Żelazna droga kusi i zabija

Takie, siakie i owakie - wszystkie kochamy!

Moderatorzy: Zygmunt Skibicki, Moderatorzy

Żelazna droga kusi i zabija

Postprzez TakiJeden » N, 2 maja 2010, 11:02

.

Paweł Smoleński & Bartłomiej Kuraś: "Żelazna droga kusi i zabija".
Źródło: GW, Duży Format; 2010-05-01, ostatnia aktualizacja 2010-04-29 14:59

Więcej...

[ img ]
Orla Perć, Świnica
Fot. Paweł Kozioł / AG

Ratownicy widzieli już na Orlej Perci wycieczki uczniów ubranych w lekkie adidasy, rodziny z kilkulatkami. Zdarzały się osoby z lękiem wysokości proszące o pomoc w zejściu po drabinkach...

23 sierpnia 1911 r. student Jan Drege (ledwie przekroczył dwudziestkę) razem z dwiema siostrami szedł granią przez Granaty, trzy skaliste wierzchołki Orlej Perci, których północno-zachodnie ściany opadają wprost do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Nie znaleźliśmy informacji, jaka tego dnia była pogoda, czy zwiodła ich mgła, opadająca chmura, a może obawiali się deszczu. Grunt, że na Sieczkowej Przełączce, między Pośrednim a Skrajnym Granatem zeszli ze szlaku w dość szeroki, trawiasty żleb, najwygodniejszą - zdawać by się mogło - ścieżką ku leżącemu kilkaset metrów niżej tatrzańskiemu jezioru.

Rychło okazało się, że to miejsce tak przepiękne, jak wyjątkowo paskudne i zdradliwe. Szeroki żleb zmienia się w stromiznę, by skończyć się prawie dwustumetrowym, pionowym kominem z przewieszonymi ścianami. Jest jak wentyl w rowerowej dętce - w jedną stronę przepuszcza, w drugą - nie. Kto zsunie się o kilka metrów za nisko, nie ma szans, by wrócić na górę. Musi cierpliwie czekać na pomoc i zjazd na plecach ratownika, przypięty specjalną uprzężą, zwaną szelkami Grammingera (ich wynalazca był niemieckim ratownikiem górskim i honorowym członkiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego).
Drege zginął w przepaści. Jego siostry szczęśliwie nie zeszły tak nisko. Od tego czasu żleb - nazwany od nazwiska pierwszej ofiary - był świadkiem wielu śmiertelnych wypadków.

23 lipca 1914 roku w tym samym miejscu pomyliła drogę inna trójka turystów: rodzeństwo Maria i Stanisław Bandrowscy oraz Anna Hackbeilówna. Zaczęli schodzić Żlebem Drege'a. Zmierzchało, kiedy zorientowali się, że nie pokonają długiego komina. Przez noc prawie nie zmrużyli oka. Od rana głośnymi krzykami wzywali pomocy. Nikt się nie odezwał. Zdesperowana Hackbeilówna postanowiła przejść nad urwiskiem do sąsiedniego żlebu. Spadła w przepaść, zginęła na miejscu. Przerażone rodzeństwo spędzało kolejne dni w Żlebie Drege'a, ciągle nawołując o pomoc. Piątego dnia rano Stanisław zaczął schodzić długim kominem. Zbrakło mu sił, był wyczerpany psychicznie, więc rzucił się w przepaść. Do Marii pomoc dotarła wieczorem.

Żleb Drege'a ma smak małżeńskiej zdrady (ponoć niektórzy zakopiańscy duchowni porównują żleb do tego grzechu): zrazu kusi, zachęca do łatwej przyjemności, by skończyć się katastrofą. Siedząc na skalnej półeczce i gapiąc się w przepaść bez dna można usłyszeć głosy idących Orlą Percią. Co z tego, skoro ci ze szlaku nic nie mogą pomóc. Pierwsze taternickie przejście komina dokonało się dopiero w 1938 r. Jego podstępność do dzisiaj budzi trwogę, choć ponad żlebem turyści drapią się po Orlej Perci już ponad sto lat.

****

Nie ma drugiej takiej drogi w całych Tatrach. Znawcy gór powiadają, że i w Alpach nie spotkali szlaku turystycznego tak malowniczo położonego, gdzie widoki zapierają dech w piersiach. Grań, 2000 metrów nad poziomem morza; można tam się dostać bez specjalistycznego sprzętu.

I tak niebezpiecznego. Przez osiem godzin nieprzerwanej wędrówki - od Przełęczy Świnickiej (choć Orla Perć zaczyna się na przełęczy Zawrat), odległej o 45 minut spaceru z górnej stacji kolejki na Kasprowym Wierchu, do Krzyżnego - trzeba trawersować kilkudziesięciometrowe półki skalne, trzymając się zamocowanych w głazach metalowych łańcuchów, klamer i drabinek. Schodzić stromymi skalnymi rynnami o wysokości pięciopiętrowego bloku, wdrapywać się równie długimi kominami, przeciskać się przez szczeliny, omijając uskoki i przepaście. Nawet latem leży tam śnieg, skały pokryte są lodem. Warto pomodlić się, by nagle nie spadł rzęsisty deszcz, nie mówiąc już o burzy.

Na pomysł szlaku - i nadania mu nazwy Orla Perć - wpadł na przełomie XIX i XX w. poeta młodopolski, piewca Tatr, krakowianin Franciszek Henryk Nowicki. Nazwę uznano za pretensjonalną i kabotyńską, bo kto widział człapiące orły, nawet na górskiej ścieżce. Ale przyjęła się.

Nowicki - z przekonań socjalista; wyrzucono go za to z Uniwersytetu Jagiellońskiego i postawiono pod sąd. Bez opamiętania zakochany w górach. Marzyło mu się, by dostać się na wysoką tatrzańską grań, którą swobodnie osiągają tylko ptaki. Stąd przymiotnik "orla" w nazwie proponowanego szlaku. "Perć" w gwarze góralskiej oznacza stromą ścieżkę wśród skał.

Franciszek jeździł w Tatry od małego razem z ojcem Maksymilianem, też miłośnikiem gór i znanym przyrodnikiem. Wierchy, turnie i stawy wywarły takie wrażenie na młodopolskiej poetyckiej duszy, że już w wieku 19 lat debiutował sonetem "Widok Tatr". W Zakopanem poznał Sabałę - legendarnego gawędziarza i przewodnika - i znakomitego muzykanta Bartusia Obrochtę, który grał przed Karolem Szymanowskim. Najpewniej pod ich wpływem przez dwa kolejne lata publikował opowiadania o góralach. Napisał też kolejny cykl sonetów "Tatry". Góry kojarzyły mu się z taką wolnością - góralską ślebodą - jaką w początku ubiegłego wieku zapowiadał socjalizm.

Nowicki znakomicie wpasował się w tatrzański mit z przełomu XIX i XX w. Kraj pod zaborami, a w górach wolność i prawdziwa polskość. Młodopolscy poeci wierzyli, że stąd pójdzie w świat polskie odrodzenie moralne i duchowe. Wbili Polakom do głów, że góralszczyzna i Tatry to coś nadzwyczajnie wspaniałego.

Jednak do budowy szlaku na Orlej Perci wolnomyśliciel Nowicki znalazł sobie dziwnego partnera. Ksiądz Walenty Gadowski był akurat endekiem słynącym z surowości poglądów głoszonych podczas katechez. Gadowski zjechał w góry jeszcze jako kleryk, by wyleczyć się - jak wówczas mówiono - z duszności. We wspomnieniach zapisał: "Ówczesny pobyt na Podhalu i kuracja maślankowa zrestaurowały moje zdrowie. Kiedyś miałem za to odwdzięczyć się Tatrom urządzeniem Orlej Perci".

Obaj zachwycali się tatrzańskimi krajobrazami i debatowali na zebraniach Towarzystwa Tatrzańskiego o konieczności upowszechnienia turystyki górskiej. Duchownemu podobał się przede wszystkim trud, z jakim trzeba wspiąć się na tatrzańską grań. Wznosił tylko oczy wysoko ponad wierchy, kiedy jego kompan - niewierzący, niepoprawny radykał - głosił swe socjalistyczne teorie.

Ksiądz Gadowski dowodził, że górska turystyka jest tak surowa jak reguły życia prawdziwego katolika. Nowicki uważał - że to nieskrępowana wolność. Mimo sporów toczonych gdzieś na przełęczy pomiędzy Buczynową Czubą i Budzową Igłą (która nosi dziś imię Nowickiego), zgadzali się, że widoki na otaczające ich granitowe skały i lesiste turnie trzeba uczynić bardziej dostępnymi dla turystów za sprawą stworzenia wysokogórskiego szlaku.

****

Ks. Gadowski tak entuzjastycznie promował projekt Orlej Perci w Towarzystwie Tatrzańskim, że organizacja podjęła się współfinansowania prac. Opłacał budowniczych szlaku - "budorów" - z własnej kieszeni. Roboty w górach ruszyły 16 lipca 1903 r., od toastu przy Wodogrzmotach Mickiewicza wzniesionego przez Franciszka Nowickiego. Wypito butelkę tokaju pamiętającego powstanie styczniowe.

Wnet okazało się, że socjaliście nie staje zapału do patronowania pracom. Budowę przejął ksiądz - endek. Zaplanowano wytyczenie szlaku od Polany pod Wołoszynem na wschodzie - skąd są już tylko dwie godziny drogi do Morskiego Oka - po Zawrat na zachodzie.

Entuzjazmu ks. Gadowskiego nie podzielali górale-budorze, którzy przez trzy lata wyrąbywali skalne stopnie, zakładali łańcuchy i malowali znaki. Wielu nie wytrzymało mordęgi w górach i uciekło z pracy. Był wśród nich Klimek Bachleda, legendarny przewodnik i ratownik TOPR.

Wojciech Rzadkosz - budowlaniec z Poronina - mówi, że ponad sto lat temu wytyczenie szlaku przez Orlą Perć to była "sakramencko trudno sprawa dla budorzy". Wie, co mówi, bo sam jest budorzem. Przed 15 laty pracował przy remoncie tej górskiej drogi.
- Cośmy się namordowali! Długie tygodnie układania skał, wbijania łańcuchów i klamer. Od świtu do zmierzchu. Rąk żeśmy nie czuli! Trzeba było kilofami kopać. Ważące po kilkadziesiąt kilogramów głazy sami dźwigaliśmy. A to był tylko remont fragmentów drogi i do tego pomagaliśmy sobie piłami z diamentowami tarczami, o jakich naszym pradziadom się nie śniło. To jak oni musieli się wtedy namordować, budując całą trasę!? - nie może się nadziwić.

To ks. Gadowski postanowił wyposażyć szlak w liczne łańcuchy, klamry i drabiny. Argumentując, że w ten sposób łatwo będzie pokonać górską drogę: "Nikt komina owego bać się nie powinien, bo sztuczne ułatwienia, jakie w nim dodano, poręczają bezpieczeństwo osób". Dorobił się przydomku "żelazny ksiądz". Jedni mówili, że to od haków do mocowania łańcuchów, które wynosił na perć na własnych plecach. Inni dodawali, że piękno tatrzańskiego krajobrazu nie złagodziło w nim surowości poglądów głoszonych na katechezach.
W 1906 roku - po trzech latach prac - dotarli na Zawrat.

***

Już w lipcu 1906 roku na świeżo wytyczony szlak wybrał się - jako jeden z pierwszych - Mieczysław Karłowicz: kompozytor, taternik, narciarz, fotograf. Już wtedy narzekał na tłum turystów w Dolinie Gąsienicowej. Zginął niespełna trzy lata później - 8 lutego 1909 roku - w lawinie, podczas samotnej wycieczki narciarskiej na zboczach Małego Kościelca. Ta śmierć była bezpośrednim powodem powołania Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. W miejscu, gdzie znaleziono ciało - przy szlaku prowadzącym przez Dolinę Gąsienicową w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego, skąd można wspiąć się na Orlą Perć - postawiono niedługo potem granitowy głaz, zwany Kamieniem Karłowicza, z napisem: "Non omnis moriar" ("Nie wszystek umrę") i wyrytą swastyką. Dziś obeliski mijają wędrujący tędy w stronę najtrudniejszego tatrzańskiego szlaku.

Dlaczego akurat ze swastyką? Był to ulubiony symbol kompozytora znaleziony w tradycyjnej ornamentyce podhalańskiej. Zofia i Witold Paryscy tak napisali w "Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej": "Jako znak niewątpliwie symboliczny (magiczny?) pojawia się od dawna na Podhalu jako tzw. krzyżyk niespodziany, w nierzucających się w oczy miejscach danego przedmiotu (od spodu, od tyłu) (...). Według starych górali krzyżyk niespodziany (zwykle w postaci prostych lub bardziej ozdobnych nacięć w drewnie), umieszczony w niepokaźnym miejscu, chroni od złego budynek lub sprzęt i jego właściciela. Na przełomie XIX i XX w. (...) swastykę zaczęto w ówczesnej literaturze coraz bardziej łączyć z góralszczyzną podhalańską. Ok. 1922 r. stała się oficjalną odznaką pułków podhalańskich gen. Andrzeja Galicy; w latach międzywojennych znalazła się też swastyka na pieczęci Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego i jako ornament na balustradzie schodów w Murowańcu na Hali Gąsienicowej. Nieco wcześniej sam Witkiewicz dał wyryć swastykę nad wejściem do budynku Muzeum Tatrzańskiego (...)".

***

Pójdźmy więc tak, jak kazał ksiądz Gadowski; potrzeba na to mniej więcej osiem godzin. Nawet w środku lata możemy spodziewać się, że gdzieniegdzie będzie leżał śnieg bądź lód. Opuścimy jedynie fragment Orlej Perci wytyczony grzbietem Wołoszyna. Ten kawałek szlaku zamknięto już w 1932 r., ze względu na unikalną przyrodę i gawry niedźwiedzi w Dolinie Waksmundzkiej.

Zacznijmy od Krzyżnego, gdzie sto lat temu stała jeszcze kamienna chatka w prawdziwie alpejskim stylu. Swego czasu spędził w niej noc ksiądz Gadowski, zapisując w pamiętniku, że nie zmrużył oka, tylko z zimna okrutnie szczękał zębami. Przejdziemy trawersem przez Buczynowe Turnie na zachód (kiedyś szlak wiódł granią). To chyba najbardziej eksponowana część Orlej Perci; przepaście sięgają tu dwustu metrów. W ścianie Buczynowych uległ wypadkowi Ferdynand Goetel, prezes przedwojennego Pen Clubu, jeden z nielicznych Polaków, którzy w 1938 r. sprzeciwiali się otwarcie bezsensownej aneksji Jaworzyny Spiskiej i rozniecaniu konfliktu ze Słowakami. Wnet przekroczymy Przełęcz Nowickiego i Pościel Jasińskiego (legenda mówi, że myśliwy o nazwisku Jasiński zginął tutaj, polując na kozice). Skrajny Granat osiągniemy po półtoragodzinnej wspinaczce.

Dalej - po prawej ręce otworzy się nam Żleb Drege'a. Przejdziemy przez Zadni Granat i Czarne Ściany, a potem, tuż pod szczytem Koziego Wierchu, najwyższej góry leżącej w całości w granicach Polski. Wnet osiągniemy Zamarłą Turnię (tak nazwał górę Franciszek Nowicki) - opadającą ku północy prawie 150-metrową ścianę-legendę .

Przez wiele lat Zamarła uchodziła za niemożliwą do zdobycia. Później jej przejście było dowodem na taternicki kunszt i odwagę. Zginęły tu m.in. siostry Marzena i Lida Skotnicówny, emancypantki i pionierki kobiecego taternictwa. Niedostępność Zamarłej opisywał Julian Przyboś. Jego wiersz to przejmujące epitafium po śmierci Marzeny Skotnicówny; zakochał się bez pamięci w osiemnastolatce, gdy był profesorem krakowskiego gimnazjum: ".... Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr. To zgrzyt czekana, okrzesany z echa, to tylko cały twój świat...". Przyboś, mimo lęku wysokości i słabego zdrowia, poszedł na Zamarłą, by uczcić śmierć Skotnicówny.

Również Jalu Kurek poświęcił wiersz Zamarłej. Napisano o niej powieść i nakręcono jej dwa filmy. Dziś przez ścianę przechodzi wiele dróg wspinaczkowych o różnym stopniu trudności. Zamarła nie budzi już tak wielkich emocji.

A dalej Zawrat - bodaj najsłynniejsza tatrzańska przełęcz, przez którą dzisiaj ciągną tłumy. Pisał o niej Stanisław Witkiewicz, taternickie szlify zdobywał tu Stefan Żeromski, przez górskie siodło chodziła Maria Skłodowska-Curie.

Ponoć - około 1914 r. - Zawrat miał szanse odmienić losy świata. A było tak: w początku ubiegłego wieku na Podhale przyjeżdżał Włodzimierz Lenin. Zawracał góralom głowę walką klas. Ci mało co go słuchali, ale godzili się być przewodnikami w górach. Pewnego dnia Lenin wynajął Stanisława Gąsienicę-Byrcyna, by razem poszli do Doliny Pięciu Stawów właśnie przez Zawrat.

- Idym na Zawrat - wspominał już za PRL-u stary przewodnik - patrzem do góry, a hań nade mnom wielgo rzyć, a pod tom rzyciom nogi. Jedna noga skiezła, drugo jesce się trzymie, ale płono ś niom, no to jo chyciłek za tyn rzyć i pchom do góry, kielo siły. Ej, moi ostomili - Gąsienica-Byrcyn wyciągał dłonie - kieby jo był wiedzioł, co te roncki narobiom...

Lenin, choć ocalono mu życie, nigdy nie zapłacił przewodnikowi jego dniówki.

***

W kronice górskich wypadków ilość ofiar Orlej Perci sięgnęła liczby 99.

- To rejon, gdzie rokrocznie ratownicy mieli i mają wiele pracy; trudno oddzielić Orlą Perć od szlaków, którymi można tam dojść, czy przecinających tę drogę - tłumaczy Adam Marasek, który prowadzi kronikę TOPR. - Najwięcej wypadków zdarza się latem, gdy ludzi zaskakuje zalegający tam jeszcze śnieg, a także jesienią.

Ze statystyk TOPR wynika, że w rejonie Orlej Perci dochodzi do 12 proc. wszystkich śmiertelnych wypadków w Tatrach. Prawie dwa razy więcej niż na Giewoncie i blisko trzy razy więcej niż na Rysach.

Wysokogórski szlak od początku jego wytyczenia przyciągał turystów, wierzących słowom ks. Gadowskiego, że "sztuczne ułatwienia, jakie w nim dodano, poręczają bezpieczeństwo osób". Tymczasem to naprawdę trudna wycieczka, dająca przedsmak taternickiej wspinaczki.

Z 99 ofiar Orlej Perci aż jedna trzecia zginęła w ostatnich 15 latach. Z ok. 2,5 mln osób, które w ciągu roku odwiedzają polskie Tatry, 60 proc. przyjeżdża tu latem. W szczycie wakacyjnego sezonu do szlaku na Orlą Perć tworzą się kolejki.
- Niedzielni turyści bardzo często podejmują decyzję o wejściu na wysokogórski, trudny szlak, dopiero gdy zobaczą w dolinie, jakie tłumy tam walą. Myślą sobie: Skoro idą tam tłumy, to wielkiego niebezpieczeństwa nie ma... Trafiają w miejsce, w którym nie potrafią sobie poradzić z powodu braku doświadczenia, słabej kondycji czy choćby złych butów. I nieszczęście gotowe - mówi Jan Krzysztof, naczelnik TOPR.

Ratownicy widzieli na Orlej Perci wycieczki uczniów ubranych w lekkie adidasy, rodziny z małymi dziećmi. Zdarzały się nawet osoby z lękiem wysokości, proszące o pomoc w zejściu po drabinkach.

Naczelnik TOPR dodaje: - Paradoksalnie, na wiele wypadków w Tatrach wpływ ma zbyt dobry stan naszych szlaków. Gdyby na Orlej Perci nie było łańcuchów, klamer i drabinek, tak wielu ludzi by tam nie szło. Dlatego jestem zwolennikiem zdjęcia zabezpieczeń. Chodziliby tam tylko wytrawni turyści, w dodatku w towarzystwie przewodnika.

***

15 października 2006. W rejonie Koziej Przełęczy ginie 20-letnia Kasia z Miechowa.

12 kwietnia 2007. 21-latek z Puszczy Noteckiej spada podczas trawersowania Zawratowej Turni.

13 kwietnia 2007. Mężczyzna z Poznania runął w przepaść w rejonie Buczynowej Strażnicy.

1 lipca 2007. Podczas zejścia z Koziego Wierchu ginie 53-letni turysta z Częstochowy.

8 sierpnia 2007. Na mokrych płytach skalnych na Zmarzłej Przełęczy poślizgnął się 19-latek z Łodzi.

20 października 2008. Na Zawracie zginął słowacki turysta.

27 października 2008. Miguel, 25-letni stypendysta z Hiszpanii, spadł z Zamarłej Turni do Koziej Dolinki.

1 listopada 2008. Na Zawracie utknęła sześcioosobowa grupa Węgrów. Jedna z Węgierek spadła w przepaść. To 99., na razie ostatnia ofiara Orlej Perci.

Dyrekcja Tatrzańskiego Parku Narodowego latem 2007 r. wprowadziła na odcinku od Zawratu po Kozi Wierch ruch jednokierunkowy, by ograniczyć tłok na najbardziej niebezpiecznym fragmencie ścieżki. Krewni i znajomi ostatnich ofiar Orlej Perci twierdzą, że to za mało. Od jesieni 2006 r. - gdy w rejonie Koziej Przełęczy zginęła 20-letnia Kasia - prowadzą akcję wzywającą władze TPN-u do zamontowania stalowej liny na całej długości Orlej Perci, do której turyści mogliby przypinać specjalną uprząż.

„Kasia radośnie przewodziła grupie (...) i wydawało się, że stanowi ona jedność z tatrzańską przyrodą. Wyglądała niczym kozica na grani - szybka, zwinna, pewna siebie (...). Kasia zresztą podśpiewywała sobie wtedy »Ślebodną kozickę «. Wszystkim na twarzach towarzyszył uśmiech, a serca radowały się pięknem widoków i wspólnymi przeżyciami. W pewnej chwili jednakże, kiedy już bezpiecznie schodzili z Koziej Przełęczy do Pięciu Stawów, gdy przystanęli na chwilkę - słychać było tylko dźwięk turlających się kamieni... Może chwilowa słabość organizmu, może nieuwaga..." - napisali po wypadku o tragicznej wycieczce znajomi Kasi.

- Gdyby Kasia była przypięta uprzężą do stalowej liny, nie zginęłaby. Zresztą nie tylko ona, ale też wielu innych turystów - uważa Irena Rubinowska, przewodniczka tatrzańska, jedna z inicjatorek akcji. - Naszym celem jest modernizacja starych zabezpieczeń, co uczyniłoby tę trasę bardziej bezpieczną.

Naczelnik TOPR Jan Krzysztof jest temu przeciwny: - Wprowadzenie takiego rozwiązania utwierdziłoby tylko ludzi w złudnym przekonaniu, że wybierają się na bezpieczny szlak. Tymczasem na Orlą Perć powinny wspinać się tylko osoby z dużym doświadczeniem w górach.

Od półtora roku na Orlej Perci nikt nie stracił życia.
TakiJeden
 
Posty: 1466
Dołączył(a): Pn, 9 sty 2006, 15:40

Powrót do Góry

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 6 gości

cron