylko dzięki nie¬udolności turysty się wydarzyło. Dlatego w rozdziale ni¬niejszym nie będziemy się trzymać tego podziału, lecz pewnego porządku, dyktowanego jedynie względami prakty¬cznymi.
Spadanie kamieni stanowi niebezpieczeństwo bezpośrednie, mogąc spowodować zabicie lub zranienie i pośrednie, grozi bowiem wyrzuceniem ze stanowiska, za¬czepieniem lub przecięciem liny, co w dalszym ciągu może doprowadzić ńo zgubnego upadku. Jest ono zjawiskiem zupełnie naturalnem. Skutkiem gwałtownych i obszernych zmian temperatury, tudzież chemicznego działania czynni¬ków atmosferycznych, pokrywa się powierzchnia skał — zależnie od ich gatunku w stopniu rozmaitym — siecią drobnych szparek. Niemniej już z natury są skały — wskutek warunków w jakich powstawały, w mniejszym lub większym stopniu wewnętrznie potrzaskane i spękane. We wszystkie wolne przestrzenie wciska się woda deszczowa i zamarzając powoduje rozsadzanie dawnych i powstawa¬nie nowych szpar. Tak postępuje coraz dalej proces ni¬szczenia a owocem jego masy okruchów rozmaitej wiel¬kości, które czekają tylko drobnej przyczyny, aby odbyć

— 103 —
drogę w dolinę. Przyczyną taką mogą być zmiany temperatury już wprost, powodując ruchy powierz¬chni, albo częściej za pośrednictwem wody, o której roz¬sadzającym wpływie była już mowa. Dopóki temperatura jest nizka, wyważone mrozem części skał przymarznięte są do ścian. Skoro jednak słońce przygrzeje, tracą opar¬cie i spadają, strącając po drodze inne luźne części. Nie¬bezpieczeństwo takiego spadania kamieni grozi więc szcze¬gólnie w dzień pogodny po mroźnej nocy, wczesnym ran¬kiem — na ścianach północnych i wschodnich. Ale i w in¬nych porach dnia a także po zachodzie słońca odpadają od ścian zwietrzałych pojedyncze głazy lub całe lawiny. Miejsc stale zagrożonych pod tym względem niema w Tatrach na szczęście zbyt wiele (n. p. północne ściany Baszt, Staroleśnej). Poznaje się je po białych plamach na skałach, które zdała wyglądają jak przysypane mąką. Śniegi poniżej poorane są czarnemi bruzdami, zasiane lu¬źnymi blokami, w miejscach najbardziej narażonych po¬kryte czarnym szlamem. Okolic takich trzeba unikać a je¬śli już musi się je przejść, to powinno się to robić mo-żliwie szybko, wczesnym rankiem, gdy wszystko jest jeszcze zmarznięte i — co również ważne — po dłuż¬szym okresie pogody.
Do przyczyn, powodujących spadanie kamieni należy także silny wiatr, ulewa, tudzież topniejący gwałto¬wnie młody śnieg. Ten ostatni w szczególnie wyso¬kim stopniu. Jedną z częstszych przyczyn są istoty żywe, kozy, owce i... ludzie. Szczególnie tłumy wycie-czkowców, snujących się w dnie pogodne po niektórych szlakach, stanowią pod tym względem z roku na rok wzra¬stającą plagę. Ze smutkiem jednak przyznać trzeba, że i taternicy nie zawsze okazują w chodzeniu dostateczną dbałość o bezpieczeństwo bliźnich, pod tym właśnie wzglę-

— 104 —
dem. Nieraz naprzykład nie zwraca się uwagi na kamienie, które ściąga lina.
Szerokie, rozdzielające się u góry żleby, są szczególnie ostrzeliwane przez kamienie, zbierają bowiem wszystko, co spada ze ścian, nie należy więc w nich długo przeby-wać a tembardziej spoczywać. Na postój nadają się wyłącznie miejsca wolne od omawianego niebezpieczeństwa, a więc półki nakryte stromemi ściankami, przedewszystkiem zaś granie i wązkie żebra. W ciągu wspinania niepodobna się oczywiście wszystkiego ustrzedz i właśnie spadanie ka¬mieni jest jednem z tych nielicznych niebezpieczeństw, które nawet najlepszemu taternikowi grożą. Trzeba więc zawsze zachowywać czujność i baczyć, co się dzieje w gó¬rze. Gdy się usłyszy, a raczej wyczuje, nad sobą złowro¬gie a tak charakterystyczne drżenie powietrza, zwiastujące grad szybko lecących kamieni, trzeba, nie tracąc przy-tomności, w tej samej chwili schronić przynajmniej głowę w bezpieczne miejsce, lub gdy takiego niema zarzucić na nią worek. Natomiast w wypadku, gdy nie mamy schro¬nienia na całe ciało a leci na nas powoli duży głaz, co łatwo poznać po odgłosie, lepiej jest nie kryć głowy a owszem nie spuszczać nieprzyjaciela z oczu i dopiero w ostatniej chwili uchylić się, jeśli tego zajdzie potrzeba. Takie kamienie, lecące po mniej stromym stoku, (piarg, dno żlebu) ustawicznie odbijając się, zmieniają kie¬runek.
Miejsca zagrożone spadaniem kamieni powinno się przechodzić pojedynczo, nie wiążąc się na linie, najpierw dlatego, by módz swobodnie i szybko się poru¬szać, powtóre zaś z tego powodu, że kamienie łatwo mogą w tym wypadku zaczepić o linę i pociągnąć całe towarzystwo, co się już wielokrotnie zdarzyło.

— 105 —
Lawiny są typowem niebezpieczeństwem wypraw zi¬mowych, będzie więc o nich mowa w rozdziale dziewiątym.
Największem bezwątpienia niebezpieczeństwem na skałach jest możliwość upadku — jak mówią górale — „odpadnięcia od turni". Powody upadku bywają rozliczne: ukruszenie się lub wyłamanie stopnia czy chwytu, utrata równowagi przy nieumiejętnem lub ryzykownem wspinaniu się, pośliznięcie się, fałszywe stąpnięcie wskutek krótkiego wzroku, dalej kurcz w palcach, nagła utrata sił, omdlenie, zawrót głowy.
Ukruszenie się punktu oparcia bywa często wypadkiem nieobliczalnym, zdarzyć się może bowiem łatwo, że jakiś chwyt przy próbowaniu ani nie drgnie, a dopiero gdy na nim ciężar ciała zawiśnie, nagle pęka, gdyż był we¬wnętrznie zwietrzały. Tego z wierzchu często odgadnąć nie jesteśmy w stanie a niebezpieczeństwo jest tem zdra¬dliwsze, że zdarzyć się może na skale zresztą pewnej i zdrowej, gdzie się z niem nie liczymy. Jedyną radą jest tutaj starać się zawsze o jaknajwięcej punktów oparcia, ażeby nagła utrata jednego nie powodowała jeszcze zu-pełnego zniszczenia równowagi. I w tem tkwi właśnie nie¬bezpieczeństwo trudnych miejsc, że liczba punktów opar¬cia jest w nich zredukowana. W przeciwieństwie do wyła-mywania się chwytów i stopni (p. niżej), następuje ukru¬szenie się zwykle błyskawicznie tak, że niema czasu na chwycenie się czegoś innego. Jestem przekonany, że wię¬kszość tych, tak częstych w ostatnich czasach wypadków, w opisach których powtarza się stereotypowy ustęp, że jeden z uczestników „bez żadnej widocznej przyczyny i nie wydawszy głosu, nagle runął w przepaść", spowodowana została właśnie ukruszeniem się chwytu lub stopnia.
Od opisanego tutaj wypadku odróżnić należy wyła¬mywanie się punktu oparcia, polegające na tem, że

— 106 —
jakiś występ skalny już poprzednio odpadnięty od posadu, wskutek wywartego nań nacisku, wychodzi z oprawy, w której tkwił. Niebezpieczeństwo w tym razie jest daleko mniejsze, da się bowiem często już z wyglądu odnośnego kamienia przewidzieć, a już prawie zawsze wyczuć przy troskliwem próbowaniu. Dalszą dobrą stroną jest, że takie wydzieranie się chwytów czy stopni zwykle postępuje wzglę¬dnie powoli tak, że często można zmienić pozycyę.
Zupełnie podobnie ma się rzecz z ukruszeniem lub wyłamaniem się głazu, służącego do zjazdu na linie lub do zabezpieczenia. W tym ostatnim wypadku niebezpieczeństwo wchodzi w grę dopiero w razie wyzy¬skiwania ubezpieczenia n. p. przy upadku, nie jest więc wystarczającą przyczyną nieszczęścia.
Z ukruszeniem się chwytu ma wiele podobieństwa występowanie kurczu w palcach. Niektórzy taternicy, zresztą znajdujący się w pełni sił fizycznych, dostają go regularnie, ilekroć przyjdzie im przez dłuższy czas opierać się głównie na rękach. Jest to przypadłość ogromnie nie¬bezpieczna, występuje bowiem nagle i nie da się opanować. Kto więc ma skłonność do tego, po¬winien pilnie wzmacniać palce (p. str. 16) a dopóki się nie pozbędzie owej wady, niech miejsca, wymagające for¬sownego wysiłku w tym kierunku, przechodzi jedynie zabezpieczony z góry przez towarzysza. Kurcz i odrę¬twienie w nogach i w ramieniu występują często przy bardzo szerokich pozycyach, dadzą się jednak przy wytężeniu woli opanować i ustają zwykle natychmiast po zajęciu wygodniejszej postawy. Gorzej się ma rzecz z k u r-czem stopy, spowodowanym przydługiem staniem na palcach. Wogóle regułą jest, by przy wszelkich dłuższych przerwach we wspinaniu starać się koniecznie ułożyć ciało w sposób swobodny, nie wytężający mięśni.

— 107 —
Odpadnięcie od skały z powodu fizycznej niemo¬żności pokonania trudności technicznych jakiegoś miejsca jest wypadkiem stosunkowo rzadszym. Dowodzi ono zawsze braku ostrożności i złej oceny bądźto wła¬snych sił, bądź stopnia trudności terenu.
Pośliznięcie się lub potknięcie zdarza się najczęściej przy schodzeniu i jest typową przyczyną wypadków, jakim tak często turyści nieudolni ulegają. Wprawny taternik, u którego wyrobiła się pewność stą¬pania, powinien być od tego niebezpieczeństwa wolny. Wyrobienie stopy zastępuje bowiem oczy, gdy się idzie po ciemku lub posiada krótki wzrok. Niestety zbyt często grzeszy się nieuwagą, pośpiechem, niewłaściwem użyciem trzewiczków, z czego łatwo zgubne skutki wynikają.
Czasami zdarza się, że turysta stojąc na zupełnie łatwem miejscu, bez widocznej przyczyny, traci nagle ró¬wnowagę i upada, jeśli nie ma się na czem wesprzeć. Powodem może być nagły zawrót głowy, wywołany zmęczeniem, osłabieniem lub głodem, ale często także zaburzenie zmysłu równowagi, jakiemu się podlega, patrząc długo wysoko w górę, lub silnie poza siebie, wogóle w tych wszystkich wypadkach, kiedy głowa zajmuje przez czas dłuższy nienormalne po¬łożenie — w stosunku do reszty ciała. Dlatego stojąc w miejscu eksponowanem, chociażby łatwem zupełnie, po¬winno się oprzeć lub chwycić skały. Tembardziej przy pokonywaniu miejsc trudnych, wymagających dłuższego wysiłku, wystąpić może nagła utrata sił, omdlenie, czy nawet śmierć skutkiem wad serca lub aorty. Tego rodzaju wypadki spowodowane są brakiem kwalifikacyj fizycznych (p. str. 13) albo należytej zaprawy (trainingu) i do niebezpieczeństw terenu górskiego ściśle biorąc nie należą.

— 108 —
Jeśli utrata równowagi nie następuje zbyt nagle i nie jest połączona z ustaniem świadomości, to nawet wów¬czas, gdy upadek jest nieunikniony, można myśleć o ra¬tunku. Gdy rzecz dzieje się na ścianie, trzeba o ile mo¬żności starać się zesunąć a nie upaść w tył. W kominie, czy zacięciu, starać się rozszerzyć, by pęd upadku zmniej¬szyć tarciem. Upadając na mniej pochyłem miejscu, trzeba się wykręcić, aby upaść na ręce lub na bok a nie toczyć się w koziołkach, głową na dół. Ludzie zgrabni upadłszy ledwo dotykają ziemi, tam gdzie inni wykręcają członki lub ła¬mią obojczyk.
Największej pomocy doznać można ze strony t o-warzysza zabezpieczającego z pomocą liny. Toteż trzeba go w chwili niebezpieczeństwa ostrzedz okrzy¬kiem, aby tem pewniej był na wypadek przygotowany *). Może on nawet wtedy, gdy upadek następuje z miejsca wyższego, przez szybkie ściągnięcie liny zredu¬kować niebezpieczną odległość i starać się o odparowanie szarpnięcia, które mogłoby linę przerwać, przez ujęcie jej jedną ręką przed punktem oparcia. Są to oczywiście wszystko środki ostateczne, które nie powinny nikogo zachęcać do większego ryzyka a tylko stanowić ostatnią deskę ratunku, gdy się już niema nic do stra¬cenia.
Pośliznięcie się (po góralsku skiełznięcie) na śniegu lub trawie, o ile nie następuje z powodu użycia niewłaściwego obuwia (niepodkute buty, trzewiczki), jest również najczęściej wynikiem niepewności w stąpaniu, właściwej niewprawnym. O zatrzymywaniu się w razie upadku na śniegu i trawie była mowa na str. 77 n.
*) Ciągła uwaga i baczne śledzenie ruchów wspinającego się jest zresztą głównym obowiązkiem tego, który zabezpiecza.

— 109 —
Rozważmy teraz okoliczności, w jakich odpadnięcie od skały pociąga za sobą niebezpieczeństwo ciężkich obra¬żeń, lub — co częściej się zdarza — utraty życia. Są trzy możliwości: 1) Nie było wogóle zabezpieczenia. Tak bywa z reguły, gdy wypadkowi ulegnie samotnie cho¬dzący taternik a czasami i w liczniejszem towarzystwie, jeśli z jakiegokolwiek słusznego (patrz str. 87) czy nie¬słusznego powodu nie użyto liny. 2) Zabezpieczenie nie działało należycie. Dzieje się to przy zerwaniu liny, lub ukruszeniu się głazu zabezpieczającego, czasami bez winy turystów. Jeśli zaś powodem jest ześliznięcie się liny lub wyrwanie haka, to winę ponosi zabezpieczający, względnie ten, który zabezpieczenie obmyślił. Przy tej ewentualności katastrofa jest najgroźniejsza, gdyż — o ile lina się nie zerwie wskutek szarpnięcia — to upadek jednego pociąga za sobą zgubę wszystkich, tą liną zwią¬zanych. Złe zabezpieczenie jest ze wszyst-kiego na j gorsze m. 3) Mimo zabezpieczenia. Los ten stać się może udziałem tego, który się wspina jako pier-wszy lub schodzi ostatni. Jest on wtedy często wzniesiony na kilkanaście metrów, a nawet więcej, ponad miejsce za¬bezpieczenia, a więc w razie upadku spaść może łatwo na odległość 30—40 metrów. Dlatego zabezpieczenie w tych wypadkach ma jedynie wartość moralną, podnosi bowiem suggestywnie usposobienie wspinającego się. Podobnie ma się rzecz z przechodzeniem długich trawersów, na których niemożliwe jest zabezpieczenie z góry. Tu zarówno u pier-wszego jak i u ostatniego lina nie wyklucza upadku na znaczniejszą odległość.
Powyższe ustępy miały za przedmiot te rodzaje nie¬bezpieczeństw, które najbardziej bezpośrednio wynikają z własności terenu górskiego, jego stromości i przepaści-stości. Myliłby się jednak, ktoby z tego chciał wyciągnąć

110 —
wniosek, że najczęściej ulega się tym niebezpieczeństwom na miejscach bardzo trudnych. Przeciwnie, statystyka wy¬padków uczy, że widownią ich bywają przeważnie części drogi łatwiejsze, na których się niebezpieczeństwa nad sobą nie czuje i zapomina o koniecznej ostrożności. Czujna i baczna uwaga konieczna jest taterni¬kowi przez cały przeciąg wycieczki, szczegól¬nie w miejscach łatwych, które następują po trudnych przejściach, gdy zmęczone wysiłkiem zmy¬sły i myśl słabiej są czynne.
Niepogoda jest w Tatrach — w miesiącach le¬tnich zwłaszcza — zjawiskiem, niestety, nader powszedniem. Występuje w dwu zupełnie różnych formach: Ogólna, to znaczy obejmująca znaczny obszar i dłużej trwająca niepogoda związana jest najczęściej z pojawieniem się zni¬żki barometrycznej i da się z tego powodu naprzód prze¬widzieć na podstawie różnych objawów, o których będzie mowa w rozdziale następnym (str. 123). Nagłe lokalne burze popołudniowe występują w Tatrach w pewnych okre¬sach i nie są — z powodu małego wzniesienia naszych gór nad poziom morza — tak straszne, jak na wysokich szczytach alpejskich. Niebezpieczeństwo wynikające z nie¬pogody leży nietylko w działaniu bezpośredniem (uderzenie piorunu, wiatr, zimno, deszcz) lecz także — i to w wyższym daleko stopniu — w pogorszeniu warunków terenu i utrudnieniu oryen-t a c y i.
Na niebezpieczeństwo porażenia od piorunu jest się wystawionym głównie na szczytach i graniach pod¬czas burzy elektrycznej, której niezawsze muszą towa¬rzyszyć opady. Często napięcie elektryczne powstaje nawet między górami a pojedynczemi chmurkami, robiącemi z blizka wrażenie mgieł, przy pięknej zresztą pogodzie.

— 111 —
Niebezpieczeństwo objawia się często tem, że wystające i ostre przedmioty, naprzykład czekany, daszki czapek załomy odzieży etc, stają się miejscem drobnych wyła¬dowań, które, jeśli nie jest zbyt jasno, widzieć można w postaci iskierek. Najłatwiej poznać ich obecność po cha-rakterystycznem brzęczeniu i trzaskaniu. Te wyładowania, dając upust gromadzącej się elektryczności, przeciwdziałają wytwarzaniu się większej różnicy napięć, któraby się mo¬gła rozbroić w postaci piorunu, są więc czynnikiem zmniej-szającym niebezpieczeństwo. Niema dlatego racyi dora¬dzane z niektórych stron obwijanie czekana chustką lub batystem. Natomiast powinno się zjawisko to uważać za ostrzeżenie, że może nastąpić groźniejsze wyładowanie elektryczności i opuścić jaknajszybciej grań. Pora¬żonego piorunem ratuje się przez polewanie wodą lub okrycie mokremi rzeczami i zastosowanie sztucznego od¬dychania.
O ile wypadki porażenia są dość rzadkie, to znowu często zdarzają się katastrofy spowodowane przemo¬knięciem i zimnem, które zawsze niepogodzie to-warzyszy. Wprawdzie w górach zaziębić się jest dość tru¬dno, lecz zziębnięcie, przy równoczesnem przemęczeniu, noc spędzona w niepogodę na skałach bez dostatecznego odzienia, może spowodować śmierć z porażenia serca (p. str. 56). Dobrze jest więc zabierać zawsze ze sobą nieprzemakalne odzienie, nawet na wspinaczki. Chwilowe ulewy najpraktyczniej jest przeczekać, wyszu¬kawszy schronienie pod kamieniem, lub przewieszoną ścianą. Zwłaszcza bowiem podczas trudnych przepraw, gdy jeden tylko jest w ruchu a towarzysze muszą czekać, bardzo jest niemiłe przemoknięcie i osłabia zarówno siły jak i moralną dyspozycyę. Ręce zmuszone chwytać za

— 112 —
zimną i mokrą skałę, kostnieją szybko i odmawiają po¬słuszeństwa, jeśli się nie ma rękawic.
Wiatr, towarzyszący z reguły zmianom pogody, powoduje łatwo zziębnięcie, gdy się jest zmoczonym lub podczas spoczynku. Zimny wicher, występujący czasem przy pięknej pogodzie jest głównie w zimie poważną przeszkodą. Niebezpieczeństwo wiatru nie leży jednak wy¬łącznie w jego ziębiącem działaniu; zdarzają się czasami w górach orkany o takiej sile, że mogą turystę obalić lub nawet zdmuchnąć wprost z grani.
Zadymka śnieżna stanowi typowe niebezpie¬czeństwo wycieczek zimowych, jakkolwiek zdarzyć się może i w lecie.
Co do samych warunków wspinania się, to nagi granit w mokrym stanie jest prawie równie dobry jak suchy, o ile idzie się w butach. Natomiast trzewiczki z manillową podeszwą ślizgają się na nim. Mchy, trawy i ziemia są w stanie mokrym nadzwyczaj ślizkie i odry-wają się łatwo od podłoża. Przy rzęsistym deszczu spły¬wają żlebami, rynnami i kominami potoki, uniemożliwia¬jące często nawet przejście z jednej strony na drugą, a nie dopieroż używanie tych zagłębień jako drogi. W dodatku jest się w takich okolicznościach narażonym na spadające kamienie (p. str. 103).
Podczas niepogody spadają — zwłaszcza przy koń¬cu — mniejsze lub większe ilości śniegu, nawet w le¬cie. W Tatrach schodzi on nierzadko poniżej 1000 me¬trów, utrudniając ogromnie zarówno litą skałę, gdzie za¬sypuje chwyty i stopnie, jak piargi i trawy, które czyni oślizłemi. Towarzyszy młodemu śniegowi obniżenie tempe¬ratury i spowodowane niem oblodzenie — najgorszy może ze skutków niepogody. Trzyma się ono na północnych ścianach zwykle jeszcze przez parę dni po nastaniu po-

— 113 —
gody. Cienka warstwa lodu, grubości niewielu milimetrów, pokrywa wówczas skały i czyni je wysoce niebezpiecznemi. O wybijaniu stopni w tak cienkiej warstwie niema oczy¬wiście mowy, również raki mało znajdują oparcia a już zgubnem wprost jest użycie trzewiczków. Najlepsze usługi oddają jeszcze w takich razach ostre, świeżo podkute buty. Zauważyć należy, że oblodzenie napotkać można często w żlebach, także po dłuższej pogodzie, wczesnym rankiem lub w jesieni, gdy temperatura nie jest zbyt wy¬soka. Z reguły musi się z niem walczyć w zimie.
Niepogodzie towarzyszy mgła, która zresztą i przy pomyślnym stanie barometru często się pojawia, jako niewinna i dobrze wróżąca mgła poranna, zasłaniająca widok mgła południowa, wreszcie jako złośliwie tak zwana „sucha mgła", połączona prawie zawsze z burzą i grado¬biciem. Sama przez się nie stanowi mgła niebezpieczeństwa w tym sensie, aby nie pozwalała ujrzeć następnego kroku. Takie rzeczy czyta się tylko w powieściach; w rzeczywi¬stości nawet podczas najgęstszej mgły widzi się jeszcze zawsze na kilka metrów wokoło. Jeśli więc droga wiedzie dobrą ścieżką, to mgła utrudnia tylko oznaczenie miej¬sca, w którem się znajdujemy. Właściwą przeszkodę w po¬suwaniu się naprzód stanowi ona dopiero, gdy trzeba iść bez ścieżki, zwłaszcza w szerokich dolinach, lub na słabo rzeźbionych ścianach. Jak sobie w takich razach radzić z oryentacyą, będzie mowa w następnym rozdziale.
Zbłądzenie nie jest jeszcze również samo przez się nieszczęściem, jest jednak najczęściej początkiem k a-tastrofy u niedoświadczonych turystów, którzy się lekkomyślnie zapuścili w trudniejsze partye. Tracą oni w takich razach głowę i, nie umiejąc rozróżnić miejsc łatwych od trudnych lub zgoła niemożliwych do przejścia, rzucają się na oślep w krzesanice, gdzie ich czeka zguba.
8

— 114 —
Zdawałoby się, że najprostszy instynkt samozachowawczy powinien ludzi pouczyć, że jedynym sposobem ocalenia się jest siedzieć na miejscu i wzywać pomocy, skoro się samemu nie posiada żadnych danych do odnalezienia wyj¬ścia z takiej sytuacyi.
Skutkiem pobłądzenia zostaje się często zaskoczo¬nym przez noc, która jest niebezpieczniejszym wrogiem niż mgła, często bowiem nie widzi się zupełnie nic. Wszy¬stkie niemal wycieczki tatrzańskie dadzą się odbyć wygo¬dnie w ciągu dnia letniego, jeśli więc noc zaskoczy kogoś niespodzianie w drodze, to jest to — pomijając nadzwy¬czajne wypadki — dowodem, że albo wyruszono zapóźno, albo też towarzystwo — czasem tylko jedna z osób — nie jest zdolna do odbycia danej wycieczki. Jak długo panuje zmierzch i widzi się coś jeszcze, trzeba się starać obyć bez latarki. Oczy przyzwyczajają się bowiem łatwo do ciemności, gdy jednak raz zapalimy, choćby zapałkę, to tracą znowu na czas pewien wrażliwość. Idąc z latarką trzeba ją — z tego samego powodu — tak trzymać, by światło nie padało w oczy. Robienie trudniej¬szych wspinaczek po ciemku jest wprawdzie możliwe, ale w każdym razie bardzo niebezpie¬czne. Jeśli zatem niema niezwykle ważnych przyczyn, któreby nakazywały odbywanie dalszej drogi w tych wa-runkach za wszelką cenę, to należy, będąc zasko-czonym przez noc, przepędzić ją w skałach. W tym celu, gdy się widzi, że nie starczy już czasu na dotarcie do łatwiejszego terenu, dobrze jest jeszcze za dnia oglądnąć się za miejscem odpowiedniem do biwako¬wania. Trzeba by było zaciszne, ochronione od deszczu i spadających kamieni, z dnem możliwie równem. W ra¬zie potrzeby ustawia się z kamieni murek dla ochrony od wiatru. Jeśli jest w pobliżu trawa, wyrywa się ją z ziemią

— 115 —
do wymoszczenia podłogi. Nie zaszkodzi postarać się o za¬pas wody. Zmieniwszy o ile możności koszulę i skarpetki (nic tak nie ziębi jak wilgotna bielizna), wkłada się wszy¬stko, co się ma ze sobą. Płaszcz lub surdut grzeją lepiej gdy się nimi przykryć, niż zawdziane. Buty zdejmuje się i wsadza nogi do wypróżnionego worka (ewentualnie w trzewiczkach). Liną można okręcić kolana, lub podłożyć ją pod głowę, czy pod biodro. Rozporządzając większymi kawałkami papieru, owija się nimi piersi, plecy, nogi. W miejscu eksponowanem trzeba się przywiązać liną do skały, by nie spaść we śnie. Przed udaniem się na spo¬czynek dobrze jest organizmowi doprowadzić jaknajwięcej ciepła w postaci spożytego tłuszczu, słodyczy i t. p. Jeśli się ma odpowiednie odzienie i umie dobrze się. urządzić, to noc taka da się przebyć bez szkody dla zdrowia a nawet względnie przyjemnie. Tylko w razie, gdy jest bardzo zimno, lub gdy się jest lekko odzianym, trzeba zaniechać snu — i dla ochrony przed zmarznięciem, utrzymywać się w ru-chu. Popijanie gorącej herbaty rozgrzewa i usuwa senność.
Omówione tutaj niebezpieczeństwa wypływają z na¬turalnych warunków świata górskiego i chociaż mogą być w niektórych wypadkach przez człowieka przewidziane, to jednak od jego woli nie zależą. Liczniejsze od nich i bar¬dziej w następstwa brzemienne są te, które wypływają wprost z natury człowieka, jej ujemnych właści¬wości. Całkowita nieznajomość niebezpieczeństw górskich i warunków terenu, brak wyrobienia technicznego i zmy¬słu oryentacyjnego, nieostrożność i wysokie mniemanie o sobie, lekkomyślność i zuchwalstwo, póki się czuje bez¬piecznym a tracenie przytomności i tchórzostwo, skoro się groza położenia uwidoczni, oto są zarodki nieszczęśli¬wych wypadków, które niestety przeważająca większość

— 116 —
ludzi po Tatrach chodzących w sobie nosi. Dlatego pier¬wszym warunkiem bezpiecznego uprawiania taternictwa jest umiejętność poznania i sprawiedliwego ocenienia swo¬ich taternickich kwalifikacyj i dostosowania do nich sto¬pnia wycieczek, na które sobie można pozwolić. Ludzie, którzy tego nie zechcą lub nie potrafią przeprowadzić, narażają siebie samych a często także i towarzyszy swoich na zgubę.
Stosunek między trudnościami technicznemi drogi, jej długością, budową, ekspozycyą i ewentualnemi zewnę-trznemi niebezpieczeństwami (kruchość skały) — z jednej strony a sprawnością taternika średnio uzdolnionego do od¬bycia tej drogi — z drugiej, określają to co możnaby na¬zwać normalnym stopniem niebezpieczeń¬stwa danej wycieczki. Ten normalny stopień może być przez rozmaite czynniki obniżony lub podwyższony. Obniża się, gdy rośnie sprawność taternika podejmującego wyprawę, zna¬jomość drogi. Natomiast podwyższa się stopień niebezpie¬czeństwa, jeśli sprawność, uzbrojenie etc. są niedostateczne, dalej w razie niepogody, mgły, oblodzenia, gdy się wycie¬czkę robi przy krótkim dniu etc. Wszystkie te przyczyny podwyższają stopień niebezpieczeństwa w daleko większej mierze jeśli towarzystwo składa się z niewprawnych, niż gdy jest złożone z doświadczonych, tęgich taterników. Dlatego bardzo jest niebezpiecznie, gdy początkujący wzbija się w dumę — skoro mu się uda pod dobrą opieką od¬być nawet trudniejszą wycieczkę, jakąś efektowną wspina¬czkę, albo zgoła „bez przewodnika" znaleźć drogę na Za-wrat. Do odbycia jakiejś wycieczki jest się dopiero wtedy naprawdę uzdolnionym, jeśliby się potrafiło odbyć ją zupełnie samodziel¬ni e na wet i w złych w a runkac h. Że dziś wielu ludzi bez najmniejszego uzdolnienia, w towarzystwie podobnych

— 117 —
sobie puszcza się na trudne wyprawy i całą skórę z nich wynosi, to nie świadczy to o niczem innem, jak o pra¬wdziwości pewnego przysłowia.
Jak do niedawna uważano chodzenie bez przewo-dnika-górala za zbrodniczą lekkomyślność, tak dziś każdy turysta jest przekonany, że „jemu" przewodnik jest zu-pełnie zbyteczny. Trudno wobec tego nie przyznać pewnej racyi tym „zacofańcom", którzy winę mnożących się coraz bardziej wypadków przypisują zwyczajowi obywania się bez przewodnika. Trzeba tu jednak usunąć pewne nieporozumie¬nie.Między dobrym prze w o dniki e m za wodo wy m a dobrym taternikiem niema co do sprawności istotnej różnicy. Jakkolwiek bowiem przewodnik za¬wodowy wyróżnia się zwykle siłą fizyczną, wprawą we wspinaniu się, doświadczeniem i znajomością miejscowych gór, to znowu taternik przewyższa go inteligencyą, znajo¬mością literatury, umiejętnością korzystania z mapy, a u nas naogół i znajomością techniki. Dodać jeszcze trzeba, że dobrych przewodników jest mało a lichy przewodnik stoi niżej od przeciętnego taternika. Dlatego mniemanie, jakoby tylko pod opieką fachowego przewo-dnika było się bezpiecznym, nie wytrzymuje krytyki. Ochronny wpływ kiepskiego przewodnika czę¬stokroć na tem tylko polega, że tenże boi się trudniej¬szych rzeczy i temsamem powstrzymuje swego „pana" od narażenia się na niebezpieczeństwo. Jedyna racyonalna za¬sada jest więc ta, aby sobie dobierać dobrych towa¬rzyszy, czy to będą przewodnicy płatni, czy znajomi tater¬nicy. O ile bowiem dobry towarzysz, dając możność za¬bezpieczenia liną, pomocy w razie wypadku etc, umniej¬sza stopień niebezpieczeństwa danej wyprawy, o tyle kie-pski kompanion jest tylko kulą u nogi a często stanowi wprost objektywne n ie b ez p iec zeńs t wo. Chód z enie

— 118 —
samotne podnosi zawsze stopień niebezpie¬czeństwa, nawet gdy się jest wprawnym taternikiem i potrzebuje tylko towarzysza a nie opiekuna. Cóż dopiero u początkujących! Samotne chodzenie usuwa możność zabezpieczania się a temsamem zwiększa niebezpieczeństwo każdego trudnego miejsca. Przytem znalazłszy się samo¬tnie wobec niespodziewanych trudności czy niebezpie¬czeństw, popada się łatwo w stan zdenerwowania, nie¬pewności, prowadzący do nierozważnych kroków. Zaś w razie wypadku samotnik nie może liczyć na pomoc, chyba, że ją szczęśliwy przypadek przywiedzie. Dlatego tak zna¬czny procent nieszczęśliwych wypadków dotyka turystów chodzących samotnie.

VIII. PLAN WYCIECZKI I JEGO PRZEPROWADZENIE.
Powodzenie wyprawy zależy nietylko od nas samych, ale w wysokiej mierze i od doboru towarzyszy, ryzykowną jest więc rzeczą umawiać się na wycieczkę z ludźmi, których kwalifikacye taternickie są nieznane, lub co gorsza znane z nienajlepszej strony. Wprawdzie urzą¬dzając wycieczki zbiorowe, lub też szukając — jak to niektórzy czynią — towarzyszy po drodze jest się do tego zmuszonym, lecz właśnie ten pierwszy rodzaj wycieczek mało ma wspólnego z taternictwem a drugi uważać na¬leży za błędny i niebezpieczny w tym samym stopniu, co naprzykład używanie zbutwiałej liny. Wycieczki, w których jeden z uczestników prowadzi a reszta, znajdując się na poziomie znacznie niższym, odgrywa rolę bierną, uważać należy za mało wartościową formę taternictwa. Powinna ona znajdować zastosowanie tylko tam, gdzie chodzi o wprowadzenie nowicyuszów a więc na wycieczkach ła¬twiejszych. Jak bowiem wspomnieliśmy (p. str. 117), cho¬dzenie z towarzyszem słabszym zwiększa niebezpieczeństwo, jest więc ze strony tegoż wyzyskiem tem znaczniejszym im trudniejsza jest wycieczka. Ideałem składu wycieczko¬wego jest grupa ludzi równej mniejwięcej sprawności, połączonych ze sobą, jeżeli nie węzłami przyjaźni, to przynajmniej znajomości i pewnego zżycia, z których ka-

120 ■-
żdy samodzielnie współdziała w obmyśleniu i wykonaniu wyprawy. Pomijając bowiem względy etyczne, to już pra-ktyczność wymaga, aby towarzysze znali nawzajem swe wady i zalety, tak taternickiej jak i ogólnej natury, ba nawet drobne drażliwości, których nieuwzględnianie pro-wadzićby mogło do sprzeczek i kłótni, gdyż powodów do irytacyi na wycieczce nigdy nie zbraknie. Także i wtedy, gdy się chodzi z fachowym przewodnikiem, najlepiej trzy¬mać się stale jednego i co najważniejsze tak unormować stosunek, aby był on tylko towarzyszem a nie niańką.
Z i 1 u uczestników ma się składać dobry zespół wycieczkowy ?
O niebezpieczeństwach chodzenia samotnego była już mowa (p. str. 118).
Dwu ludzi tworzy do letnich wycieczek tatrzańskich bardzo dobrą całość, zdolną do szybkiego poruszania się w skale a skład taki ma wiele zalet moralnej natury, W razie wypadku jednak, który dotyka jednego z ucze¬stników, nie może towarzysz sam myśleć o transporcie a chcąc iść po pomoc, musi rannego opuścić. Zwłaszcza więc gdy się robi trudne wycieczki w okolicach nieu-częszczanych, lub poza sezonem, bardzo pożądany jest trzeci towarzysz. Może on się i w innych okoliczno¬ściach przydać, naprzykład do ubezpieczenia przy żywej drabinie, na trawersach etc, dlatego liczbę trzech polecić można również, jakkolwiek pociąga za sobą pewną powolność w posuwaniu się. Niedogodność ta występuje tembardziej przy czterech uczestnikach, chociaż ci po¬suwają się na dwu linach (p. str. 90), o ile droga wiedzie ścianą; na grani może się poruszać kilka towa¬rzystw nie przeszkadzając sobie wzajemnie. Ilości tej (czterech) nie powinno się w lecie przekraczać; nawet na łatwych wycieczkach nie trudno w takich razach o strą-

— 121 —
canie kamieni, opóźnianie się poszczególnych osób, które w sumie daje znaczne często opóźnienie całej karawany i wiele innych niedogodności.
Niemniej ważnym czynnikiem jest obok ilościowego i jakościowy skład zespołu (p. str. 117). Jeśli w par-tyi znajdują się początkujący, to w żadnym razie nie po¬winno ich być zawiele. Pod tym względem widzieć mo¬żna rzeczy horendalne: nieraz jeden taternik ciągnie za sobą na sznurku kilku lub kilkunastu „ceprów". Dobrze jeszcze, że w miejscach trudnych winduje ich po kolei. Taka zabawa może się bardzo źle skończyć. Ambicyą ta¬ternika powinno być nie to, by jaknajwiększą liczbę osób z miasta, w najkrótszym czasie, przetransportować przez możliwie trudną drogę, lecz by chociaż jednego człowieka zapoznać „w poważnych zamiarach" z górami i taternictwem.
W układaniu planu wycieczki powinni brać udział wszyscy uczestnicy. Muszą się w tym celu zawczasu za¬poznać z opisami dróg dotyczących w przewodnikach a w razie potrzeby i literaturze oryginalnej. Jeśli chodzi o przejścia szczególnie trudne lub niedokładnie opisane, to nie zawadzi poinformować się u znajomych, którzy je już znają. Unika się w ten sposób kłopotliwych niespo¬dzianek. Plan wycieczki układa się zwykle tak, aby jak-najwięcej nieznanych a godnych poznania szczytów czy dróg zagarnąć, z uwzględnieniem czasu, którym się roz¬porządza i miejsc noclegu. Zwraca się też uwagę na prze¬gradzanie wypraw dłuższych i bardziej męczących — lżej-szemi; w razie potrzeby wsuwa się dzień odpoczynku.
Wycieczki okrężne są znakomitym a przytem zaj¬mującym środkiem do zaznajomienia się z Tatrami; ciemną ich stroną jest konieczność noszenia ciągłego wszystkich prowiantów i przyborów. Później, gdy chodzi o szczegó¬łowe zbadanie jakiejś grupy, wyzyskuje się czas i siły

— 122 —
ekonomiczniej, lokując się na kilka lub kilkanaście dni w jednem schronisku, z którego zwiedza się okoliczne szczyty. Utarł się wśród taterników zwyczaj, że jako stałą kwaterę i punkt wyjścia wycieczek obiera się Zakopane. Chcąc zwiedzać szczyty dalsze musi się z konieczności od¬liczyć dzień na podejście dolinami i przełęczami i tyleż na powrót, nie opłaci się więc robić wycieczek krótszych, niż czterodniowe. Na dzienne pensum obiera się bądźto jeden szczyt, bądź łączy się kilka, często zapomocą przejść granią, tak charakterystycznych dla wypraw tatrzańskich. W każdym razie wycieczka jest piękniejsza, jeśli się wy¬konuje t. zw. przejście, to znaczy obiera inną drogę do zejścia niż do wyjścia. Gdy w programie mieści się nocleg pod gołem niebem, to trzeba stąd oczywiście wy¬ciągnąć niemiłe konsekwencye przy pakowaniu worka. Na wycieczki dłuższe niepodobna jest zabrać wszystkiego ze sobą i trzeba pomyśleć o zaprowiantowaniu się w drodze. Miejscowości położone po węgierskiej stronie nie mają sklepów prawie zupełnie. Źródłem, zaprowiantowania są tam drogie hotele i schroniska, oraz marnie zaopatrzone go¬spody. Po stronie polskiej dostanie dziś już prawie wszystkich zapasów po niewysokich cenach w schronisku przy Morskiem Oku. Potrzebne uzupełnienie można także wysłać z Za-kopanego pocztą do miejscowości na Spiżu, lub przez tra¬garza do umówionego z góry punktu. Tego ostatniego sposobu używał już Chałubiński do zaprowiantowania swej karawany. Worki powinny być o ile możności poprzedniego dnia przed wyruszeniem w drogę spakowane, jeśli się ma wyjść rano. Ciężary wspólne jakoto: liny, haki, apte-czkę, latarki eta, rozkłada się zawczasu w równych c zęś ci ach na wszystkich. Zapobiegnie to nieprzyjemnym wymianom zdań w drodze, taternik jest bowiem bardzo drażliwy na punkcie ciężaru, który ma nieść.

- 123 —
Pogoda nie jest wprawdzie koniecznym warunkiem do wykonywania wycieczek i taternicy w zetknięciu z twardą rzeczywistością „przyzwyczaili się" do chodzenia w deszcz, jednakże zawsze jeszcze dzień słoneczny jest conajmniej miłym dodatkiem, którego się większość niechętnie wyrzeka. Tembardziej, że bardzo trudne miejsca wymagają konie¬cznie suchej skały. Jak zapewnić sobie pogodę na wy¬cieczce — oto poniekąd zagadnienie bytu taternika. Nie¬stety, na pytanie to — jak wiadomo — nic pewnego od¬powiedzieć się nie da. Wprawdzie twierdzą niektórzy, że wystarczyłoby w tym celu wygnać z Tatr tak zwanych „płanetników", jednakże plan ten jest na razie niewyko¬nalny, gdyż dotychczasowe ustawodawstwo nie przewiduje żadnych środków prawnych, przeciw tego rodzaju zbro-dniarzom. Trzeba się więc zadowolić pewną liczbą wska¬zówek i reguł, które się czasem sprawdzają ale i czę¬sto zawodzą. Naogół podnoszenie się barometru poprze¬dza pogodę, jednakże w Tatrach często mamy przy bar¬dzo Wysokiem ciśnieniu i wschodnim wietrze, przez wię¬kszą część dnia, t. zw. suche mgły (p. str. 113). Nato¬miast bardzo często przy średniem ciśnieniu i zachodnim wietrze jest pogoda bez zarzutu, coprawda niezbyt długo. Nie odnosi się to do zimy. Przy stałej pogodzie poja¬wiają się przed południem kłęby białych obłoków (kumu-lusy), które popołudniu rzedną i znikają pod wieczór. Jeśli przytem panuje cisza a powietrze jest parne,to spodzie¬wać się trzeba miejscowej burzy popołudniowej. Mgła po-ranna, która z nastaniem dnia opada, tworząc na dolinach „morze mgieł", jest — jak wiadomo — dobrym znakiem. Źle wróży natomiast, gdy wschód jest zupełnie czysty i ru¬miany a niedługo potem pojawiają się chmurki ciemnej barwy, lub gdy takież chmurki ukazują się wieczorem po dniu pogodnym. Wiatr zrywający się nad ranem lub rano

— 124 —
a znikający około południa — jest częstym objawem po¬gody. Niepogodę przynosi natomiast najczęściej wiatr, który zaczyna się podnosić popołudniu. Dłuższą niepogodę powoduje z reguły przejście zniżki ciśnienia, czyli cyklonu. Pierwszym objawem nadchodzenia zn:żki są pie¬rzaste chmurki (cyrrusy) wychodzące z zachodniej półkuli nieba; wyprzedzają one niepogodę na dwa do trzech dni. Potem rozpoczyna się silne spadanie barometru. Koniec zniżki cechuje się obniżeniem temperatury. Po spadnięciu śniegu następuje tedy pogoda zwykle, ale niezawsze. Gó¬rale mówią wówczas, że trzeba czekać „do trzeciego śniegu". Odpowiada to znanej regule meteorologicznej, że zniżki pojawiają się albo pojedynczo, albo po trzy w kró¬tkich odstępach czasu. W drugiej połowie sierpnia, lub z początkiem września, mamy zwykle w Tatrach kilka lub kilkanaście dni trwający okres deszczów i śniegów, po którym następować zwykła piękna jesienna pogoda. Jeśli góry są bardzo „blizkie" i wyraźne, to pogoda nie trwa dłużej, niż dzień lub dwa. Najczęściej zjawisko to zwia¬stuje wiatr halny, po którego uciszeniu się przychodzi niepogoda. Wiatr halny wieje jednak czasem długo, w je¬sieni całymi tygodniami. Podczas tego szczyty nurzają się w warstwie ciężkich mgieł, nie sprowadzających jednak znaczniejszych opadów. O stałą pogodę w Tatrach w li¬pcu i w sierpniu trudno, natomiast kilkudniowe okresy pogody zdarzają się podczas najgorszego lata. Nie trzeba więc czekać aż się pogoda „ustali", lecz gdy tylko zanosi się na polepszenie, ruszać, nie tracąc czasu, w góry. W Zakopanem znaczną pomocą są dobre prognozy Stacyi Meteorologicznej, utrzymywanej przez Sekcyę Przy¬rodniczą T. T., natomiast telegraficzne przepowiednie Cen-tralnego Zakładu Meteorologicznego we Wiedniu rzadziej się dla Tatr sprawdzają.

— 125 -
Im dłuższy jest i obfitszy program wycieczki, tem trudniej go w praktyce wykonać — choćby ze względu na pogodę, dlatego ważną jest rzeczą umieć go przystoso-wać jaknajzręczniej w czasie wycieczki do okoliczności i nie upierać się przy pierwotnym planie, gdy niema on widoków powodzenia.
Wychodzić trzeba na wycieczkę wcześnie, nor¬malnie między piątą a szóstą, często jeszcze wcześniej. Można wtedy liczyć na widok ze szczytu a w razie nie-przewidzianych przeszkód ma się kawał dnia przed sobą.
Na miejsca odpoczynków dłuższych obiera się brzegi potoków lub płatów śniegu, z których sączy się woda; na ścianach, miejsca zabezpieczone od spadania kamieni (p. str. 103), najlepiej szczyty i przełęcze. Ludzie chytrzy jedzą obiad w miejscu, do którego łatwo się dostać, jeśli nawet schodzi się odmienną drogą. Da się tam wtedy zo¬stawić worki lub część rzeczy przynajmniej, a jeśli się nie ma śniegów do przechodzenia — także buty i czekany. Można się tym sposobem wspinać lekko i swobodnie. Worki i buty ukrywa się w miejscu zasłoniętem od deszczu, spadających kamieni a także słońca, by się żywność nie psuła.
Prowadzeniem wycieczki powinni się dzielić uczestnicy po kolei, najlepiej w porządku z góry umó¬wionym, jeśliby zachodziła obawa nieporozumień. Nie sto¬suje się to oczywiście do towarzystw, złożonych z młodych turystów pod dowództwem doświadczonego i do wycieczek zbiorowych. Również w chwilach niebezpieczeństwa składa się zawsze przewodnictwo w ręce najdoświadczeńszego i najenergiczniejszego. Przy wychodzeniu na skale najtru¬dniejsze i najniebezpieczniejsze zadanie ma pierwszy, przy schodzeniu ostatni.
W krainie lasów i kosodrzewiny mamy w Tatrach wszędzie prawie ścieżki sztuczne lub naturalne, wydeptane

— 126 —
perci. Idąc niemi uważać trzeba głównie na to, aby w miej¬scu, gdzie się ścieżka rozgałęzia, wybrać odpowiedni kie¬runek. W okolicach uczęszczanych wybór ten ułatwiają drogowskazy, gdzie ich niema trzeba sobie dopomódz mapą lub przewodnikiem. W niektórych dolinach ścieżki są tak mylne, że bez wielkiej znajomości miejsca niepo¬dobna się prawie na nich utrzymać. Szczególnie pierwo-bory dolin — Hlińskiej, Koprowej i Cichej — mają pod tym względem ustaloną sławę. Spostrzegłszy, że się zeszło z właściwej drogi, trzeba zaraz zawrócić, dopóki się znowu nie natrafi na ścieżkę. Jeśli mimo poszukiwań nie można dalszego ciągu perci odnaleźć, nie pozostaje nic innego, jak przedrzeć się do potoku i iść wzdłuż niego w górę lub w dół, zależnie od celu drogi. Sposób to niezmiernie uciążliwy, zawsze jednak lepszy, niż błądzenie kilkudniowe po lesie, które niejeden taternik i przewodnik ma w swej karyerze. W krainie kosodrzewu znajduje się perć w podobny sposób. Czasami trzeba, w celu dostania się do wstępu jakiejś rzadziej uczęszczanej drogi, opuścić ście¬żkę i przedrzeć się przez kosówki. Powinno się wówczas z góry wypatrzyć całą drogę, wiodąc ją łożyskami su¬chych potoków i trawami, wolnemi od zarośli. Puszczanie się na oślep w gąszcz kosówki powoduje tylko stratę czasu i sił.
Powyżej wstępujemy zwykle na h a 1 ę. Tu ścieżka najczęściej się gubi, można bowiem iść dowolnie, byle za¬chować ogólny kierunek, co niezawsze łatwo przychodzi n. p. we mgle. Inaczej przedstawia się rzecz na mali¬niakach, przez które niema ścieżki. Tutaj wypadnie nieraz dobrze kręcić, by znaleźć wygodne przejście. O ile możności korzystać trzeba z płatów śniegu, języków i bu-lek trawiastych i wybierać miejsca, gdzie maliniak jest najdrobniejszy. Strzedz się należy zabrnięcia w obszar ol-

— 127 —
brzymich głazów, które wymagają wspinania się, pożera¬jącego czas i siły.
Po przejściu maliniaków dzielą nas już tylko piargi, ewentualnie śnieg, od wejścia w skały. Aż dotąd do oryen-towania się służyć nam mogła mapa. W miejscu, gdzie się zaczynają strome turnie, użyteczność jej maleje, jeśli nie znika zupełnie. Wskazówki co do kierunku drogi do¬starczyć nam może tutaj tylko opis. Chcąc mieć z niego jaknajwiększy pożytek, trzeba jeszcze poniżej wejścia na skały, w miejscu skąd widać dobrze całą ścianę, zatrzy¬mać się i przeczytać go uważnie, starając się wypa¬trzyć i dobrze zapamiętać kierunek drogi, w od¬niesieniu do żlebów, grzęd, płaśni, płatków śniegu i t. p. charakterystycznych szczegółów. Zadanie to jest bardzo uproszczone, jeśli się ma do dyspozycyi rysunek lub fo¬tografię ze szkicem drogi. W przeciwnym razie dobrze jest niekiedy sporządzić sobie samemu — po ustaleniu przy-puszczalnego kształtu drogi — prosty szkic; ułatwi on pó¬źniej oryentacyę na ścianie. Dopiero oznaczywszy w ten sposób miejsce wejścia w skały, podchodzimy pod ścianę. W dalszym ciągu posługujemy się wciąż opisem, starając się przytem obejmować o ile możności kawałek drogi naprzód a nie tylko kilka najbliższych kroków. Na graniach jest oryentacya o tyle łatwiejsza, że ogólny kie-runek drogi jest już przez naturę wskazany. Przy korzy¬staniu z opisów w przewodnikach i innych, pamiętać trzeba, że pochodzą one od wielu taterników i są wskutek tego dość niejednolicie napisane. Jedne omawiają krok za krokiem, gdy inne znów zwracają uwagę tylko na bardziej charakterystyczne miejsca. Na szlakach więcej uczęszcza¬nych kierować się można łatwo z pomocą śladów obuwia a lepiej jeszcze czekanów, tu i ówdzie porzucanych zapa¬łek, papierków, często i kopczyków, któremi niektóre szlaki

— 128 —
są poznaczone. Bardzo przydatny jest aneroid; gdy nastawimy na dole w schronisku, przy stawie po dro¬dze spotkanym lub na przełęczy, wskazówkę na liczbę skali ruchomej, odpowiadającą wzniesieniu danego miejsca (według mapy, przewodnika etc.\ to będzie nam wska-zówka pokazywać w dalszym ciągu każdorazowe wzniesie¬nie, z dokładnością do celów oryentacyi zupełnie wystar¬czającą, nawet przy niepomyślnych warunkach.
W miejscach otwartych najlepiej oryentować się z pomocą wybitniejszych składników krajobrazu. W tym celu idąc jakąś nieznaną okolicą, powinno się co pewien czas przystanąć i, wyjąwszy mapę i przewodnik, starać się zidentyfikować i wbić sobie w pamięć widoczne z da¬nego miejsca — szczyty, przełęcze, boczne granie, stawy, doliny etc. W ten sposób zaznajamiamy się w krótkim czasie nawet z zupełnie nowemi dla nas stronami.
Podczas mgły służy do oznaczenia kierunku drogi kompas. Trzeba go jednak w razie nadejścia mgieł użyć od razu a nie dopiero, kiedy się już przez pewien czas szło na oślep i straciło poczucie położenia i kierunku, gdy się widzi, że mgła nadchodzi, trzeba jeszcze ostatnich chwil, w których coś widzieć można, użyć do zapamięta¬nia sytuacyi. Idąc we mgle jest się narażonym na wielkie złudzenia: przedmioty blizkie wydają się dalekimi i ura¬stają do potwornych rozmiarów, teren nachylony zdaje się być równym i odwrotnie. Przy używaniu kompasa trzeba pamiętać, że w Tatrach deklinacya wynosi tylko 6 stopni, podczas gdy większość przyrządów przesuwa strzałkę o kil¬kanaście stopni na zachód. Również trzeba igłę trzymać w dostatecznem oddaleniu od przedmiotów żelaznych (cze¬kany !). Dokładnie według kompasa zoryentowana mapa, poucza nas o położeniu części krajobrazu, których nie mo¬żemy widzieć. Dopomaga to do odszukania drogi w doli-

— 129 —
nie i na rozgałęziających się graniach a także — do pe¬wnego stopnia — na mało stromych ścianach.
Najważniejszym warunkiem do odnalezienia i utrzy¬mania właściwej drogi jest nieustanna uwaga i za¬stanowienie. Nawet w miejscach, gdzie droga jest łatwa i wyraźna, nie powinno się iść bezmyślnie przed siebie, lecz przeciwnie zwracać baczną uwagę na charakterysty¬czne szczegóły terenu, wbijać je sobie w pamięć. W ten sposób nabiera się tej, zdumiewającej laika własności roz¬poznawania raz widzianych miejsc po latach, dostrzegania zmian i śladów zwierząt czy ludzi. Tembardziej konieczna jest taka praca umysłu w terenie trudnym. Bowiem opis drogi, choćby najdokładniejszy, nie może i nie powinien zastępować samodzielnego myślenia, które musi być najwyższą instancyą taternika.
Najpełniejszym objawem tej samodzielności jest wy¬szukiwanie nowych dróg. Niestety w Tatrach ilość po¬ważnych problemów (p. str. 69) zmalała prawie do zera tak, że dzisiejszy taternik nie ma już sposobności do roz¬winięcia działalności w tym kierunku. Każdy jednak, nawet bez zamiaru robienia nowej drogi, znaleźć się może w po-łożeniu, gdzie sobie musi poszukać przejścia nieznanego jeszcze, czyto np. zmuszony zejść z grani w dolinę przed wydostaniem się na szczyt, czy przy łączeniu dwu wycie¬czek dla skrócenia drogi, przy poszukiwaniach w razie wy¬padku etc. Przytem uważam, że nawet dla tego, kto ma chodzić wyłącznie znanymi szlakami, korzystne jest zapo¬znanie się z zasadami, które wiodły — często instyn-ktownie — pierwszych zdobywców. Znajomość tych zasad pomaga z jednej strony przy odszukiwaniu znanych przejść a z drugiej — przyczynia się niewątpliwie do głębszego zrozumienia istoty problemu.

— 130 —
Z tego, co powiedzieliśmy w rozdz. V. (str. 68 n) wynika, że wyszukanie drogi polega na znalezieniu przej¬ścia, najlepiej — w określonym zakresie terenu — prowa¬dzącego do danego celu. Jeżeli celem tym jest — jak naj¬częściej bywa—wyjście na szczyt*) a terenem cała jego po¬wierzchnia, innemi słowy, jeżeli chodzi o wyszukanie drogi na szczyt dotąd niezwiedzony, to zadanie będzie z reguły łatwiejsze. Każdy bowiem szczyt posiada ściany czy granie dostępniejsze od innych, które się wtedy logicznie jako drogę obiera. Tego rodzaju zadania rozwiązywano w po-czątkach taternictwa, nic też dziwnego, że drogi przez da¬wnych taterników robione nie były najeżone trudnościami technicznemi, bo to nie było konieczne. Nie dowodzi więc bynajmniej braku inicyatywy i śmiałości, że pionierzy taternictwa chodzili drogami, które dziś za łatwe lub naj¬wyżej średnio trudne uważamy, ale świadczy właśnie, że nie brak im było zdrowego instynktu taternickiego i po¬czucia problemu. Oczywiście zdarzało się nieraz, że drogi najłatwiejsze odnajdywano później, czyto, że były trudne do wyszukania, czy dlatego, że prowadziły z dolin mało uczęszczanych. Dzisiaj te podstawowe problemy, jakimi były wyjścia na niezwiedzone szczyty, są już w Tatrach bez wyjątku rozwiązane. Współczesne zadania powstają przez zacieśnienie zakresu terenu, jakim ma wieść droga. Chodzi w nich o wyjście na szczyt daną granią lub ścianą. Uczuciowe uzasadnienie leży w zjawisku, że tensam szczyt przedstawia się z różnych stron jako odrębna indywi¬dualność. Problemy tego rodzaju pojawiały się już sto¬sunkowo dawno, jeszcze przed wyczerpaniem się zapasu
*) Wyjście na szczyt uważa się tylko wtedy za dokonane, jeśli osiągnięto najwyższy punkt; zwiedzenie przełęczy, gdy przedostano się z jednej strony grani na drugą.

— 131 —
niezwiedzonych szczytów. Polscy taternicy starali się na-przykład na wszystkie szczyty wychodzić od strony pol¬skiej a pobudzały ich do tego nietylko motywy uczuciowej i praktycznej natury, ale — jakbyśmy dzisiaj powiedzieli — sportowej, ile że północne ściany są w Tatrach z reguły stromsze i trudniejsze. Dziś już wiodą prawie wszystkiemi ścianami i graniami drogi na szczyty Tatr. Dalsze więc wytwarzanie się problemów mogłoby tylko iść, albo drogą obierania sobie nowych celów, pod formą coraz mniej znacznych turniczek i przełączek, albo zakreślaniem coraz szczuplejszego terenu, t. j. żądaniem wyjścia na szczyty zwiedzone, już nie daną ścianą, ale pewną jej częścią np. jakimś żlebem, żebrem, zachodem i t. d. Ma to sens tylko wtedy, gdy ta część wyprowadza rzeczywiście na szczyt. Można wreszcie szukać nowych, całkowitych lub częścio¬wych (waryanty) rozwiązań starych problemów pod formą przeprowadzania zwiedzonemi już ścianami, czy graniami, dróg łatwiejszych, prostszych lub dokładniej odpowiadających warunkom (przejścia „ściśle" granią).
Wartość tych wszystkich problemów i ich rozwiązań jest bardzo różna i do pewnego stopnia względna. Faktem jest, że dzisiejsze problemy tatrzańskie wartości od¬krywczej nie mają, mogą natomiast mieć wartość „praktyczną", lub taternicką. Praktyczną wartość ma każda droga łatwiejsza, bezpieczniejsza lub wygodniej¬sza niż inne, wiodące do tego samego celu. Taternicką wartość ma każda droga piękna. Jak wszelkie piękno, tak i piękno drogi tatrzańskiej jest pojęciem trudnem do bezwzględnie prawdziwego określenia. Niemniej większa część taterników zgodzi się zapewne na to, że droga — by była piękną — musi być przedewszystkiem lo-giczną, to jest mieć cel naturalny, niewymuszony i jak-najlepiej mu odpowiadać. Powinna dalej być w całości

— 132 —
prosta, ale w szczegółach urozmaicona, wieść o ile mo¬żności po skale i dawać w ten sposób możność przyje¬mnego wspinania się; trudności jej powinny być rozłożone harmonijnie na cały przeciąg. Do tych kryteryów techni¬cznych dołączyć trzeba jeszcze postulaty estetyczne, doty¬czące krajobrazowej piękności drogi.
Wszystkie te warunki nieraz sprzeciwiają się sobie częściowo i w tem leży sztuka, by umieć je pogodzić *). Ujawnia się w tym kompromisie to, co nazywamy dobrym stylem, natomiast zacięta skrajność prowadzi przy rozwią¬zywaniu problemów do wyników śmiesznych. Niema prze¬cież sensu, gdy ktoś mozoli się na ostrej grani, mogąc
0 trzy metry niżej przejść bez użycia rąk, lub gdy, za¬
miast iść po piargu, pokonywa o kilkanaście metrów obok
przewieszki. Takie „problemy" mają wartość w szkółkach
wspinania lecz nie w górach wysokich.
Po tych uwagach będziemy się starali podać kilka wskazówek, które przy odnajdywaniu przejść sta¬rych i szukaniu nowych mogą być pomocne.
Największe trudności spotykamy na ścianach stro¬mych i słabo rzeźbionych, trzeba więc do przejścia wy¬bierać miejsca bardziej połogie i poszarpane. Przy ocenianiu stromości kierujemy się oświetleniem i perspe¬ktywą. Jest się przytem narażonym na dość wielkie złudzenia, gdyż n. p. ściana, oglądana wprost wydaje się bardziej stroma i płaska niż z boku. Patrząc z góry
1 z dołu widzimy wszystko w skróceniu, a więc mniej
strome. Objektywne, ale dość ogólne wskazówki co do
nachylenia daje nam, dla niezbyt stromych ścian, dobra
mapa warstwicowa. Z reguły jest nachylenie tam naj-
*) Czasami jest to niemożliwe. Są n. p. ściany czy granie, któremi pięknej drogi poprowadzić niepodobna.

— 133 —
mniejsze, gdzie skała najniżej schodzi w piarg. Najłatwiej¬sze części stanowią zwykle wszelkiego rodzaju zagłębienia, jak żleby, rynny, kominy. Po nich idą granie, żebra i grzędy, zaś otwarta ściana bywa zwykle najtrudniejsza i najmniej sposobna do zabezpieczania. Bardzo dobrze uwidaczniają się szczegóły ściany, jeśli leży na niej młody śnieg. O tem, czy miejsce jakieś jest obfite, czy ubogie w chwyty, trudno napewno z oddalenia orzec. Jeśli war¬stwy spadają od skały (p. str. 68), to miejsce jest w rze¬czywistości trudniejsze, niż się wydaje; odwrotnie ma się rzecz, gdy warstwy spadają ku skale. Ten drugi rodzaj uwarstwienia jest wogóle bardzo korzystny i trzeba go
0 ile możności wyzyskiwać (por. rys. str. 67). Jeśli więc,
idąc z jednej strony grani lub żebra, napotkamy złe uwar¬
stwienie, to z drugiej będzie zapewne lepiej. Ważnym
warunkiem jest tęgość skały. Miejsca kruche najczęściej
już zdała dają się poznać po białawej, żółtej lub czerwo¬
nawej barwie, odmiennej od otoczenia. Mchy i skąpe
trawki porastają również na. kruchem i łatwo wietrzejącem
podłożu. Natomiast szorstkie porosty i ciemna barwa skały
znamionują zwykle tęgi granit. Spotyka się je tak często
pod szczytami i na graniach. Samo dno żlebów i rynien,
nie zasypanych piargiem, rzadko kiedy jest łatwe do przej¬
ścia, skały są tu bowiem wygładzone przez wodę. Tru¬
dności grani nie dadzą się z daleka, nawet w przybli¬
żeniu, ocenić. Wyglądają one najczęściej bardzo groźnie,
gdy tymczasem rzeczywistość okazała, że wszystkie główne
1 boczne granie tatrzańskie są możliwe do przejścia z wy¬
jątkiem może małych kawałków. Trudności grani nie za¬
leżą w tym stopniu od ich nachylenia, co od ostrości. Jest
przytem rzeczą ciekawą, że największą przeszkodę stanowią
zwykle poziomo biegnące, ostre granie.

— 134 —
Umieszczenie tutaj tych kilku wskazówek niema bynajmniej na celu zachęcania kogokolwiek — zwłaszcza początkującego — do szukania nowych przejść. Liczba poważnych zagadnień, pozostałych do rozwiązania jest tak mała a zasób poznanych przejść tak bogaty, że ambitny taternik zrobi najlepiej, jeśli postara się zaznajomić na-przód z tem, co znajdzie w przewodnikach. Samodzielne, a tylko takie ma przecież wartość, odszukanie pięknej, nowej drogi, wymaga najmniej kilkuletniego przygotowania.

Za zimowe uważa się zwykle wycieczki podejmowane w czasie od początku grudnia do końca kwietnia. W pra¬ktyce podział ten okazuje się często zamało elastycznym. Czasem bowiem wycieczki odbywane w marcu mają cha¬rakter letni a natomiast w środku lata spotkać można warunki zimowe. Co więcej, jedna i tasama wycieczka może mieć charakter mieszany. Wyobraźmy sobie bowiem, że z wiosną, po dłuższym okresie pogody, przechodzimy jakiś szczyt tatrzański w kierunku z północy na południe. Na samym dole śniegu już zapewne nie będzie, wyżej w dolinie spotkamy się z warunkami późnej zimy — zbi-tym, zlodowaciałym na powierzchni śniegiem. Natomiast przy wejściu na ściany północne powita nas prawdopodo¬bnie puszysty, głęboki śnieg, oblodzone skały, mróz, sło¬wem zima — jak w styczniu — w całem tego słowa znaczeniu. Wyszedłszy wreszcie na grań, przekonamy się, że skały jej suche i ciepłe są od słońca jak w lecie. Schodząc ścianą południową doznamy w wyższym może

— 136 —
jeszcze stopniu wrażenia letniej wycieczki. Dopiero w do¬lnych częściach powróci śnieg i nizka temperatura. Po¬dobne stosunki można czasami znaleźć w lecie po wiel¬kich śniegach. Właściwie więc trzeba uważać za znamię wycieczek zimowych — znaczne zaśnieżenie, oblodzenie i nizką temperaturę powietrza.
Początek jesieni jest zwykle w Tatrach pogodny i ciepły i jedynie krótkość dnia daje się nieprzyje¬mnie odczuwać. Pewną niedogodność stanowi, szczególnie po południowej stronie, brak schronisk, zamkniętych już przeważnie o tej porze. Zresztą warunki są z reguły po-myślniejsze niż w lecie. Potem następuje zwykle okres halnych wiatrów. Deszczu jest wtedy mało a temperatura względnie wysoka, jedynie warstwa chmur, otulająca szczyty od pewnej wysokości począwszy, utrudnia oryen-tacyę. Późną jesienią niema zwykle jeszcze śniegu a tru¬dności w porównaniu z latem sprawia głównie oblodze¬nie — zwłaszcza w żlebach i na północnych ścianach występujące, nizka temperatura i krótki dzień. Z począ¬tkiem zimy warunki śniegowe i atmosferyczne są zwykle bardzo niekorzystne. Na zmarzniętem podłożu spoczywa warstwa puszystego, niedającego oparcia śniegu. Przy ni-zkiej temperaturze tężeje on powoli a zanim do tego przyjdzie, następują nowe opady, często bardzo obfite, grożące niebezpieczeństwem lawin (p. str. 141).
Najlepszą do przedsiębrania tatrzańskich wycie¬czek zimowych jest — jak sądzę — pora od połowy lutego do połowy kwietnia. W tym czasie zdarzają się często, zwłaszcza przy Wysokiem ciśnieniu okresy dłuższej pogody, kiedy śnieg jest tęgi, bezpieczny a skały względnie suche. Ułatwia chodzenie silna insolacya i długość dnia. W kwie¬tniu staje się pogoda zwykle chwiejna, mamy naprzemian od¬wilże i gwałtowne śnieżyce, co sprowadza niebezpieczeństwo

— 137 —
lawin (p. str. 142). Natomiast później jeszcze, w maju lub czer¬wcu, przychodzą zwykle znowu okresy pogodne. Warunki na szczytach są teraz przeważnie letnie, zato w dolinach leżą masy twardego śniegu, które ułatwiają komunikacyę zasypując piargi i maliniaki.
Powyższy szkic stosunków klimatycznych Tatr, skre¬ślony ze stanowiska taternickiego, nie rości sobie oczywi¬ście pretensyi do ścisłości naukowej i jak zawsze w ta¬kich razach, sprawdza się tylko w grubszych zarysach. Aż nazbyt często zdarzają się odstępstwa od niego, krótko¬trwałe—spowodowane zniżkami przynoszącemi w lecie śnieg a w zimie odwilż i długotrwałe „anormalne" typy pogody. Jeżeli zdecydowałem się tutaj na podanie tych uwag, opar¬tych wyłącznie na doświadczeniu, to tylko po to, aby ta¬ternikom, wybierającym się po raz pierwszy w Tatry poza sezonem letnim, dostarczyć ogólnych wskazówek. Pozatem każdy dobrze zrobi, jeśli przed wyjazdem postara się o aktualne wiadomości co do pogody i warunków w górach.
Ubranie taternika w zimie niewiele się różni od letniego*). Spodnie sukienne lub struksowe zamiast man-chestru, pod kurtką kamizelka z wełny lub wielbłądziej sierści, dolne części bielizny wełniane, czapka z grubego sukna do spuszczania na uszy i kark, rękawice w dosta¬tecznej ilości i jakości, to cała różnica. Przy głębokim, mokrym śniegu praktyczne są kamasze do owijania. Dla ochrony przed mroźnym wichrem dobrze się jest zaopa¬trzyć w ubranie z cienkiego, nieprzemakalnego płótna lub batystu gumowego (nie żywicznego!), składające się z lu¬źnej kurtki do ściągania u spodu i takichże nogawic.
*) Obszerne wskazówki o ubraniu, pożywieniu i zacho¬waniu zdrowia na wycieczkach zimowych znajdzie czytelnik w artykule Prof. Dra K. Panka „Hygiena sportu zimowego", Tat. 1907 str. 1.

— 138 —
Z uzbrojenia podnieść należy czekan i raki. Linę zabiera się nawet na takie wycieczki skalne, na któ¬rych w lecie jest z reguły niepotrzebna, długość jej może być natomiast zredukowana, gdyż i tak pora zimowa nie nadaje się do pokonywania trudnych wspinaczek, długich zjazdów etc.
Typowymi składnikami zimowego uzbrojenia są oczy¬wiście narty (karpie), siekiera i łopata, co wszystko było opisane w rozdziale trzecim (str. 38 i 43). Mały zapas gwoździ różnej wielkości, kawałek drutu żelaznego grubo¬ści 1—2 milimetrów, sznurek i łata z białej blachy, uła¬twiają naprawę złamanej narty, worka, czasami i urzą¬dzenia schroniska. Rzetelne usługi oddać może kawał ba¬tystu (p. str. 43).
Pozatem jest treść worka podobna jak w lecie. Z pokarmów wybrać należy do pożywiania się w dro¬dze takie, które dają dużo ciepła a nie wymagają dłu¬giego przyrządzania: słonina, wędzonka, sardynki, sery, cukry, figi, orzechy łuszczone.
Zdania co do użyteczności nart a karpli były w teoryi do niedawna dość podzielone. W praktyce oczywiście zwyciężyły narty tak u nas, jak i w Alpach. I słusznie, gdyż karpie zarówno na szreni jak i w ko¬pnym śniegu są nie do użycia, podczas gdy narty — zwła¬szcza w połączeniu z fokami — dadzą się zawsze zasto¬sować. Nie należy jednak w użyciu nart przesadzać*) i nie trzeba się wstydzić zdjąć je, jeśli teren i warunki są tego rodzaju, że łatwiej czy bezpieczniej idzie się bez nich. Na wyprawach taternickich powinny być narty tylko śro-
*) Trzeba to tembardziej zaznaczyć, że w ostatnich cza¬sach biorą się do wycieczek w terenie trudnym także narciarze nieposiadający taternickiego wykształcenia.

— 139 —
dkiem — jednym z wielu *). Wychodząc z tego założenia nie możemy przyznać słuszności tym, którzy uważają wy¬soki stopień sprawności narciarskiej za konieczny warunek odbywania zimowych wycieczek w Tatry. Do¬świadczenie uczy, że wystarczy do tego celu zu¬pełnie to minimum, jakie się już w kilkudniowym kursie (metodą alpejską) osiąga. Główną wagę położyć trzeba na jazdę pługiem, poprzeczną i obracanie się na stoku. Łuków, jeśli się ich nie umie dobrze, najlepiej w trudnym terenie nie robić, lecz zjeżdżać w zakosy. Oczywiście, że większa swoboda i opanowanie nart pozwa¬lają na zjazd szybki i mniej męczący i są z tego powodu pożądane, ale przyjemność ta nie należy już ściśle biorąc do koniecznych atrybutów wycieczki w góry wy¬sokie. Zdarzają się szczególnie pod koniec zimy okresy, kiedy śnieg jest na wskroś zbity i zmarznięty, wówczas najlepiej jest chodzić w butach tylko lub w rakach. Ta właśnie pora najodpowiedniejsza jest do wypraw skal¬nych.
Ważnem jest, aby wszyscy uczestnicy wy¬cieczki używali równocześnie nart, karpli, albo ra¬ków. Jeśli jeden schodkuje na nartach, drugi grzebie so¬bie stopnie butem, inny znów używa raków, to zespół rozbija się z konieczności, każdy bowiem z tych przyrzą¬dów wymaga innego tempa i innego prowadzenia drogi.
Największe niebezpieczeństwo stanowią na wycie¬czkach zimowych 1 a w i n y. Wiedziano o nich w Tatrach do niedawna niewiele. Tradycya ludowa wymieniała wpra¬wdzie nieliczne wypadki zasypania górali przez „śnieg", lecz bliższych szczegółów brakowało. Dopiero rozwój tu-
*) Z tego względu niema uzasadnienia odróżnianie „pier¬wszych wyjść na nartach" od wyjść zimowych.

— 140 —
rystyki zimowej i narciarstwa pozwolił zebrać potrzebne doświadczenie, niestety już kosztem życia ludzkiego oku¬pione. Okazało się w ostatnich latach, że lawiny są w Ta¬trach przeciwnikiem groźniejszym może, niż w innych gó¬rach skalistych.
Tworzyć się one mogą właściwie wszędzie, gdzie na gładkiem a dostatecznie pochyłem podłożu spoczywa odpowiednia ilość śniegu, nie zrośnię¬tego z temże podłożem. Im większe nachylenie, tem mniej¬szej (na wagę) ilości śniegu potrzeba do powstania lawiny. Trudno więc podać ściśle granice, w których może ona powstać. Obserwowano je już faktycznie na stokach 24-stopniowych a z drugiej strony przy warstwie śniegu nie grubszej, niż kilkanaście centymetrów. Jeśli podłożem, po którem lawina się zesuwa, jest grunt, to mówimy o la¬winie głębokiej, gdy stanowi je zbity, stary śnieg, to lawinę taką zowiemy powierzchowną. Stosownie do wieku materyału lawiny rozróżniamy lawiny ze starego śniegu i z młodego. Można je także dzielić według rodzajów śniegu na lawiny suche (pyłowe) i wilgo¬tne. Między tymi głównymi typami istnieje w praktyce wiele przejść, posiada bowiem śnieg własność występowa¬nia w mnóstwie odmian, które różnią się wielkością i kształtem ziarna, zawartością wody, spójnością i innymi czynnikami.
Wiele zależy od warunków, w jakich odbywał się opad śniegu. Śnieg, który spada na podłoże zmar¬znięte (trawy, skały lub stary śnieg) przy temperaturze poniżej zera, leży zupełnie luźno i gdy go się zbierze za-wielka masa, pod ciśnieniem wiatru lub poruszony, opada jako lawina pyłowa. Jeśli to nie nastąpi, to po pewnym czasie osiada się (zmniejsza swą objętość) i spaja nieco z podłożem. Proces ten odbywa się szybciej i lepiej na

— 141 —
stokach słonecznych, gdzie śnieg taje nieco we dnie i przymarza nocami *). Najlepsze warunki znajdziemy, gdy na podłoże do głębi zmarznięte pada mokry śnieg a w miarę tego obniża się temperatura. Powstaje wów¬czas warstwa spoista o jednostajnej budowie wewnętrznej.
Zawartość wilgoci wpływa z jednej strony na płynność śniegu a z drugiej na jego ciężar wła¬ściwy. Mała zawartość wody zlepia poszczególne ziarenka i czyni śnieg spoistym, natomiast przy wielkiej ilości two¬rzy się ze śniegu papka płynna, niesłychanie łatwo tworząca lawinę. Wpływ wody na ciężar właściwy śniegu jest bardzo znaczny: śnieg przemoknięty waży około dziesięciu razy więcej, niż takasama objętość świeżo spadłego su¬chego puchu.
Do ostatecznego wywołania lawiny po¬trzebna jest pewna przyczyna. Może nią być opad śniegu nadmierny, podniesienie się temperatury (n. p. przy wietrze halnym) lub czasem jej obniżenie, promieniowanie słoneczne, nacisk wiatru, urwanie się nawisu, drugiej la¬winy, lub wreszcie istoty żywe, ludzie i kozice. Te lawiny, których wywołanie związane jest z podniesieniem się tempe¬ratury spadają głównie w najgorętszej porze dnia, to jest między godziną 12-tą a 3-cią, albo z nastaniem wiatru halnego; inne nie mają specyalnej pory.
Lawiny głębokie z młodego śniegu tworzą się najczęściej z początkiem zimy "*) przy wielkich opadach. Zależnie od warunków atmosferycznych są suche, lub mniej czy więcej wilgotne. W pierwszym razie śnieg spadający
*) Promieniowanie przechodzi dość łatwo przez śnieg i ogrzewa go słabo, pochłaniane jest natomiast silnie przez skały i ziemię, które silnie ogrzewa. Dlatego śnieg topnieje od słońca głównie ze spodu.
**) W roku 1912 można je było widzieć już we wrześniu.

— 142 —
wzbija się w powietrze, tworząc tuman pyłu. Lawiny te spadają najczęściej w szerokich a płytkich, trawiastych lub płytowych żlebach.
Lawiny głębokie ze starego śniegu spadają z wiosną pod działaniem ciepła i słońca, również w żle¬bach lub na trawiastych stokach. Płynąc porywają ze sobą ziemię, skały i kosówkę, a że ciężar ich jest znaczny, więc też sprawiają wielkie zniszczenie. W Tatrach widuje się je stosunkowo rzadko.
Częste natomiast są u nas lawiny powierzcho¬wne. Wbrew nazwie grubość ich jest bardzo nieraz zna¬czna a tworzyć się mogą w zimie i na wiosnę, gdy na warstwę zlodowaciałego z wierzchu śniegu — tak zwanej szreni, spadną świeże, niezrośnięte z podłożem masy. Z tego powodu lawiny te nie mają stałych miejsc i two¬rzyć się mogą na każdym stromym terenie, chociażby pod spodem były maliniaki i kosówka, które do powstawania lawin głębokich nie dopuszczają. Gdy zima się ustali i śnieg pokryje jednostajną warstwą nierówności terenu — natu¬ralne hamulce lawin — gdy po odwilży chwyci mróz a na to spadną wielkie masy świeżego śniegu, wtedy rokrocznie spadają w Tatrach olbrzymie lawiny, których szczątki oglądać można jeszcze z początkiem lata. W porze tej nie trzeba się puszczać w góry, ale przeczekać, aż zjedzie w dolinę to co ma spaść, aż się uleży to, co po¬zostało na stoku. Czas potrzebny do tego jest bardzo różny. Przy wielkich mrozach i dwa tygodnie nie wy¬starczą dla stoków północnych. Inny rodzaj powierzcho¬wnych lawin grozi z wiosną, gdy spadły na szreń świeży śnieg rozmięknie pod wpływem słońca lub ciepłego wiatru.
Szczególnym a bardzo dla turysty niebezpiecznym rodzajem lawin powierzchownych są tak zwane deski i tarcze śnieżne.

— 143 —
Deski są to zaspy nawiane przez wiatr na stary, stwardniały śnieg w miejscach zacisznych, często na zna¬cznej przestrzeni. Poznać je można po gipsowej barwie i konsystencyi śniegu. Spadając dzielą się na płaskie ka¬wały o równym przełomie, stąd ich nazwa. Tarcze śnieżne tworzą się również po stronie cienia wiatru, w zagłębieniach i załomach stoków i także ze śniegu na¬wianego na szreń, lecz śnieg ten jest krystaliczny, sypki (nie zbity), z wierzchu pokryty najczęściej skorupką lodu. Gdy się ją w jednem miejscu przerwie, pęka cała a za-wartość wysypuje się, tworząc lawinę pyłową. Zarówno deski jak i tarcze śnieżne są to niejako miny, założone przeciw taternikowi. Powoduje on sam spadek lawiny, gdy ją przetnie śladem nart lub w inny sposób jej równowagę naruszy. Często padają ofiarą tych lawin kozice, które mają zwyczaj chodzić w kółko tym samym śladem.
Podstępnym i niebezpiecznym wrogiem są lawiny i nieraz nawet doświadczeni padają ich ofiarą. Lepiej więc być w zimie raczej zabardzo, niż zamało ostrożnym. Prze-dewszystkiem nie trzeba się puszczać w góry po obfitym śniegu, lecz przeczekać aż się osiędzie i stężeje. Proces ten postępuje szybciej pod koniec zimy i na stokach sło¬necznych, które też są z reguły bezpieczniejsze jak długo nie jest tak ciepło, że mogą powstać lawiny z mokrego śniegu. Idąc należy unikać miejsc zagrożonych. Takiemi są nietylko same stoki, na których może powstać la¬wina, ale i części położone niżej, a więc stopy gór i wą-zkie doliny. Szczególnie niebezpieczne są strome stoki tra¬wiaste i płytowe, płytkie żleby i kotły. Sondowanie cze¬kanem poucza nas o grubości pokładu, jakości śniegu i podłoża, dalej o istnieniu przegradzających pokładów szreni, które jak mówiliśmy szczególnie się do tworzenia lawin przyczyniają. Kosówka zabezpiecza wprawdzie od

— 144 —
lawin głębokich, nie uniemożliwia jednak lawin powierz¬chownych, owszem sprzyja ich tworzeniu się w niektórych warunkach i nie chroni oczywiście od lawin z góry spa-dających. Siła wielkich lawin jest często tak olbrzymia, że wyłamują lasy na głębokość kilkuset metrów a w wą-zkich dolinach wybiegają na stoki przeciwległe. Bezwzglę¬dnie bezpiecznym jest się tylko na dnie szerokich do¬lin, w głębi wysokopiennego lasu, na graniach i wybitniejszych grzędach, tudzież u stóp i na ścia¬nach tak stromych, że śnieg się na nich nie trzyma, lub mało pochyłych a silnie w kierunku poziomym rzeźbionych. Miejsca wystawione na działanie wiatru mają zwykle cienką powłokę śniegu i są wtedy bezpieczne.
Przecinanie pola lawiny śladem nart jest najle¬pszym środkiem do jej wywołania; przytem narty na no¬gach utrudniają wyratowanie się z mas płynących, gdy wypadek nastąpi. Dlatego, jeśli nie można uniknąć prze¬chodzenia miejsc podejrzanych, trzeba to robić bez nart, stawiając duże i silne kroki. Następni powinni wstępować dokładnie w ślady prowadzącego; tak więc stok będzie tylko przekłuty a nie przekopany, a śnieg zbity pod naci¬skiem stąpnięć przyczyni się do utwierdzenia warstwy gór¬nej z podłożem. Daleko bezpieczniej jest przechodzić pole lawiny w kierunku spadku, niż w poprzek. Zjeżdża¬jąc szerokimi, podejrzanie wyglądającymi żlebami (czego czasem uniknąć nie można), nie używa się łuków, gdyż narty wywierają na zakręcie wielki nacisk na śnieg a prócz tego przychodzi w tych miejscach do zwolnienia tempa. Zjeżdża się zakosami, starając się przebyć niebezpie¬czny obszar możliwie szybko i, lekko (foki zdjąć, nie płużyć!) a zatrzymując się tylko do obrotu na brzegach, pod osłoną skał, na grzędach etc. Upadek w takich ra¬zach może mieć zgubne następstwa.

— 145 —
We wszystkich wypadkach, kiedy się ma do czynie¬nia z terenem podejrzanym, którego obejść nie można, idą uczestnicy wycieczki osobno, nie związani liną, w dużych odstępach, na końcu ten, który niesie łopatę. W razie zasypania jednego przez lawinę mają pozostali możność natychmiastowego niesienia ratunku.
Lawiny spadają z rozmaitą szybkością, suche błyskawicznie, wilgotne czasami względnie powoli. W pier¬wszej chwili jednak jest ruch zawsze stosunkowo powolny tak, że nieświadomemu niebezpieczeństwa może się wydać czemś zupełnie niewinnem. Jeśli turysta spostrzeże obsuwanie się śniegu, płynięcie, lub usłyszy charakterystyczny huk powstającej lawiny, to niechże nie czeka, aż pęd jej na-rośnie do potwornych rozmiarów. Mając narty na nogach trzeba w mgnieniu oka, w jaknajwiększym pędzie sta¬rać się zjechać w bok z drogi lawiny. Czasami udaje się to. Nawet gdy się już płynie z lawiną, można zapo-mocą ruchów ciała, naśladujących pływanie, starać się wydostać poza jej obręb lub przynajmniej utrzymać na po¬wierzchni śniegu. Narty na nogach są w takiej chwili najgorszem nieszczęściem, niestety na zerwanie ich niema najczęściej czasu. Niektórzy polecają dlatego luźne przy¬pinanie uprzęży w miejscach podejrzanych. Z lawin po-wierzchownych, niezbyt wielkich, można się uratować przez utwierdzenie czekana lub kija w spodniej, nieruchomej warstwie śniegu. Pozostaje się przez to w tyle, za spada-jącemi masami.
Gdy się mimo wszystko spadło z lawiną, to szansę uratowania się zależą w znacznej mierze od konfigura-cyi terenu, na którym ta spoczęła. Jeśli jest on słabo pochyły w tę samą stronę co stok, na którym lawina powstała, lub poziomy i obszerny, to śnieg rozlewa się płytko na dużej przestrzeni, można się więc łatwo zna-
10

— 146 —
leźć na powierzchni lub blizko niej. Natomiast gdy lawina napotka osiadając przeszkodę w postaci przeciwległego stoku, moreny etc, to piętrzy się, grzebiąc ofiarę głęboko.
Zasypani mogą czasami kilka lub nawet kilkadzie¬siąt godzin utrzymać się przy życiu, chociaż wydoby¬cie się o własnej sile z lawiny możliwe jest tylko wtedy, gdy się leży blizko powierzchni i to niezawsze. Dlatego pierwszą rzeczą, o której ocaleni uczestnicy myśleć po¬winni, jest natychmiastowy ratunek. W tym celu sonduje się najpierw złoże lawiny z pomocą czekanów lub kija w szachownicę w odstępach około 1l-2 metrowych, w celu odnalezienia zagrzebanych. Poszukiwanie to jest bardzo ułatwione, jeśli byli oni zaopatrzeni w sznurki lawinowe. Jest to silny sznur, około 20 metrowej dłu¬gości, zabarwiony trwale na czerwono, który wlecze w miej¬scach niebezpiecznych każdy z uczestników za sobą, przy¬wiązawszy go jednym końcem u pasa. Dopiero jeśli d o-k ł a d n e zbadanie lawiny nie dało rezultatu, należy się udać w dolinę o pomoc. W razie, gdy ocalonych jest kilku, to jednego tylko posyła się z wiadomością a pozostali prowadzą dalej poszukiwania, wiercąc głębsze i obszerniejsze otwory. Do wydobywania śniegu mogą słu¬żyć także narty i czekany. Praca nie jest łatwa, gdyż złoże lawiny jest zwykle bardzo twarde. Odkopanych ra¬tuje się nacieraniem i sztucznem oddechaniem, podobnie jak zmarzniętych (p. str. 148).
Zawisy albo nawisy są to wystające okapy śnie¬żne, które wiatr tworzy na graniach (czasami także w in¬nych miejscach). Zwieszają się one zawsze w stronę prze¬ciwną, niż kierunek wiatru, w Tatrach przeważnie na wschodnią lub północną a wybitnie występują szczególnie tam, gdzie zwrócony do wiatru stok jest mniej stromy. Płaski grzbiet nawisu wydaje się niedoświadczonemu wy-

— 147 —
godną drogą; gdy się nań wstąpi — pęka i powoduje upa¬dek, często całej partyi. Szerokość nawisów w Tatrach rzadko przekracza kilka metrów, a przy falistej budowie grani można ją dokładnie ocenić i trzymać się w razie potrzeby w dostatecznej odległości od brzegu nawisu. Tembardziej trzeba się mieć na ostrożności we mgle! Skuteczną ochroną przed następstwami załamania się nawisu jest uwiązanie się uczestników na linie w 8—10 metrowych odstępach.
Jednem z poważniejszych niebezpieczeństw i prze¬szkodą często nie do zwalczenia jest zimny wicher. Szaleje on czasami na szczytach przy pięknej pogodzie, mimo że w dolinie panuje cisza. Poznaje się z dołu jego obecność tylko po tumanach pyłu śnieżnego nad graniami, które zdała robią wrażenie zamglonych. Ochronę stanowić może nieprzewiewne ubranie (p. wyżej str. 1 37), ale tylko do pewnego stopnia. W połączeniu z nizką tempe¬raturą sprowadza bowiem wicher bardzo łatwo odmroże¬nie twarzy, uszu i nosa a także palców u rąk i nóg, mimo najlepszego ubrania. Dobrym środkiem zapobiegawczym jest natłuszczenie skóry. Ciasne buty lub silnie ściągnięte raki i rzemienie uprzęży, dalej mokre skarpetki, sprzyjają odmrożeniu palców u nóg; mokre rękawice odmrożeniu rąk. Na twarzy poznać odmrożenie po zbieleniu doty¬czącego miejsca, towarzysze powinni więc zwracać na to nawzajem uwagę. W innych miejscach może dostrzedz niebezpieczeństwo tylko sam pacyent po braku czucia i trzeba się pod tym względem kontrolować. Odmrożone miejsce naciera się natychmiast śniegiem, póki nie wróci czucie, wyciera na sucho i smaruje tłuszczem lub lepiej ichtyolem, chroni opatrunkiem z waty, a po dojściu do schroniska pociąga maścią kamforową. Kró¬tkotrwałe powierzchowne odmrożenie nie pociąga za sobą

— 148 —
złych następstw, choć ma przez czas dłuższy skłonność do powtarzania się, natomiast głęboko sięgające, długo¬trwałe odmrożenie powoduje konieczność amputacyi i często zdarza się, że turyści zaskoczeni przez burzę lub noc, przypłacają to utratą członków.
Zdarzyć się mogą również w takich okolicznościach wypadki zamrożenia (zmarznięcia) u turystów, któ¬rzy skutkiem wyczerpania zapadli w sen, zwłaszcza gdy nie byli osłonięci śniegiem, który jako zły przewodnik utrudnia do pewnego stopnia stygnięcie ciała. Przy rato¬waniu zamrożonych trzeba pamiętać, że nie wolno ich wnosić do ogrzanej przestrzeni nagle. Obnażonych z ubrania *) rozciera się w zimnej izbie śniegiem tak długo, dopóki ciało nie odzyska gibkości. Skoro to nastąpi, sto¬suje się sztuczne oddechanie i masaż serca. Do¬piero gdy zjawią się samoistne oddechy, należy chorego okryć zimne mi prześcieradłami i kocami i nacierać, podnosząc przytem zwolna ciepłotę izby. Równocześnie trzeba zastosować środki pobudzające akcyę serca (patrz str. 56).
Do typowych niebezpieczeństw zimowych należy je¬szcze zadymka śnieżna czyli kurniawa, utrudniająca posuwanie się i oryentacyę w wysokiej mierze.
Wogóle jest się w zimie z natury rzeczy bardziej narażonym na zaskoczenie przez noc a z drugiej strony biwak przymusowy w tej porze jest już zawsze rzeczą poważną i musi być bardzo umiejętnie urządzony, jeśli ma minąć bez złych następstw. Najlepiej wybrać w śniegu dół tej wielkości, by właśnie wszystkich pomieścił, z da¬chem naturalnym, utworzonym przez przewieszoną skałę,
*) Trzeba przytem postępować bardzo ostrożnie, gdyż członki zmarzniętych są sztywne i kruche.

— 149 —
lub też zrobionym z batystu rozpiętego na nartach, cze¬kanach etc. i przysypanego z brzegu śniegiem. Dno i ubite ze śniegu ławeczki do siedzenia, wykłada się nartami, uprzężą na dół. Każdy powinien się ubrać, zaopatrzyć jak najlepiej (p. str. 116) i zwalczać senność. Jeśli się ma kieszonkowe budziki, dobrze jest nastawiać je, aby dzwo¬niły co pewien czas.
Wycieczki zimowe wymagają o wiele większego za¬sobu sił i wytrwałości, niż letnie. Często wypadnie brnąć w kopnym śniegu a ciężar worka jest z reguły bar¬dzo znaczny. W wyższym również stopniu potrzeba zdol¬ności oryentacyjnych, gdyż odszukanie kierunku drogi pod śniegiem jest trudne a następstwa zbłądzenia wielekroć niebezpieczniejsze, niż w lecie. W ogólności mo¬żna powiedzieć, że każdy — choćby drobny — wypadek pociąga za sobą wobec utrudnionych warunków poważne skutki. Wymaga więc taternictwo zimowe także większego doświadczenia i większej ostrożności. Z tych samych powodów liczba uczestników powinna być wię¬ksza, zwłaszcza że nie należy się obawiać strącania ka¬mieni. Trzech uczestników uważałbym tu za dolną granicę a czterech wydaje mi się najodpowiedniejszym składem.
Trudności i niebezpieczeństwa wycieczek zimowych zależne są w najwyższym stopniu od pogody i wa¬runków śnieżnych. Dlatego, układając przed wyru¬szeniem plan wyprawy, trzeba być zawsze przygotowa-nym na to, że może nic z całego programu nie da się wykonać albo znowu — gdy szczęście dopisze — daleko więcej, niż się przypuszczało. Pewna elastyczność zamia¬rów i postanowień jest więc konieczna w wyższym jeszcze stopniu, niż w lecie. Wycieczki okrężne są w zimowej po¬rze naogół jeszcze cięższe. Składa się na to konieczność noszenia dużych worków, przeciągania nart przez tru-

— 150 —
dniejsze miejsca na linach i inne niedogodności. Stosunki schroniskowe w Tatrach można dziś nazwać idealnymi w porównaniu z niedaleką jeszcze przeszłością. Wszystkie lepsze schroniska bywają zaopatrywane na zimę w opał i koce a klucze od nich można wypożyczać u zarządów odnośnych towarzystw, względnie u dzierżawców.
Wyruszać na wycieczkę trzeba zawsze bardzo wcześnie, by wyzyskać krótki dzień zimowy; często nawet korzysta się z usług księżyca, dobrze jest więc i z praktycznych powodów i ze względu na niezwykły czar krajobrazu zimowego przy oświetleniu księżycowem — obrać do wycieczki czas pełni.
Drogę w dolinie odbywa się zwykle na nartach, ale tylko o tyle, o ile użycie ich nie powoduje niebezpie¬czeństwa (p. str. 144) i połączone jest z realnemi ko¬rzyściami, jakoto zaoszczędzeniem sił i czasu. Uważam naprzykład, że przechodzenie stromych, eksponowanych stoków, pokrytych szrenią, nie powinno się odbywać na nartach w żadnym razie. Dłuższe zacinanie nart wyczer¬puje ogromnie siły, a w razie obsunięcia się nóg popada się w sytuacyę niebezpieczną. Wybrnąć z niej można nie¬raz jedynie przy pomocy towarzyszy, którzy swymi czeka¬nami muszą podeprzeć zesuwające się narty. Z tego po¬wodu obsunięcie się na nartach jest wypadkiem daleko gro¬źniejszym, niż zwykłe pośliznięcie się na śniegu. Również przy zjeździe w terenie stromym a eksponowanym, kryje się w użyciu nart niebezpieczeństwo, mianowicie wtedy, gdy wskutek nierównomiernego śniegu, wydmuchów, załamującej się skorupy etc. trudno jest uniknąć upadku. We wszystkich tych razach trzeba jechać bardzo p o-woli i ostrożnie, aby nie dopuścić do upadku cięższego, połączonego z utratą kija, albo zgoła z obsunięciem się w przepaść lub uderzeniem o skały. Wogóle przy zjeździe

— 151 —
w terenie wysokogórskim trzeba kłaść główny nacisk na pewność jazdy a nie na jej szybkość lub styl.
Zarówno przy wchodzeniu, jak tembardziej w zje¬ździe, nie trzeba się oglądać na drogę letnią, lecz kiero¬wać przedewszystkiem względem na bezpieczeństwo od la¬win i na uzyskanie możliwie krótkiego i wygodnego do¬stępu — a w powrotnej drodze dobrego zjazdu. Zresztą zakłada się ślad wedle reguł narciarstwa. Doszedłszy pod skały, zostawia się narty wbite w śnieg, jeśli powrót wy¬pada tąsamą drogą. W przeciwnym razie trzeba je nieść lub ciągnąć za sobą. W tym ostatnim wypadku wiąże się je na linie lub mocnym sznurku nietylko za szczyty, lecz dla bezpieczeństwa i za uprzęże, spięte razem. Drugi koniec sznura przyczepia się u pasa. W bardziej stromych miejscach trzeba narty przeciągać na linie, podobnie jak worki w lecie. Często powyżej miejsca, na którem się narty zostawiło, napotyka się głęboki, sypki śnieg, w któ¬rym kopać się trzeba po pas i głębiej. Jest to praca stra¬szliwie wyczerpująca, głównie dla pierwszego, którego to¬warzysze powinni luzować.
Jedną z trudności zimowych, nieznanych w lecie, są strome zmarznięte trawy, pokryte niedającą oparcia warstwą sypkiego śniegu i takież zlodowaciałe dna rynien, żlebków etc. Chcąc bić stopnie musi się wpierw odmieść luźny śnieg, co wiele czasu wymaga. Natomiast miejsca pokryte przymarzniętym do podstawy, tęgim śnie¬giem dadzą się stosunkowo łatwo przejść — nawet przy znacznej stromości. W razie potrzeby wybija się i dla ramion głębokie otwory.
Na trudności partyi czysto skalnych wpływa zima bardzo rozmaicie. Miejsca o grubej rzeźbie jakoto żleby, wielkie stopnie, mogą się nawet stać łatwiejsze; na-ogół jednak śnieg i lód — jak o tem już mówiliśmy

— 152 —
(p. str. 112)— zwiększają techniczne trudności a z drugiej strony mróz utrudnia wspinanie się i manipu-lacye z liną. Z tego powodu zima nie jest odpowiednią porą do robienia bardzo trudnych wspinaczek. Wprawdzie czasami natrafia się na skały suche i ciepłe — zwłaszcza na graniach tak, że nawet można użyć trzewiczków, ale w tym wypadku znowu wycieczka traci zimowy charakter. Styl wypraw zimowych leży w pokonywaniu tru¬dności innego rodzaju. Jedną z największych jest wyszu¬kanie drogi, która ze szlakiem letnim zgadza się zwykle tylko co do ogólnego kierunku, kształtując się w szczegó¬łach odpowiednio do warunków śniegowych. Że te są zmienne, więc każda niemal wycieczka zimowa jest czemś nowem i to stanowi wielki urok zimowego taternictwa. Z drugiej strony, wskutek zmienności warunków i licznych niebezpieczeństw objektywnych, ocena trudności wy¬cieczek nie da się przeprowadzić nawet w przybliżeniu tak, jak w lecie, dzięki czemu problemy zimowe nie przedsta¬wiają podatnego gruntu do rozwoju niesympatycznych form współzawodnictwa.

X. ORGANIZACYA I LITE¬RATURA TATERNICTWA.
Dawnymi laty chodziło się po Tatrach przy spo-sobności pobytu w Zakopanem, po dyletancku i na własną rękę. Dziś jest już taternictwo — podobnie jak alpinizm — niejako zawodem, zorganizowanym i opartym na pewnej sumie doświadczenia i tradycyi, za¬wartej w bogatej literaturze. Taternik, któryby dzi¬siaj stronił od towarzystw turystycznych, a co gorsza nie interesował się literaturą, utrudnia sobie niepomiernie za¬danie i ściąga na się zarzut zacofania.
Towarzystwa górskie mają charakter dość rozmaity. Jedne z nich, oparte o znaczną liczbę członków, wypeł¬niają zadania więcej społeczno-turystycznej natury, pole¬gające na jaknajszerszem udostępnianiu i popularyzowaniu gór. Drugie znów powstały jako zrzeszenia dla pracy w pewnym ściślejszym kierunku (kluby dla turystyki wy-sokogórskiej), lub w pewnych sferach (towarzystwa aka¬demickie). W ostatnich wreszcie czasach, wobec zbyt szybkiego i bezwzględnego wdzierania się cywilizacyi w góry, okazała się potrzeba zakładania towarzystw, ma¬jących na celu ochronę krajobrazu górskiego.
Do pierwszego typu należy u nas Towarzystwo Tatrzańskie z siedzibą w Krakowie (A. Potockiego 4).

— 154 —
Założone w r. 1873, liczy obecnie*), łącznie z oddzia¬łami, 2367 członków. Towarzystwo posiada kilkanaście schronisk — przeważnie zagospodarowanych — i altan, tudzież Dworzec Tatrzański w Zakopanem. Wybudowało, wyznaczyło i utrzymuje własnym kosztem wiele szlaków i dróg w Tatrach. Od roku 1876 (z przerwą od 1889—1891, w której wychodziły tylko „Sprawozdania") wydaje Two corocznie „Pamiętnik", zawierający — obok części sprawozdawczej — artykuły naukowe, tury-styczne i liczne ilustracye. Towarzystwo utrzymuje w Krakowie dla użytku członków bibliotekę i czytelnię. Członkiem T. T. może być każdy. Wkładka wynosi rocznie 6 K; wpisowe 2 K. Członkowie otrzymują bezpłatnie Pa¬miętnik, korzystają ze zniżek w schroniskach, przy zaku-pnie wydawnictw Twa i z innych udogodnień.
Towarzystwo posiada Oddziały i Sekcye **). O d-d ziały: Czarnohorski, Pieniński, Babiogórski i Beskid, działają w myśl statutu Twa w pewnych okolicach Karpat. Sekcye natomiast skupiają członków Twa do pracy w pewnych specyalnych kierunkach, wy¬dzielonych z ogólnych celów Towarzystwa.
Najstarsza z nich — Sekcya Turystyczna założona w r. 1903, liczy członków 115 i jest jedynym polskim klubem taternickim. Celem jej jest krze¬wienie sportu górskiego i praca około rozwoju polskiego taternictwa, ponadto wspomaganie Towarzystwa Tatrzań¬skiego w niektórych czynnościach (p. niżej). Siedzibą Se-kcyi jest Zakopane, tam też w miesiącach letnich urzę¬duje zarząd, utrzymując w Dworcu Tatrzańskim bezpłatne
*) Podane w tym rozdziale daty liczebne odnoszą się do stanu z końcem roku 1912.
**) Przewidziane są również nowym statutem „grupy miej¬scowe". Dotychczas zorganizowała się dopiero jedna w Warszawie.

— 155 —
biuro informacyjne dla taterników, udających się w góry. W innym czasie siedzibą zarządu jest obecnie Kraków (A. Potockiego 4). Od roku 1907 wydaje Sekcya Tu¬rystyczna własny organ. Jest nim 6 razy do roku wy¬chodzący „Taternik",podstawowa publikacya na polu taternictwa. Zamieszcza on artykuły z zakresu historyi, psychologii i techniki taternictwa, opisy wypraw i nowych dróg, kronikę turystyczną, wiadomości bieżące z Tatr, wreszcie referaty z literatury taternickiej. Członkowie Sekcyi otrzymują „Taternika" bezpłatnie, dla nieczłonków wynosi prenumerata rocznie 4'80 K. Prócz tego wydaje Sekcya Turystyczna dzieła z zakresu tater¬nictwa, urządza odczyty i wieczory projekcyjne, utrzymuje bibliotekę i współdziała we wszystkich pracach T. T. w za-kresie taternictwa, jakoto opiece nad przewodnictwem, ro¬botach w Tatrach etc. Sekcya Turystyczna jest klubem zamkniętym o tyle, że przystąpienie do niej zależne jest od przyjęcia przez zarząd Sekcyi — na podstawie kwalifika-cyj tak ogólnej, jak i taternickiej natury. Kandydat na członka Sekcyi winien tedy wykazać, bądź swą przeszło¬ścią taternicką, bądź też — co statut Sekcyi uznaje za równoznaczne — pracami około Tatr na polu naukowem lub artystycznem, swe uprawnienie. Wkładka dodatkowa 8 K rocznie.
Sekcya Narciarska powstała w r. 1912 ze Zakopiańskiego Oddziału Narciarzy, założonego w r. 1907 i liczy obecnie 157 członków. Opiekuje się ona schroni¬skami T. T. w zimie, prócz tego zaopatrzyła dwa pry¬watne schroniska (w Dolinie Kościeliskiej i Chochoło¬wskiej), urządza kursy narciarskie, wycieczki zbiorowe, odczyty i wieczory projekcyjne, wydaje publikacye z za-kresu narciarstwa turystycznego i współdziała w opiece nad przewodnictwem w zimie. Siedzibą Sekcyi jest Żako-

— 156 —
pane (Dworzec Tatrzański). Tamże można otrzymać klu-cze od schronisk i informacye w sezonie zimowym. Członkiem uczestnikiem Sekcyi Narciarskiej może być ka-żdy członek T. T., członkiem czynnym tylko taki, który się wykaże odpowiedniemi kwalifikacyami w zakresie nar¬ciarstwa turystycznego w Tatrach.
Sekcya Przyrodnicza, założona w r. 1911, liczy członków 34. Ma siedzibę w Zakopanem i utrzymuje tamże w Dworcu Tatrzańskim Stacyę Meteorolo¬giczną.
Sekcya Ochrony Tatr powstała w r. 1912 w celu strzeżenia krajobrazu tatrzańskiego i rozwinęła odrazu żywą agitacyę z pomocą wydawnictw, odezw, wie-ców i odczytów. Członkiem może być każdy członek T. T., który zobowiąże się do popierania celów Sekcyi i zostanie przez zarząd przyjęty. Wkładka dodatkowa 1 K rocznie.
Sekcya ludoznawcza T. T. nie stoi z taternictwem w bezpośrednim związku, podobnie jak tworząca się obe¬cnie Sekcya Przyjaciół Zakopanego.
Z polskich towarzystw działają ponadto w Tatrach: Akademicki Klub Turystyczny we Lwowie (3 Maja 10), liczący członków 284 i Sekcye : Krajoznawczo-Turysty-czna (w zawiązku) i Narciarska (65 czł.) Akademickiego Związku Sportowego w Krakowie (Uniwersytet). Oba towarzystwa utrzymują dla swych członków domy noclegowe w Zakopanem, organizują wycieczki zbiorowe i wydają sprawozdania, zawierające także artykuły i wzmianki treści taternickiej.
Polskie Towarzystwo Krajoznawcze w Warszawie po¬siada w swem łonie Sekcyę Miłośników Gór, która zaj¬muje się w pewnej mierze Tatrami. W organie Twa „Ziemi" pojawiają się również artykuły tatrzańskie. Dla zimowej turystyki tatrzańskiej mają także pewne znaczenie:

— 157 —
Tatrzańskie Towarzystwo Narciarzy w Krakowie i Karpa¬ckie Towarzystwo Narciarzy we Lwowie. Oba wydają ilu¬strowane sprawozdania, zawierające część literacką.
Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe w Zakopanem założono w roku 1909 w celu humanitarnym — niesienia pomocy ofiarom wy¬padków górskich. Utrzymuje ono stałą „Straż", złożoną z turystów i przewodników, zaopatrzoną w przybory ra¬tunkowe. Stacye alarmowe oznaczone są tarczą z niebie¬skim krzyżem w białem polu (p. str. 61). Koszta ekspe-dycyi ponosi uległy wypadkowi, lub jego rodzina a tylko w razie zupełnej niezamożności Pogotowie. Wkładka członka 2 K, lokal w Dworcu Tatrzańskim.
Analogiczne stanowisko do T. T. zajmuje po stronie południowej Tatr — Węgierskie Towarzystwo Karpackie (Magyarorszagi Karpategyesiilet), założone w r. 1873. Członków liczy 3321; siedzibą zarządu jest Nowa Wieś Spiska (Igló). Działalność Towarzystwa roz¬wija się głównie w Tatrach, innemi częściami Karpat zaj¬mują się niektóre z jego 10 sekcyj. Sekcya Śląska z sie¬dzibą we Wrocławiu rekrutuje się z żywiołu niemieckiego. Towarzystwo posiada w Tatrach (łącznie z S. Śląską) dwa zagospodarowane schroniska, wybudowało i utrzymuje znaczną liczbę dróg i ścieżek, tudzież wydaje od początku istnienia, w języku węgierskim i niemieckim, Rocznik, zawierający obok części sprawozdawczej artykuły naukowe i turystyczne. Członkiem może być każdy. Wkładka ro¬czna 4 K, w zamian za co otrzymuje się bezpłatnie Ro-cznik i korzysta ze zniżek w schroniskach Towarzystwa.
Węgierskie Towarzystwo Turystyczne (Magyar Turista Egyesiilet) liczące 3146 członków, roz¬ciąga działalność na całe Węgry. Tatrami zajmuje się Sekcya Budapeszteńska (posiadająca schronisko Tery'ego),

— 158 —
tudzież Sekcya Tatrzańska z siedzibą w Kieżmarku. Adres centrali: Budapeszt IV., Aranykez-utca 6. Wkładka roczna 6 K. Członkowie otrzymują organ Twa „T u r i s t a k L a p j a", który jednakże obecnie mało uwzględnia Tatry.
Wybitnie taternicki charakter posiada Budape¬szteńskie Akademickie Towarzystwo Tu¬rystyczne (Budapesti Egyetemi Turista Egyesiilet), za¬łożone w roku 1904 na miejsce Akadem. Sekcyi W. T. T. Liczy obecnie 90 członków. Od lipca 1910 wydaje ono, przy współudziale kilku innych towarzystw, pięknie ilustro¬wany miesięcznik „Turistasag es Alpinizmus", w którym można znaleźć bogaty materyał tatrzański. Pre¬numerata roczna 6 K.
Inne towarzystwa turystyczne na Węgrzech i ich organy zajmują się Tatrami tylko sporadycznie. Tosamo można powiedzieć naogół o organizacyach alpejskich. Je¬dyny wyjątek stanowi O e ster re ichis che r Alpen-club we Wiedniu, którego organ „Oesterreichische Alpenzeitung" podaje od kilku lat stale kronikę tu¬rystyczną tatrzańską, referaty z literatury polskiej i wę-gierskiej a od czasu do czasu i opisy wycieczkowe.
Akcyę ratunkową w razie wypadku w górach prze¬prowadza po stronie spiskiej pogotowie, złożone z przewodników i tury stów, a pozostające pod kon¬trolą towarzystw i pod zarządem Dr. Beli Groó, lekarza klimatycznego w Starym Szmeksie. Po pomoc należy się zwracać bezpośrednio do tegoż, lub też do dyrekcyi naj¬bliższej miejscowości kąpielowej (Szczyrbskie Jezioro, We-sterów, N. Szmeks, Łomnica Tatrzańska). Postanowienia o wynagrodzeniu kosztów ekspedycyi podobnie jak u T. O. P. R. (p. str. 157).
Znajomość Tatr powinna się oprzeć na poważnej naukowej podstawie. Wprawdzie prace z zakresu geografii,

— 159 —
geologii, meteorologii, fauny i flory Tatr rozrzucone są po czasopismach naukowych i rocznikach towarzystw, jednakże na potrzeby taternika wystarczą wiadomości ze¬brane w dziełku W. Kuźniara „Z przyrody Tatr" (Kra¬ków 1910) i poglądach na Tatry w przewodnikach Eljasza i Chmielowskiego (p. niżej). Ktoby się przy sposobności wycieczek chciał zająć badaniem przyrodniczem, otrzyma potrzebne wskazówki i pomoc od wspomnianej Sekcyi Przyrodniczej T. T. Ułatwiają studyum przyrodnicze i etno-graficzne muzea tatrzańskie w Zakopanem, Popradzie i Wielkiej (Felka).
Do szczegółowego zapoznania się z topografią Tatr służą przewodniki i mapy. Polska literatura prze¬wodnikowa tatrzańska jest bardzo bogata i stoi w zu-pełności na poziomie n. p. literatury alpejskiej.
Najstarsze „Przewodniki": Prof. E. Janoty (1860 w swoim czasie znakomity) i X. A. Sutora (1878), po¬dobnie jak i dawniejsze wydania wymienionych niżej, po-siadają dzisiaj tylko znaczenie historyczne. Podobnie Leo¬polda Świerzą „Krótki przewodnik do Tatr", wyd. 2-gie (Kraków 1903). Używany dziś jeszcze gdzieniegdzie, aczkolwiek w handlu wyczerpany, Walerego Eljasza „Ilustrowany przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic", (wyd. 6-te Kraków 1900), posiada bardzo dobry „Pogląd na Tatry" i niektóre piękne opisy i rysunki. Jako pomoc w odszukaniu drogi jest on jednakże zupełnie niewystar¬czający, pisany był bowiem w duchu dawnej epoki dla tu-turystów chodzących z przewodnikiem. Daleko lepszy był pod tym względem Kalendarzyk tatrzański p. t. „Zakopane i Tatry", jakkolwiek obejmował tylko wycieczki bliższe Zakopanemu. (Ostatnie wydanie wyszło w Krakowie, r. 1905). „Zakopane" w wydawnictwie M. Arcta „Ksią¬żki dla wszystkich" Nr. 269 (Warszawa 1905) a zwła-

— 160 —
szcza broszurka reklamowa Kraj. Związku Turystycznego: „Zakopane" (Kraków 1911, także w językach niemie¬ckim, francuskim i angielskim), wystarczają conajwyżej na potrzeby ludzi, pragnących kilka dni spędzić przygo¬dnie w górach z przewodnikiem.
Dla taternika najlepszem źródłem jest znakomity „Przewodnik po Tatrach" Janusza Chmielowskiego. Dotychczas wyszły tomy: I. Część ogólna. Tatry Zacho-dnie (1907), II. Tatry Wysokie od Liliowego po Wagę (1908), III. Tatry Wysokie od Wagi po Polski Grzebień (1912), IV. Tatry Wysokie od Polskiego Grzebienia po Przełęcz Lodową (1910), wszystkie we Lwowie. W prze¬wodniku tym znajdują się dokładne i pewne opisy wszy-stkich znanych przejść tatrzańskich, wraz z datami histo-rycznemi i zestawieniem odnośnej literatury. Na potrzeby tych, którzy zamierzają się ograniczyć do zwyklejszych wycieczek a nie mają czasu, czy chęci, do rozpatrzenia się w bogatym materyale wspomnianego przewodnika, tudzież jako uzupełnienie dla nieopracowanej dotąd części Tatr, nadaje się Mieczysława S wierz a „Przewodnik po Tatrach" (Kraków 1912), obejmujący najgłówniejsze szlaki tatrzańskie.
Dla zimowego turysty, zwłaszcza narciarza, pomo¬cnym być może bardzo dobry „Przewodnik po terenach narciarskich Zakopanego i Tatr Polskich", napisany przez M. Zaruskiego. (Zakopane 1913).
Literatura węgierska posiada tylko jeden przewodnik Dr. N. Szontag h'a, którego ostatnie wydanie, opracowane przez Hr. A. Teleki'ego, opuściło właśnie prasę.
Niemieckich dziełek jest kilkanaście. Nastarsze F. D. Fuchsa, K. Kofistki, A. Hekscha, C. A. Schernera, F. Denes'a i innych, posiadają już tylko z historycznych względów znaczenie. Z nowszych — K. Kolbenheyer'a:

— 161 —
„Die Hohe Tatra" (10. wyd. Cieszyn 1898) — był to swego czasu najlepszy z przewodników, napisany przez sumiennego i gruntownego badacza Tatr; dziś już niewy-starczający. Dr. Posewitz Theodor „Reisehandbuch durch Zipsen, Hohe Tatra u. Zipser Mittelgeblrge" (Buda¬peszt 1898), jest dziś już również przestarzały a przewo¬dnik J. Miille r a „Wegweiser fiir die Hohe Tatra" (Wro¬cław 1905) zbyt pobieżny. Najobszerniejszym i najbardziej nowoczesnym z przewodników niemieckich jest Dra A. Otto „Die Hohe Tatra" (8-me wyd. Berlin 1911/12), który cieszył się do niedawna i wśród polskich taterni¬ków znaczną wziętością. Bezwzględnie biorąc nie można go jednak uznać za wystarczający, nawet dla przeciętnego turysty. Zwłaszcza ostatnie wydania są zlepkiem niejedno¬litych wiadomości i opisów, zebranych bez żadnego wy¬boru, często mylnych lub zgoła zupełnie fantastycznych. Wydane w ostatnich czasach przewodniki: K. Siegmeth'a „Die Hohe Tatra im Sommer und im Winter" (Woerl, Lipsk 1911) i Dr. A. Reichardfa „Die Hohe Tatra u. die Niedere Tatra, nebst einem Ausflug in das Tokajer Weinland" (Drezno 1911), są dla turystyki górskiej bez znaczenia. Wspomniany wyżej przewodnik Szontagh'a, wyszedł również w niemieckiem tłumaczeniu (2-gie wyd. Budapeszt, 1904). Zawiera ciekawe opisy pierwszych wy¬praw zimowych w Tatry. Wspomnieć jeszcze tu należy o broszurce Gy. A. Hefty'ego „Skifiihrer durch die Belaer Kalkalpen" (Kieżmark 1912).
Z map polskich najlepszą jest — o ile chodzi o całe Tatry Wysokie — mapa c. i k. Wojskowego Zakładu Geograficznego we Wiedniu w skali 1:25.000, podług zdjęć z r. 1 896/7, w y d a na przez Tow. Tatrz. z pol¬ską nomenklaturą w r. 1903. Do nabycia w biurach T. T. w Krakowie i Zakopanem, jest dziś na wyczerpaniu.
11

— 162 —
Mapa ta, prócz kilku małych błędów, jest w przedstawieniu terenu rzeczowo bez zarzutu. Niestety nieszczęśliwa maniera austryackich wojskowych kartografów czyni ją mało przej-rzystą, co w praktyce utrudnia bardzo użycie. Pod tym względem lepsza jest J. Chmielowskiego mapa 1:50.000 (Lwów 1907). Podaje ona staranną i kompletną nomen-klaturę i oznaczenie głównych ścieżek, tudzież koty, je¬dnakże z powodu schematycznego rysunku i braku war¬stwie jest niewystarczająca do niektórych celów. Najlepiej może odpowiada zadaniu wydana przez T. Zwolińskie-go (Zakopane 1912) mapa Tatr Polskich w skali 1:37.500; jednakże obejmuje ona tylko część środkową Tatr. Zaletą jej jest czystość i przejrzystość rysunku, uwydatnienie warstwie, tudzież — bardzo dogodne dla chodzących bez przewodnika — oznaczenie ścieżek i zna-kowań. Do Tatr Zachodnich odnosi się, dołączona do I. tomu przewodnika J. Chmielowskiego, szkicowa mapka 1:75.000, która może służyć jako uzupełnienie mapy sztabowej w tejże podziałce.
Węgrzy posiadają tylko jedną mapę Tatr Wysokich (A Magas Tatra turistaterkepe, Budapeszt 1908), w po-działce 1:50.000. Jest to przejrzysta mapka warstwicowa, obejmująca także część Tatr Zachodnich. Z map niemie¬ckich należy wymienić na pierwszem miejscu wojskową w skali 1:25.000, która różni się od wspomnianej mapy T. T. tylko nomenklaturą. Kartę der Central-K ar p a-then 1:75.000, obejmująca całe Tatry i Kartę der Hohen Tatra 1:75.000 (kolorowana) są to mapy oficyalne, wykrojone z odpowiednich arkuszy specyalnej mapy sztabowej. Jako oparte na zdjęciach z r. 1876 nie przedstawiają dziś już należytej wartości, zwłaszcza co do oznaczenia dróg. Dobra jest natomiast wydana przez Dra A. Otto przejrzysta mapka warstwicowa Touristen-

— 163 —
kartę d. Hohen Tatra 1:50.000 (2-gie wydanie, Wrocław 1911).
Większa część wymienionych przewodników dodaje w załączeniu mapki Tatr w małej skali. Są one naogół lichemi przeróbkami mapy 1:75.000 i nie przedstawiają dla taternika żadnej wartości. Wyjątek stanowią dość do¬bre mapki w przewodniku Reichardt'a (p. str. 161).
Zapoznawszy się z terenem taternictwa, możemy przystąpić do poznania jego historyi, techniki etc.
Historya taternictwa polskiego opra-cowana została dwukrotnie. Po raz pierwszy w pięknym szkicu St. Komornickiego (por. odn. str. 2) a nie-dawno obszerniej przez M. Ś wierzą p. t. „Zarys dzie¬jów taternictwa polskiego" (Pam. T. T. 1913). O naj-starszem taternictwie węgierskiem pisał Dr. Th. P o s e w i t z (p. odn. str. 3). Dalszem źródłem do poznania drogi rozwojowej taternictwa są wzmianki, tyczące się pierwszych przejść, a zebrane zwłaszcza w prze-wodniku J. Chmielowskiego, tudzież rozrzucone po cza-sopismach turystycznych i innych opisy wypraw tatrzań-skich, z których ważniejsze będą podane niżej.
Podręcznika taternictwa literatura nasza dotąd nie posiadała. Krótkie wskazówki umieszczone były w prze-wodnikach Eljasza, Chmielowskiego, Świerza i Zaruskiego. Obszerniej opracowane są zasady użycia liny przez Dra R. Kordysa (Tat. 1909 str. 87) i powtórnie przez St. Porębskiego (Tat. 1913 str. 8). Hygiena ta¬ternictwa, tudzież sportu zimowego wyłożona została szcze¬gółowo i z wielkiem znawstwem przedmiotu przez Dra K. Panka (p. odn. str. 49 i 137).
W literaturach obcych mamy zato bogaty wybór dzieł traktujących o zasadach alpinizmu. Jedną z pier¬wszych jest klasyczna książka C. T. Dent'a: „Moun-

— 164 -
taineering", wydana w rozszerzonem niemieckiem tłumaczeniu p. t. „Hochtouren" (Lipsk 1893). Jest to rzecz obszerna i zajmująco pisana, lecz dziś już pod wieloma względami przestarzała. To samo da się powie¬dzieć w jeszcze wyższym stopniu o pracach C. Wilson'a: „Mountaineering" (Londyn 1893); Fioria i Ratti'ego: „II pericoli del alpinismo"; J. Meurer'a: „Katechismus fur Bergsteiger" (Lipsk 1902); „Der Bergsport", Miniatur-Bi-bliotek Nr. 342—345 (Lipsk 1901); J. Meurer'a i J. Rabl'a: „Der Bergsteiger im Hochgebirge" (Wiedeń 1893). Są to wszystko dzieła dziś zupełnie prawie nieużywane.
Znakomitym, jakkolwiek nie obejmuje całokształtu, jest podręcznik Zsigmondy'ego: „Die Gefahren der Alpen", którego 4-te wyd., zupełnie przerobione przez W. P a u 1 c k e'g o (Innsbruck 1908) stoi pod ka¬żdym względem na poziomie dzisiejszego alpinizmu. Do najlepszych podręczników należy J. 1111 i n g e r'a: „H a n d-buch des Alpinismus", Bibliotek fiir Sport und Spiel, Bd. 18 (Lipsk 1913), książka przepojona duchem prawdziwie idealnego alpinizmu. Jest to rozszerzone wy¬danie książeczki tegoż autora p. t. „Alpinismus" Miniatur-Bibliotek fur Sport u. Spiel, Bd 5/6 (Lipsk 1908).
Samej technice wspinania się poświęcona jest bar¬dzo dobra książeczka Fr. NieberTa: „Das Klettern im Fels" (wyd. 2. Monachium 1911), zaś uzbrojeniu broszurka J. Simon'a: „Die Ausriłstung des Hochtouristen" (Monachium 1900). Doskonały wy¬kład techniki znajduje się też w dziełku J. Aichinger'a: „Technik desBergsteigens" (Monachium 1 906). Polecenia godne są również wskazówki o użyciu liny „Die Anwendung desSeiles" (6. w. Monachium 1911), dru¬kowane na kartonie w małym formacie tak, że dadzą się zabierać na wycieczki. Zbiorem różnych wiadomości, po-

— 165 —
trzebnych alpiniście, przyrodniczych, historycznych, techni¬cznych i informacyjnych, jest wydany przez Club Alpin Francais: „Manuel d'alpinisme" (Paryż 1904).
Książeczkę E. K6nig'a: „Alpin er Sport" (Lipsk 1902), jakkolwiek świetnie napisaną, należy czytać z rezerwą z powodu licznych faktycznych i metodycznych błędów. Podobnie dziełko A. Fendrich'a: „Der A 1-pinist" (Stuttgart 1911), odznaczające się zaletami lite-rackiemi obok licznych niedokładności. F. Niedermay r'a: „Der H o c h t o u r i s t" (Wiedeń 1908) przedstawia słabą kompilacyę innych prac.
Wspomnieć tu jeszcze trzeba o podręcznikach nar¬ciarstwa , jako środka pomocniczego zimowego tater¬nictwa. W języku polskim mamy dwie niewielkie broszurki: R. Kordysa: „N arty i ich użycie" (Lwów 1908) i H. Bobkowskiego iM. Zaruskiego: „Podrę¬cznik narciarstwa" (Kraków 1908). Obszerniejsze są podręczniki niemieckie —W. Paulcke: „Der Ski-lauf" (5. wydanie, Freiburg 1913); M. Zdarsky: „Alpine (L ii i e n f e 1 d e r) S k i 1 a u f t e c h n i k" (4. wyd. Berlin 1909); H. Hoeck i E. C. Richardson: „Der Ski und seine sportliche Benutzung" (5. wyd. Monachium 1911); G. Bilgeri: „Der al¬pine Skilauf" (2. wyd. Monachium 1911); A. F e n-drich: „Der S k i 1 a u f e r" (2. wyd. Stuttgart 1909).
Zajmującą i pożyteczną lekturą są dla taternika opisy wycieczek i inne pisma wybitnych taterników i alpi¬nistów różnych epok. Klasycznymi są w naszej literaturze opisy: T. Chałubińskiego (...ł...): „Sześć dni w Ta¬trach", Pam. T. T. 1879; X. J. Stolarczyka: „Wy¬cieczka na szczyt Gierlachu", Pam. T. T. 1876; L. Świe-rza: „Wycieczka na Wysoką", Pam. T. T. 1877; B. Rejchmana: „Wycieczka do Morskiego Oka przez

— 166 —
Przełęcz Mięguszowiecką", Ateneum, Warszawa 1877; „Wśród białej nocy", tamże, 1879; „Wycieczka na Łom¬nicę" (Warszawa 1879); W. EI j a s z a: „Szkice z podróży w Tatry" (Poznań i Kraków 1874) i innych. Na spe-cyalną uwagę zasługują J. Gw. Pawlikowskiego: „Wy¬cieczka na Łomnicę i Szczyt Kieżmarski", Pam. T. T. 1879, a zwłaszcza „Szkice taternickie", Przegląd Zako¬piański 1900.
Z nowszych czasów mamy T. Eichenwalda: „Orlą Pyrcią" Przegl. Zakop. 1902 i liczne artykuły J. Chmielowskiego: „Baranie Rogi i Pośrednia Grań", Pam. T. T. 1902; „W głębi Tatr" tamże 1904; arcydzie¬łem stylu są opisy w dziele St. Witkiewicza: „Na Przełęczy" (2. wyd. Lwów 1906). Artykuły współcze¬snych taterników z lat ostatnich znaleźć można w roczni¬kach Pam. T. T. i Taternika.
Ozdobą literatury taternickiej czasów najnowszych są opisy M. Karłowicza, zebrane wraz z licznemi zdję¬ciami fotograficznemi autora w osobnej książce (Kra¬ków 1910).
Z węgierskiej literatury taternickiej przystępna jest naogół czytelnikowi polskiemu ta tylko część, którą zawie¬rają Roczniki Węg. Karp. Towarzystwa (p. str. 157). Znaleźć tam można wiele ciekawych i pięknych opisów, zwłaszcza z lat dawniejszych.
Bardzo bogatą jest literatura alpejska. Historyę al¬pinizmu zawierają obszerne dzieła: G. Studer'a: „Ober Eis und Schnee" (2. wyd. 3 t. Bern 1896/9); E. Richter'a: „Die E rschliessung der Ostalpen" (3 tomy, Mo¬nachium 1893/4); Dra A. Dreyer'a: „Der A 1 p i n i-smus u. der Deutsche u. Oesterreichische Alpen-Verein" (Berlin 1909).

— 167 —
Klasyczne i godne poznania są książki E. Whym-per'a, A. F. M um mery'ego, P. Giissfeldt'a, L. Norman Nerud'y, E. Zsi g m o nd y'ego, L. Pur-tschellera i innych. Bardzo interesującą, ze względu na najnowsze kierunki w alpinizmie, jest zbiorowa książka p. t. „Empor". Bliższe wskazówki co do literatury al¬pejskiej znaleźć można w broszurce W. R. Rickmers'a: „Einfiihrung in die alpine Literatur" (Monachium u G. Lammers'a 1 904).
W ostatnich czasach zajmowano się żywo zagadnie¬niami psychologii alpinizmu. Pojawienie się broszur H. St e initzer'a: „Zur Psychologie des Alpinisten" (Mo¬nachium 1908) a zwłaszcza: „Sport und Kultur. Mit besonderer Beriicksichtigung des Bergsportes" (Mona¬chium 1910) wywołało długotrwałą dyskusyę; obszerne jej streszczenie podał Z. Czerny p. t. „Zagadnienie sto¬sunku sportu do kultury" w Taterniku 1912.
Bibliografię tatrzańską znaleźć można w następują¬cych publikacyach :
H. Payer: „Bibliotheca Carpathica" Jahrb. Ungar. Karp. Ver. 1874, 1875, 1876 (i oddzielnie Igló 1880); H. Muldner: „Bibliografia Karpacka" Pam. T. T. 1876; T. Janiszewski: „Bibliografia Zakopiańska" Przegląd Zakop. 1899 (i osobne odbicie).
Począwszy od r. 1907, ukazują się referaty ze wszystkich publikacyj, tyczących się tater¬nictwa, tak polskich jak i obcych, w Taterniku (dział „Z piśmiennictwa").

XI. KULTURA I ETYKA TATERNICTWA.
Nakładanie taternikowi pe¬wnych ogólnych norm postępo-wania, przypominanie mu zasad poprawnego zachowania się a na¬wet moralnych obowiązków, za¬wiera w sobie pewną niekon-sekwencyę. Wszakże jedną z roz-koszy życia w górach stanowi poczucie swobody, wolności od tych wszystkich więzów, które w najrozmaitszych kierunkach ograniczają nas w życiu codzien-nem. Wyjaśnienie tej sprzeczno¬ści leży w tem, że z chwilą po¬jawienia się ludzi przestają być góry zupełną pustynią i stają się do pewnego stopnia „miej¬scem publicznem". W miarę ilo¬ściowego rozwoju turystyki dają się coraz dotkliwiej uczuwać przykre strony pobytu większej liczby osób — zwłaszcza w tak małych na obszar górach jak Tatry Wysokie — i dochodzi do objawów, którym w interesie ta-ternictwa należy zapobiegać. Wy¬nika stąd konieczno ść ogra-

— 169 —
n i c z e n i a osobistej swobody a raczej swawoli je¬dnostki, takiego jednak ograniczenia, któreby jaknaj-mniej było odczuwane jako jakiś narzucony z zewnątrz i krępujący przepis policyjny. Da się to osiągnąć, jeśli dotyczące prawidła będą wpajane taternikowi jako powszechnie zrozumiałe i przestrzegane normy, od początku jego działalności. Ucząc się używa¬nia liny, czy czekana, powinien adept sztuki taternickiej równocześnie przyswajać sobie i te zasady, które określają obowiązki kulturalne i moralne w górach, aby stały się jego własnością z przyzwyczajenia. To jest powodem, że rozdział niniejszy jest częścią podręcznika taternictwa.
Jednym z zasadniczych obowiązków taternika jest obowiązek uszanowania pierwotnego cha¬rakteru krajobrazu górskiego — w najszerszem tego słowa znaczeniu. Bezcennemu temu skarbowi grozi dziś z dwu stron niebezpieczeństwo: z jednej przed¬siębiorczość i zachłanność ludzka stara się eksploatować bogactwa naturalne gór, między niemi i te, które należą do najistotniejszych cech gór¬skiego terenu, przez wyzyskanie sił wodnych, budowę dróg, kolejek, hoteli etc, które to inwestycye połączone są często ze zniszczeniem piękna danej okolicy. Temu ta¬ternik jako jednostka skutecznie przeciwdziałać nie może, tembardziej więc powinien popierać działalność to¬warzystw (u nas Sekcya Ochrony Tatr T. T.), które mają za zadanie zwalczać stąd płynące niebezpieczeństwo. Obok tych ludzi, którzy zagrażają Tatrom w imię prze¬mysłu istnieje jednakże cała masa innych szko¬dników, którzy niemniej dzielnie przyczyniają się do zagłady charakteru gór. Są nimi sami turyści. Jedni z braku kultury, inni z nierozwagi i leni¬stwa a imię ich — legion. Świadczą o tem na szczytach

— 170 —
I przełęczach, na brzegach jezior i w otoczeniu schronisk masy papierów najrozmaitszej wielkości i barwy, butelki, słomianki, puszki z konserw i inne odpadki. A owe gło¬śne próbowania echa, przeciągłe „o hej!" lub też nawet strzały „ożywiające" martwotę ciszy górskiej. Czyż mało jest takich, którzy znalazłszy się na miejscu wzniesionem sta¬czają z niego kamienie, lub w radosnem upojeniu zrzu¬cają wypróżnione butelki na głowy przechodzących poni¬żej. Inny znów rodzaj to sentymentalni niszczyciele sza-rotek, krokusów i innych górskich roślin, wyrywanych z korzeniami. Przy tej sposobności wspomnieć jeszcze można o rozwielmożnionym szczególnie w niemieckich górach, a niestety i do nas się wkradającym zwyczaju spacerowania po najbardziej uczęszczanych okolicach w stroju więcej niż dekoltowanym. We wszystkich tych wy-padkach ma taternik szerokie pole do pracy a to w ten sposób, że zacząwszy od siebie i swoich towa¬rzyszy będzie się starał wyplenić wspomniane tu, obrzydliwe nawyczki.
Człowiek jest dla przyrody górskiej zawsze niepożądanym intruzem; powinien się więc tak zachowywać, aby go jaknaj-mniej było znać.
Gdy tak z jednej strony powinien się taternik sta¬rać o nienaruszanie krajobrazu górskiego, to z drugiej niech okazuje swą dbałość tym wszystkim urządze¬niom, k t ó re — zaprowadzone przez ludzi w górach — służą dobru publicznemu. Należą do nich drogi i schroniska. Korzystając ze ścieżek, trzeba uważać na to, by ich nie niszczyć, n. p. przez chodzenie brzegiem, za¬sypywanie piargiem przy skracaniu zakosów etc. Na szczególną pieczę zasługują schroniska, które nie są prze¬cież przedsiębiorstwami na zysk obliczonemi, ale instytu-

— 171 —
cyami, do których towarzystwa nieraz znaczne sumy do¬płacają. Tembardziej, jeżeli są to schroniska niezagospoda-rowane, oddane swobodnemu używaniu, ale i opiece ogółu turystów. Nocując w nich dbać trzeba o utrzy¬mywanie porządku i czystości a w każdym razie przed opuszczeniem schroniska doprowadzić urzą¬dzenie do takiego stanu, w jakim by się samemu chciało je zastać. Odchodząc, drzwi i okna dokładnie zamknąć! Jeśli jest drzewo, należy się z niem obchodzić oszczędnie, jeśli niema, trzeba się samemu postarać o zapas suchych gałęzi — „sucharzy", a nie wycinać koniecznie najładniej¬szych drzewek w otoczeniu. Dobrze jest porąbać wszystko z wieczora, aby potem nie robić w nocy hałasu. Nie trzeba chyba powtarzać, że palenie ławek, okien¬nic, ba — nawet desek z podłogi, jak się to nie¬stety wciąż jeszcze zdarza, jest dowodem zdzicze¬nia. Na niebezpieczeństwo pożaru trzeba zwracać baczną uwagę i odchodząc zgasić dokła¬dnie ogień. Wszak przed kilku laty zgorzało bardzo po-żyteczne schronisko w Niewcyrce wskutek nieostrożności turystów. Jeśli w schronisku znajdzie się więcej osób, to jest rzeczą dobrego wychowania ograniczyć się w używaniu miejsca tak, aby wszyscy się pomieścili. Także i w za¬gospodarowanych schroniskach należą się względy i p o-szanowanie inwentarzowi i współlokatorom. Ludzi, którzy się kładą w mokrem ubraniu i zabłoconych butach na zasłane łóżka, można mimo to stale podziwiać n. p. w schronisku na Hali Gąsienicowej. (Rzecz prosta, że taki pasażer odpocząwszy, idzie potem dalej, nie płacąc ani halerza za użycie schroniska). Między godziną 9 wie-czorem a 7 rano trzeba się w schronisku zachowywać możliwie cicho, szczególnie jeśli się śpi w jednej ubikacyi z innymi. Wielu ludzi ma w takich okolicznościach

— 172 —
dziki zwyczaj głośnego opowiadania uciesznych dowcipów, ziewania, od którego się trzęsie podłoga, nie mówiąc już o rzucaniu butami przy sposobności rozbierania się, świe¬ceniu światła do późnej godziny, co razem zabiera wię¬kszą część nocy. Trzeba przecież pamiętać, że te kilka godzin, któremi się na wycieczkach rozporządza, powinny być użyte na możliwie intenzywny spoczynek.
Ponieważ za pobyt w schroniskach nie opłaca się wstępu a za korzystanie z kosztownych często ścieżek myta, przeto każdy taternik powinien — w za¬mian za korzyści, jakie z tych urządzeń wyciąga, poczu¬wać się do obowiązku opłacania rocznej wkładki do jednego przynajmniej z towa¬rzystw turystycznych, jakie na terenie Tatr pracują.
Obszary Tatr, jak i innych gór, są dzisiaj z małymi wyjątkami własnością prywatną, co pociąga za sobą roz¬maite ograniczenia co do swobody zwiedzania pewnych dolin, korzystania ze ścieżek i t. d. Szczególnie po stronie spiskiej zamknięte są dla ruchu turystycznego duże prze¬strzenie, w sposób dotkliwie dający się uczuć, chociaż w ostatnich latach znać pewną poprawę stosunków. Co-kolwiekby się o uprawnieniu tych zakazów i o potrzebie ich przestrzegania w praktyce sądziło, trzeba pamiętać, że przyczyną ich wydania jest — w części przynajmniej — niekulturalność ogółu turystów, którzy swem zachowaniem się płoszą zwierzynę.
Wspomnieć tu jeszcze należy o kwestyi włamywania się do prywatnych zabudowań, w celu przenocowania w nich. Pod tym względem panują u nas stosunki dość pierwotne, usprawiedliwione chyba tylko brakiem schro¬nisk. Oczywiście, że niepodobna w tensam sposób trakto¬wać rozbicia domku myśliwskiego, z komfortem urządzonego,

— 173 —
co dobrania się do mizernej pasterskiej budy. W każdym razie postępowanie takie da się zasadniczo usprawiedliwić tylko wtedy, jeżeli było koniecznie potrzebne (n. p. w zimie) i jeżeli szkoda wyrządzona przez włamanie została właścicielowi zwrócona, ewentualnie z dołą¬czeniem opłaty za nocleg.
Mnożące się, w miarę ilościowego rozwoju turystyki tatrzańskiej, nieszczęśliwe wypadki w górach wywołały po¬trzebę utrzymywania organizacyj ratunkowych. Cele tychże powinien taternik popierać, choćby z tego powodu, że sam może kiedyś ich pomocy potrzebować. Na tem jednakże nie kończą się jego obo¬wiązki względem ofiar wypadków; w razie potrzeby ma on obowiązek czynnego niesienia pomocy, niezależnie od oficyalnego ratownictwa. Zdarzyć się może często, że podczas wycieczki usłyszymy wołanie o pomoc, lub też w schronisku dojdzie nas wiadomość o wypadku w pobliżu. Trzeba wówczas, nie czekając na Pogotowie, złożyć z obecnych na miejscu, co tęższych, taterników i przewodników *) oddział ratunkowy pod dowództwem naj¬bardziej doświadczonego i ruszyć na pomoc, zabierając ze znajdujących się w schronisku przyborów ratunkowych to, co jest potrzebne. Doświadczenie wykazało, że taki do¬raźny ratunek, chociaż dyletancki, może często więcej zdziałać, niż najlepiej zorganizowane pogotowie po nie-wczasie. Akcyę musi się oczywiście prowadzić ostrożnie
*) Według regulaminu są oni obowiązani do wzięcia udziału w ratowaniu, o ile są bez zajęcia lub mogą swoich tu¬rystów opuścić bez narażenia ich na niebezpieczeństwo. Cza¬sami jednak zapominają o tym obowiązku a wstyd przyznać, że znaleźli się już turyści, którzy swoim przewodnikom nie chcieli pozwolić na wzięcie udziału w akcyi ratunkowej, aby módz dokończyć wycieczki.

— 174 —
i z rozmysłem, aby potem nie było trzeba ratowników „zdejmować" ze ścian.
Mówiliśmy już, że ze względu na możliwość wypa¬dku powinno się przed wyruszeniem na wycieczkę zano¬tować w księdze schroniska jej cel. Zapisanie nazwiska jest pozatem wypełnieniem przepisów meldunkowych, tu¬dzież niejako biletem wizytowym, złożonym gospodarzom schroniska. Dopełnienia tego obowiązku trzeba przestrze¬gać, gdyż ułatwia ono towarzystwu, do którego schroni¬sko należy, kontrolę frekwencyi. Natomiast zapełnianie ru-bryk księgi rozmaitymi utworami liryczno-satyrycznymi jest zupełnie zbędne. Również pozostawiając bilety na szczy¬tach, należy się ograniczyć do zapisków najpotrzebniej-szych. Że w księgach i na biletach należy tylko te wy¬cieczki podawać jako odbyte, które się rzeczywiście zrobiło, jest rzeczą nie tak powszechnie wiadomą i prze¬strzeganą, jakby sobie życzyć można. Jeśli się ogląda bi-lety poprzedników, to powinno się je potem schować równie troskliwie... jak swój własny. Przedstawiają one przecież niemałą wartość, zwłaszcza na rzadziej zwiedzanych szczytach, jako rodzaj kroniki, której strzedz trzeba z pietyzmem.
Są jeszcze inne obowiązki względem ogółu taterni¬ków, zamało niestety przestrzegane. Jednym z najgłó-wniejszych jest dbałość o dobre imię taterni-ctwa. Wystrzegać się powinien taternik wszystkiego, coby cień rzucić mogło na godność taternictwa, pamiętając, że opinia publiczna słabo się orjentuje w tych rzeczach i lubi wypadki sporadyczne uogólniać. Potrzebna jest szczególnie pewna rezerwa w zetknięciu z osobami poza taternictwem stojącemi. Cóż powiedzieć o ludziach, którzy wybierając się na Komin w Strążyskach zapraszają sobie grono widzów. Ale i tacy, którzy paradują z liną i czekanem po Kru-

— 175 —
pówkach, lub przy każdej sposobności opowiadają wszy¬stkim o swych czynach, ośmieszają takiem postępowaniem nietylko siebie samych, lecz niestety i taternictwo. Tater¬nik powinien, jeśli odbędzie wycieczkę ciekawszą, podać jej opis za pośrednictwem fachowych organów do wiadomości ogółu taterników, jednakże rozgłaszanie swych czynów urbi et orbi, jest rzeczą równie niepotrze¬bną jak niesmaczną.
Poważnie myślący taternik nie stara się imponować laikom opowiadaniami o swoich przewagach, z drugiej jednak strony, zapytany o to lub owo, nie zbywa nawet „cepra" pogar-dliwem mruknięciem. Są ludzie, którzy zapytani o trudno¬ści pewnej wycieczki, odpowiadają stale: „och, to jest śmiesznie łatwe", albo — „tam krowa wyjdzie". Pomijam już, że takie „oceny trudności" są objawem głupiej pozy, ale mogą one w dodatku zachęcić niedoświadczonych do po¬dejmowania wycieczek zbyt dla nich trudnych. Jeżeli chcemy początkującemu rzetelnie coś objaśnić, to powinniśmy się w ocenie zbliżyć do stopnia jego sprawności, albo użyć porównania z jakąś znaną mu wycieczką.
Zdarzyć się może, iż dwa towarzystwa pla¬nują przejście tej samej drogi, lub też spotykają się w czasie pochodu. Powinny wówczas tak postępować, aby nie zagrażać sobie nawzajem n. p. przez strącanie kamieni; ewentualnie jedno z nich musi się zatrzymać na pewien czas. Jeśli poruszają się oba w tymsamym kie¬runku, to pierwszeństwo przysługuje temu, które wyszło wcześniej. W przeciwnym razie pierwszeństwo ma towa¬rzystwo wychodzące do góry, któremu taternicy powraca¬jący powinni ustąpić, jako mający więcej czasu, chyba, że teren jest tego rodzaju, że niema miejsca bezpiecznego, w któremby partya schodząca mogła zaczekać.

— 176 —
Nad tem, jakie są obowiązki względem towarzyszy wycieczki nie trzeba się chyba długo rozwodzić. Hasło: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, określa je w pełni. Znakiem widomym tej wewnętrznej łączności jest lina, która towarzyszy łączy w miejscach niebezpiecznych. Jak z tego widać, stosunki między nimi są bardzo ścisłe i muszą się opierać na wzajemnem z a-ufaniu i zażyłości, jeśli nie przyjaźni. Nic dziwnego więc, że taternicy niechętnie widzą obcych w swem gronie i wcale nie okazują się grzeczni wobec natrętów, narzu-cających się na towarzyszy.
Nie od rzeczy będzie wspomnieć o paru drobniej-szych wymaganiach, na które — może dlatego, że są tak drobne i zwyczajne — nie wszyscy zwracają uwagę. I tak mało kto pamięta, że dbałość o osiągnięcie jak-naj większej sprawności podczas wycieczki jest — ze względu na jej powodzenie — obowiązkiem nietylko względem siebie samego, lecz i wobec towarzyszy. Kto n. p. wychodzi na wycieczkę źle uzbrojony lub ubrany, kto w drodze nadużywa alkoholu lub nie śpi po nocach, naraża w. ten sposób wycieczkę na niepowodzenie i krzy¬wdzi swych towarzyszy. Z tego samego względu nie po-winno się w żaden sposób przyjmować udziału w wycieczkach, do których się nie do¬rosło i które się odbywa li tylko dzięki „wydatnej" pomocy towarzyszy. Takie postępowanie jest p a s o-żytnictwem na koszt bezpieczeństwa dru¬gich, wszystko jedno, czy są nimi płatni przewodnicy, czy uprzejmi znajomi. Wycieczka taka nie daje chyba żadnego zadowolenia a tylko conajwyżej zaspokojenie pró-żności, jest więc w wysokim stopniu nieetyczna.
Z drugiej strony niepożądany jest też zbytek samo¬dzielności. Towarzysz, który przy każdej sposobności wie

— 177 —
najlepiej, którędy idzie właściwa droga, nie zgadza się na żadną inną wycieczkę, oprócz tej, którą zaproponował i t. d., jest na dłuższą metę niesłychaną plagą. Wszelkie sporne kwestye na wycieczkach powinny być rozstrzygane drogą porozumienia.
Biorąc udział we wycieczce zbiorowej, 1 u b wogóle prowadzonej przez kogoś d o ś w i a d-czeńszego, musimy stosować się do jego wskazówek i pod żadnym warunkiem nie wolno ni¬komu odłączać się i iść na własną rękę. Także na wy¬cieczkach samodzielnych powinni uczestnicy kierować się życzeniem tego, który daną część drogi w myśl umowy prowadzi. W pracach takich jak przygotowywanie no¬clegu, rąbanie drzewa etc, powinni wszyscy brać udział. Czasami trzeba czuwać na zmianę dla pilno¬wania ogniska, wówczas najlepiej oznaczyć losowaniem porządek, w jakim każdy ma spełniać to zadanie. Metoda ta nadaje się wogóle znakomicie do rozstrzygania drobnych sporów n. p. przy podziale miejsc do spania i t. ■ d.
Jeśli któryś z uczestników jest niedysponowany i go¬rzej idzie, nie powinno się go łajać ani wyśmiewać, lecz starać się ułatwić mu zadanie. W wypadkach depresyi moralnej a nawet fizycznej, nieraz zręczna zachęta może podnieść sprawność w zadziwiający sposób. Nigdy jednak nie powinno się zmuszać towarzysza do wytężania osta¬tnich sił, jeśli to może zdrowiu jego zaszkodzić. Elemen¬tarnym obowiązkiem dyskrecyi jest chyba nierozgłaszanie rozmaitych drażliwych szczegółów o towarzyszach ludziom obcym, nie mówiąc już o bajkach i plotkach. Zasada ta powinna również obowiązywać wobec dalszych znajomych; przestrzeganie jej wpłynęłoby niewątpliwie dodatnio na stosunki osobiste między taternikami.
12

— 178 —
Pozostaje nam jeszcze zająć się tymi obowią-zkami — osobistej więcej natury — które taternik względem społeczeństwa, swej rodziny i siebie samego spełniać powinien. Że taternik ma względem społeczeństwa takie same obowiązki jak każdy inny człowiek było rzeczą do niedawna niepodlegającą dyskusyi. Dopiero w ostatnich czasach — niewątpliwie pod wpływem ogólnej propagandy wychowania fizycznego — powstało w tej sprawie pewne pomieszanie pojęć. Zaczyna się szerzyć zapatrywanie, jakoby taternictwo było źródłem pierwszorzędnych pożytków dla społeczeństwa a oddawa¬nie się mu temsamem rodzajem pracy czy zasługi spo¬łecznej. Tego rodzaju poglądy łatwo wytłumaczyć u mło¬dych, zapalonych wielbicieli taternictwa, stają się one je¬dnak szkodliwą megalomanią, gdy się je zaczyna trakto¬wać poważnie. Trzeba jasno i otwarcie zaznaczyć, że k o-r z y ś c i płynące z taternictwa są bezpośre¬dnio jedynie osobistemi, jako wzbogacenie in-dywidualności i zwiększenie szczęśliwości jednostek-tater-ników. Tylko o tyle społeczeństwo jako całość na tem korzysta, o ile taternicy tę nadwartość moralną na cele pracy społecznie użytecznej obracają. Oddawanie się taternictwu nie jest więc samo przez się żadnym równoważnikiem pracy dla ogółu, d 1 a społeczeństwa. Co więcej, taternictwo jako dążenie jednostki do osobistego rozwoju, kosztem narażania bądź-cobądź życia i zdrowia, sprzeciwia się poniekąd temu przyrodzonemu przykazaniu społecznemu, które żąda za¬chowania zdrowia, sił i życia jednostki jako części spo¬łecznego majątku. Stąd rodzi się podstawowe pyta¬nie, gdzie leży granica przedsięwzięć, da¬jących się wogóle usprawiedliwić; na jak wielkie niebezpieczeństwo wolno się tater-

— 179 —
nikowi jeszcze z czystem sumieniem narażać, a co już musi się nazwać lekkomyślnością, szaleństwem a nawet zbrodnią. Podobnie jak inne zasadnicze zagadnienia tater¬nictwa, tak i to nie da się rozstrzygnąć ustanowieniem jakiejś ogólnie ważnej formułki. Najlepszym dowodem, że wycieczki, które niegdyś uchodziły za szczyt nierozwagi i igranie z losem, powtarzane są dziś powszechnie przez najpoważniejszych ludzi. Chodzenie bez przewodnika, wywo¬ływało dawniej zgorszenie, gdy dziś już nikt ze znających się na rzeczy nie myśli odmawiać tej formie taternictwa uprawnienia, co więcej wyższości pod względem etycznym. Nawet samotne wycieczki mają zwolenników wśród ludzi, których o lekkomyślność bynajmniej posądzać nie wolno. Tymczasem po każdym wypadku w górach podnoszą się głosy szukające „winnych", żądające niemal zakazu cho¬dzenia bez przewodnika, robienia „karkołomnych" wycie-czek, nie mówiąc już o innych humorystycznych pomy¬słach. Oczywiście, że tą drogą do zmniejszenia liczby wy¬padków dojść nie można. Żaden taternik nie wyrzeknie się swych zamiarów dla widzimisię jakiegoś moralisty, ani nie będzie się stosował do cennych rad pierwszego le-pszego dziennikarza. Autor niniejszej książki nie czuje się również uprawnionym do wydawania jakichś konkretnych przepisów dla wszystkich; sprzeciwiałoby się to zasadzie samodzielności, tej podstawie nowoczesnego taternictwa. Jest przecież jedna ogólna wytyczna, której przestrzeganie łączy się z warunkiem umiej ętności, istotną — jak widzieliśmy (str. 9) — cechą taternictwa:
Niech taternik przed każdą wyprawą poświęci chwilę czasu, aby sumiennie i wedle najlepszych sił i chęci p o-znać jej stopień niebezpieczeństwa, rozwa¬żając trudności wycieczki i niebezpieczeństwa zewnętrzne,

— 180 —
tudzież kwalifikacye swoje i towarzyszy. Niech potem przy¬pomni sobie jaka jest wartość życia jego, dla niego sa¬mego i dla drugich i niech teraz osądzi sam, czy stawka nie jest zawielka.
Nie można wymagać od taternika, aby był tchórzem, ale można i powinno się żądać, by sobie zdawał sprawę z tego, co zamierza zrobić. Gdyby każdy chciał i umiał zastanowić się w ten sposób nad uprawnieniem swoich zamiarów, byłoby z pewnością wy¬padków mniej o dziewięć dziesiątych. Bo to, co się nieraz sobie samemu i drugim wydaje zuchwałą odwagą, jest najczęściej tylko nieświadomością niebezpieczeństwa. Wszak głupców jest na świecie daleko więcej, niż bohaterów. Nie wawrzyny wątpliwej wartości powinny być ideałem taternika, ale świadomość, że może przyjąć odpowiedzialność za swoje postępki. I niech pamięta, że nie śmierci w górach ma szukać, lecz życia.

XII. FOTOGRAFIA NA USŁUGACH TATERNICTWA.
Co drugi lub trzeci turysta zabiera dziś w góry apa¬rat fotograficzny, więc jakkolwiek fotografowanie nie jest istotną częścią taternictwa, to może ze względu na tę jego powszechność nie będzie od rzeczy poświęcić temu przedmiotowi kilka uwag przy końcu niniejszej książki. Wydaje mi się to tembardziej wskazane, że w dotychcza¬sowej polskiej literaturze fotograficznej i turystycznej brak dokładnych wskazówek w tym kierunku *).
Ludzie fotografujący w górach dzielą się na dwie kategorye. Do jednej należą foto¬grafowie — zawodowi lub amatorzy, którzy w krajo¬brazie górskim, czy scenach rodzajowych z wycieczek, szukają motywów do swych zdjęć, nie łącząc z tem ce¬lów taternickich. Do drugiej, daleko liczniejszej, tater¬nicy, którzy przy sposobności pragnęliby utrwa-
*) Krótki poradnik w sprawie wyboru aparatu znajduje się w t. I. J. Chmielowskiego „Przewodnika po Tatrach" {Lwów 1907).

— 182 —
lić sobie z przeżytych wypraw ten i ów piękny widok, czy przejście jakiegoś ciekawszego miejsca, lub też zgoła bez żadnych pretensyj do skomponowania artystycznej całości, chcą poprostu skopiować jakiś wycinek terenu, z taterni¬ckiego punktu widzenia jedynie na uwagę zasługujący. Rzecz prosta, że jedna i tasama osoba może w obu tych rolach występować, jednakże nie równocześnie i już orga¬nizując wycieczkę trzeba się zdecydować, jakim celom ma ona służyć.
Rozdział niniejszy przeznaczony jest — z natury rzeczy — jako poradnik dla tej drugiej grupy t. j. dla taterników fotografujących i trzeba pamiętać, że przeprowadzony został z punktu widzenia, który każe cele fotograficzne podporządkować taternickim.
Zaraz na wstępie muszę z naciskiem przypomnieć, że fotografowanie gór jest trudniejsze, pod względem technicznym, niż jakichkolwiek innych mo-tywów. Wpływają na to szczególne warunki oświetlenia i ukształtowania terenu, a także konieczność pośpiesznego załatwiania wszystkich czynności i zaabsorbowanie uwagi stroną taternicką wyprawy. Dlatego potrzeba pewnej wprawy i teoretycznej znajomości przed¬miotu, aby pomimo tych trudności osiągnąć jakie takie rezultaty. Tem się objaśnia, że — mimo rzeszy fotografują¬cych w Tatrach — tak mało widać naprawdę dobrych zdjęć a i te najczęściej tylko przypadkiem „udały się". Niech się więc nikt nie zabiera do fotografii górskiej, jak tylko po zaznajomieniu się z tą sztuką w dolinach i zrobieniu pewnej ilości zdjęć tym właśnie a p a r a-tem, którego ma w górach u ż y w a ć *). Tam bowiem
*) Do zaznajomienia się z zasadami fotografii służyć mogą następujące podręczniki: J. Świtkowski „Fotografia pra-

— 183 —
trzeba będzie się nad tylu innemi rzeczami zastanawiać, że takie czynności manipulacyjne, jak otwieranie i nastawianie aparatu, regulowanie przysłony i zatrzasku, otwieranie i za¬mykanie kaset, względnie przekręcanie filmów, odbywać się powinny z automatyczną pewnością i dokła-dnością. Kto fotografuje na kliszach, powinien się na¬uczyć zmieniać je w ciemności bez pomocy czerwonej lampy.
Jaki format jest najlepszy? Błony zwijane czy płyty? Na te programowe zapytania niemożliwą jest rzeczą dać odpowiedź, któraby każdego zadowoliła, bo niema aparatu, któryby był w każdym przypadku równie odpowiedni. Faktem jest, że większość taterników a mo¬żna powiedzieć, że i większość fotografujących wogóle, używa dziś aparatów składanych formatu 9X12 i to przeważnie na klisze. W budowie tego typu osią¬gnięto też w ostatnich latach nadzwyczajny postęp, zwła¬szcza w kierunku objętości. Mimo to aparatu takiego nie¬podobna umieścić z odpowiednią ilością kaset w kieszeni. To zaś jest — mojem zdaniem — konieczny warunek, jaki dla aparatu, który ma być używany na trudniejszych wyprawach, postawić należy. Pomijając już bowiem, że często wypadnie zostawić worki, to' nawet wówczas, gdy się je ma ze sobą, wyjmowanie z nich aparatu zabiera dość czasu i nie da się wszędzie i zawsze uskutecznić
ktyczna" (Lwów); Dr. E. Vogel's „Taschenbuch der Pho¬tographie'' (26. wyd. Berlin 1912); L. David „Ratgeber fur Anfanger im Photographieren" (12. wyd. Lipsk). Specyal-nie górskiej fotografii poświęcone są dzieła: I. Vallot „La photographie des montagnes a 1'usage des alpinistes" (Paryż 1899); Dr. A. Mazel „Kunstlerische Gebirgsphotographie" (2. w. Berlin 1908); E. Terschak „Die Photographie im Hochgebirg" (3. wyd. Berlin 1913); Dr. Kuhfahl „Hochgebirgs- und Winter-photographie" (2. wyd. Halle 1912).

— 184 —
tak, że nieraz na najpiękniejszy motyw trzeba machnąć ręką. Noszenie aparatu w osobnej torbie, przewieszonej przez ramię, uniemożliwia wprost wspinanie się, a przy-mocowanie go na piersi lub u pasa nie wiele co pomaga. Ale nawet pomijając te względy, to aparat 9X12, choćby najlżejszej konstrukcyi, waży z garniturem kaset i płytami zapasowemi najmniej 3 do 4 kg, przez co ciężar worka rośnie niepomiernie. Kto więc chce zabrać aparat 9X12 i zażyć przytem przyjemności, musi się oddać błonom zwijanym lub płasko pakowanym. O niedogodnościach połączonych z tem będzie mowa poniżej. Można jednakże taki aparat pomieścić w specyalnie na ten cel sporządzo¬nej kieszeni surduta, który coprawda nie leży wówczas zbyt zgrabnie.
Wszystkich trudności unika się za jednymzamachem, schodząc do formatu 6 lub 6lliX,9. Aparacik taki, czy na błony czy na klisze, mieści się wygodnie w każdej kieszeni i waży prawie o połowę mniej niż odpo¬wiedni model we formacie 9X12*). Słyszy się nieraz za¬rzut, że aparaty tej wielkości są właściwie bezużytecznemi zabawkami, gdyż zdjęć w tak małym formacie nie można do niczego zużytkować. Jest to sąd zupełnie powierzcho¬wny. Przy użyciu dofirej soczewki i zachowaniu pewnych środków ostrożności, dostaje się negatywy, które można nieograniczenie powiększać i reprodukować a jeżeli zwykle aparaty większe dają lepsze wyniki, to dlatego, że się nimi operuje starannie, przy użyciu statywu i matówki, podczas gdy małym aparacikiem „pstryka" się wszystko na chybił trafił. Owszem format 6'/2X9 ma wielką liczbę zalet jakoto: ostrość pierwszego planu nawet przy dużej
*) Aparat, którego używam, waży łącznie z 12 pojedyn-czemi kasetami i z 3 tuzinami klisz na cienkiem szkle — 2 kg.

— 185 —
przysłonie, łatwość projekcyi i powiększania w najczęściej używanych aparatach formatu 8 '/3 X8'/2, nizką cenę wszystkich przyborów.
Formaty jeszcze mniejsze, n. p. 4';, X6, są mojem zdaniem, specyalnie do gór, już cokolwiek za drobne, nietylko ze względu na wielkość obrazu ale i na utrudnienie manipulacyj, które się przecież nieraz musi przedsiębrać skostniałymi palcami, lub nawet w rę¬kawicach.
Aparaty stereoskopowe są cięższe i droższe, niż odpowiednie formaty pojedyncze, ma się z nich jednak bardzo wiele przyjemności. Niektóre przedmioty jak grupy i sceny rodzajowe, momenty z wspinania się, nawet widoki ze sztafażem, wszystko to wychodzi dopiero w stereosko¬pie plastycznie i żywo. Aparacik formatu 4'5X10"7 można z łatwością nosić w kieszeni.
Na jakikolwiek format zresztą zdecydujemy się, trzeba na to głównie baczyć, aby aparat był możliwie lekki a mimoto solidny. Musi on wytrzymać tu i ówdzie uderzenie o skałę, albo zbytek temperamentu manipulują¬cego nim taternika, który przecież niezawsze ma czas i humor na delikatne obchodzenie się z aparatem. Mała waga powinna więc być osiągnięta za pomocą k o n-strukcyi prostej, unikającej niepotrzebnych „ule¬pszeń" w budowie aparatu. Nachylanie matówki i obje-ktywu, nawet podwójny wyciąg, są wprawdzie w teoryi bardzo racyonalnemi urządzeniami, lecz w praktyce sta¬nowią, zwłaszcza przy zdjęciach z ręki, niepotrzebną kom-plikacyę. Zato nastawienie aparatu na nieskończoność po¬winno się dać uskutecznić niewielu ruchami. Baczną uwagę trzeba zwrócić na dokładność wizera. Pod tym względem często fabryki najdrożej ceniące swe wy¬roby, okazują zdumiewające niedbalstwo. Należy więc przy

— 186 —
zakupnie aparatu przekonać się, czy obraz pokazywany przez wizer jest tensam, co na matówce, inaczej można się na to narazić, że wszystkie szczyty będą miały obcięte wierzchołki, lub też przeciwnie połowę zdjęcia zajmie niebo. Najlepszym wizerem jest t. zw. ikonometr, pokazujący na¬turalny wykrój krajobrazu. Ponieważ 4/5 wszystkich zdjęć w górach robi się we formacie leżącym, przeto poprze¬czna konstrukcya aparatu, coprawda dość rzadka, jest odpowiedniejsza. Najwygodniej jest fotografować z ręki, gdyż statyw zawsze coś waży i zabiera dużo czasu w użyciu, a częste w górach wiatry i tak nieraz uniemożliwiają jego zastosowanie. Kto się bez tego przy¬rządu obejść nie umie, ma wybór między lekkimi lecz nie¬trwałymi z rur aluminiowych a cięższymi i wymagającymi dłuższego otwierania statywami z drzewa.
Na część optyczną aparatu nie potrzeba ko¬niecznie wydawać wiele pieniędzy. Warunki oświetlenia są bowiem w górach tak korzystne, że naogół nawet zdjęcia migawkowe robi się przy małej lub średniej przysłonie. W tych granicach ostrość dobrego aplanatu jest do przeważnej ilości celów wystarczająca. Jeśli się zamierza zaopatrzyć wanastygmat, to należy wybrać model bez soczewek powietrznych (skitowany), o średniej sile światła, ale zato jaknajdoskonalszej ostrości. Ogniskowa do zdjęć górskich nie powinna być zadługa, najlepiej równa dłuższemu bokowi płyty. Wiele bowiem zdjęć wymaga szerokiego kąta; z drugiej zaś strony perspektywa z powodu braku bardzo blizkich przedmiotów — nawet przy tak krótkiej ogniskowej — nie robi nienaturalnego wrażenia, tembardziej, gdy się obraz potem powiększy. Nadto, jeśli się nie nastawia na mató¬wce, to zawsze lepiej mieć na kliszy zawiele, niż zamało.

— 187 —
Części niepotrzebne i psujące wrażenie można przecież przy kopiowaniu okroić.
Również prosty a solidny powinien być z a-trzask. Trzy szybkości migawki najczęściej wystarczają. Zatrzaski roletowe, skądinąd bardzo racyonalne, są tu zu¬pełnie nie na miejscu. Ciężkie, zabierają dużo miejsca, zacinają się często i wstrząsają aparatem właśnie przy tych szybkościach, których się w górach najczęściej używa; nastawianie ich wymaga wielu ruchów. Także i inne mi-gawki opierające się na działaniu sprężyn zacinają s i ę czasami lub zmieniają prędkość na mro-z i e. Do poruszania zatrzasku służy drucik; baloniki gumowe odmawiają zupełnie posłuszeństwa przy nizkiej temperaturze.
Kasety metalowe pojedyncze są dobre, lecz ciężkie. Wyżej stoją pod tym względem podwójne drewniane ka¬setki z aluminiowemi lub ebonitowemi zasówkami. Bardzo dobre są — zwłaszcza dla większych formatów — ada¬ptery z papierowemi kasetami na płyty i pła¬skie błony, firm Ica i Agfa. Kasety takie nie ważą prawie nic i dadzą się przy niejakiej ostrożności używać wiele razy.
Z kolei zajmiemy się materyałem, z którego spo-rządza się negatyw. Błony zwijane mają kilka niedogodności. Główną z nich jest trudność przy wywoływaniu, musi się bowiem wszystkie zdjęcia ró-wnocześnie w tej samej kąpieli wywoływać; wyrównanie ró¬żnic w naświetleniu jest więc bardzo ograniczone (prze¬cinania zdjęć przed wywołaniem nie radziłbym nikomu). Niemniej ważnem jest, że błona rzadko kiedy leży zupeł¬nie płasko, na czem cierpi ostrość, szczególnie u większych formatów. Nie trzeba wreszcie zapominać, że używane prawie wyłącznie błony Kodaka są stosunkowo mało czułe

— 188 —
I niezbyt dobrze ortochromatyzowane. Na zrównoważenie tych wad mają jednak błony zwijane jedną o 1-brzymią zaletę: ma się je do dyspozycyi w ilości praktycznie nieograniczonej, nie ważą bowiem prawie nic i dadzą się w dzień zmieniać.
Błony płasko pakowane (f i 1 m p a c k'i) po¬siadają powyższą zaletę również, podobnie jak i większość wad błon zwijanych. Ponadto są naogół niepewne w użyciu, nieraz okazują całymi tuzinami plamy, jakkolwiek pod tym względem poprawiaję się stale. Najlepiej używać ich jako rezerwy obok płyt.
Najlepszy materyał stanowią mimo wszystko płyty i to barwoczułe (ortochromatyczne) i wolne od światłokręgów (izolarowe) *). Ukazują się one w handlu w dwu odmianach. Jedna odznacza się bardzo drobnem ziarnem, lecz jest mniej czuła i wymaga jeszcze ponadto użycia żółtej szybki. Do zdjęć migawkowych — a takie w tym artykule mamy przeważnie na myśli — nadaje się wyłącznie odmiana druga, o czułości normal¬nej lub nawet wyższej, oddająca już bez żółtej szybki dość dobrze wartości kolorów. Przy zakładaniu płyt trzeba kasetki i klisze doskonale okurzyć, taksamo od czasu do czasu cały aparat. Zapobiega się w ten sposób powstawaniu na płycie drobnych otworków, nieprzyjemnych i szkodliwych, zwłaszcza przy małych formatach.
Stosowne wyświetlenie zdjęcia górskiego na¬leży do rzeczy niełatwych, nawet gdy się używa światło¬mierza. Naogół można powiedzieć, że naświetlenie na wy-s o k o ś c i 2000 m — powinno być cztery razy, na wy-
*) Ten ostatni warunek nie przy wszystkich zdjęciach w równej mierze jest potrzebny. Nie dobrze jest jednak mieć naraz dwa gatunki klisz, gdyż prowadzi to do omyłek.

— 189 —
sokości 1000 m — dwa razy krótsze, niż w tych sa¬mych warunkach na poziomie morza. Zresztą przy obli¬czaniu czasu dobrze jest trzymać się zasady „lepiej za-dużo, niż zamało". Wiadomo bowiem, iż przy wywoły¬waniu łatwiej wyrównać nawet dziesięciokrotne prześwie¬tlenie, niż dwukrotne niedoświetlenie. Zakładanie żółtej szybki jest naogół zbędne, jeśli się używa wspo-mnianego gatunku klisz, conaj wyżej można się posługi¬wać lekkim dwukrotnym filtrem kawowego tonu. Jedynie gdy jest w obrazie ciemna zieleń na pierwszym planie, lub bardzo błękitna dal, zachodzi potrzeba wydatniejszego przytłumienia barwy niebieskiej. Użyty do tego filter po¬winien być jednak zastosowany do gatunku płyt, inaczej efekt może być chybiony. Rano i wieczorem, tudzież przy czystem powietrzu, jest żółta szybka wprost szkodliwa. Mieszek aparatu filmowego trzeba wyciągać powoli, by się błona nie wygięła od ciśnienia powietrza. Również ostrożnie i delikatnie wyjmować trzeba zasówki kaset, trzymając przytem aparat w cieniu, by nie zaświetlał po rogach.
Kto niema wielkiej wprawy w zdjęciach górskich, powinien zdobyć się na cierpliwość i prowadzić „m e-trykę" zdję'ć. Zaopatrzyć się trzeba w tym celu w mały notesik z odpowiedniemi rubrykami, w których zapisuje się liczbę porządkową zdjęcia, numer kasety lub błony, datę i godzinę zdjęcia, stan zachmurzenia, przy¬słonę i czas wyświetlania, wreszcie przedmiot zdjęcia. Przy zmianie płyt naświetlonych trzeba iść w tym porządku, w jakim były zdejmowane i wkładać je do pudełek za¬wsze w tym samym porządku n. p. ostatnie zdjęcia? na wierzchu. Poszczególne pudełka numeruje się. W ten sposób można zawsze wiedzieć przed włożeniem kliszy do wywo¬ływacza, które zdjęcie ma się w ręce i można z góry

— 190 —
obmyśleć dla zdjęć błędnie wyświetlonych sposób postę¬powania. Z drugiej strony porównanie rezultatów z zapi¬skami metryki daje pewne wskazówki na przyszłość.
Przestrzedz muszę przed wywoływaniem zdjęć podczas pobytu letniego lub w podróży. Niema się zwy¬kle do rozporządzenia ani odpowiedniej ciemni, ani dosta¬tecznej ilości przyborów i wody, wskutek czego koniec jest taki, że zdjęcia z wielkim nieraz mozołem i staraniem zrobione, niszczy się za jednym zamachem przy wywoły-waniu. Czynność tę, niemniej ważną jak samo zdejmo¬wanie, załatwiać się powinno po powrocie do domu, bez pośpiechu, który w tym razie szkodę tylko przynosi. Od¬dawanie zdjęć górskich do wywołania fotografom zawo-dowym, lub pokątnym kupcom przyborów fotograficznych jest równoznaczne ze zniszczeniem ich zupełnem. Ludzie ci nie posiadają ani potrzebnej umiejętności, ani dobrej woli do należytego wywołania cudzych zdjęć, chociaż każą sobie zato drogo płacić.
Wywoływacz powinien działać niezbyt prędko i dać się łatwo regulować. Początkującym zwłaszcza odda najlepsze usługi glicyna. Szczególnie wywoływanie przewlekłe według recepty Hiibla możemy gorąco polecić. Podobnie pyrogallus z acetonem ma pracować bardzo miękko i dobywać szczegóły. Wielkie prześwietlenia wy-równywa łatwo adurol. Kilkanaście innych wywoływaczy da się również użyć i jest to do pewnego stopnia rzeczą osobi¬stego upodobania, który wybrać należy. Jedno tylko jak-najusilniej doradzić możemy: znalazłszy raz odpo¬wiednią markę klisz i stosowny wywoływacz, nie" trzeba ich już porzucać bez koniecznej po¬trzeby. Z uwagi na wielki kapitał pracy, trudów i niebez¬pieczeństw, jakie wkłada się w zdjęcia górskie, na niemo¬żność powtórzenia ich dowolną ilość razy, powinno się

— 191 —
wszystkie manipulacye wykonywać z pe-dantyczną sumiennością i ostrożnością.
Jedną z właściwości krajobrazu górskiego jest wielka wyrazistość i ostrość konturów, wywołana czystością atmo¬sfery górskiej, dlatego do kopiowania nadają się tutaj, zwłaszcza w mniejszych formatach, lepiej papiery z po¬łyskiem choćby lekkim, niż matowe, tembardziej, że z ta¬ternickiego punktu widzenia zależy nam nieraz więcej na szczegółach, jak na całości. Papiery gruboziarniste chy¬biają zupełnie celu, chyba, gdy chodzi o wywołanie jakie¬goś szczególnego efektu. Z natury rzeczy odbitka bezpo¬średnia nie powinna być ostatecznym wynikiem zdjęcia. Wszystkie lepsze negatywy oglądać trzeba w projekcyi lub powiększeniu; dopiero wtedy bowiem wywołują należyte wrażenie.
W ostatnich czasach wzięto się w górach do zdjęć barwnych, głównie systemem autochromowym Lumiere'a. Nie można wprawdzie twierdzić, jakoby krajobraz tatrzań¬ski, odznaczający się przewagą tonów zimnych, był szcze¬gólnie wdzięcznem polem dla tej właśnie techniki, jednakże w słońcu robione zdjęcia, szczególnie zimowe, mogą wy¬wołać niezłe wrażenie w projekcyi. Oczywiście trudności tego rodzaju fotografii w warunkach górskich są jeszcze znaczniejsze, niż w dolinie, wiadomo bowiem, że udanie się autochromu wymaga ściśle utrafionego naświetlenia.
Powyższe uwagi tyczyły się technicznej strony zdjęć górskich. Pewne ich rodzaje interesują taternika już ze względu na sam przedmiot w tak wysokiej mierze, że wymaga od nich doskonałości pod tym jednym względem. Tem niemniej tam, gdzie chodzi nie o interesujące szcze¬góły topograficzne jedynie, możność wykreślenia jakiejś drogi i t. p., lecz o wrażenie estetycznej natury, wymagać trzeba od zdjęcia artystycznego układu. Inaczej

— 192 —
oglądanie tej i tak z natury rzeczy nieudolnej kopii rze¬czywistości wywołuje tylko rozczarowanie. Nad tem, jakich reguł się w tym celu trzymać i jakimi środkami osiąga się wrażenie harmonijne nie możemy się tutaj rozwodzić. Odpowiednie wskazówki znaleźć można w podanych pod¬ręcznikach fotografii górskiej. Teoretyczna wiedza odgrywa tu jednak rolę drugorzędną, konieczne są natomiast nastę¬pujące warunki: umiejętność fotografowania wogóle, wro¬dzony zmysł estetyczny i zżycie się. z przyrodą gór. Podczas gdy pierwszy z tych warunków każdy łatwo nabyć może, to drugi daje się tylko częściowo zastąpić sma¬kiem, wyrobionym przez oglądanie dobrych obrazów i zdjęć. Natomiast trzeci warunek, posiada każdy prawdziwy tater¬nik, wskutek ciągłego obcowania z górami w stopniu wyż¬szym, niż ktokolwiek inny i to mu daje olbrzymią prze¬wagę nad przygodnymi malarzami i fotografami gór.
Zygmunt Skibicki
Mundek
 
Posty: 10920
Dołączył(a): So, 29 maja 2004, 21:56
Lokalizacja: Łódź

Powrót do Góry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 5 gości

cron